Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamion. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2022

 



Wspomnienie zimowej wędrówki nad Rawką

Teraz, kiedy to piszę w dzień grudniowy, na tydzień przed Bożym Narodzeniem, na moim Mazowszu trwa najprawdziwsza śnieżna zima. Przez wiele kolejnych lat porządnej zimy u nas nie było, w zeszłym roku prawie zupełnie. A teraz zima śnieżna i bardzo zimowa, tak jak należy. Poszło ny się gdzieś do lasu, między ośnieżone drzewa, a;e chyba jednak nie pójdę. Ja już nie za bardzo na zimowe wycieczkowanie i wiem, na co mój pesel  może sobie pozwolić. 

W swoich archiwalnych zapiskach zacząłem szukać zimowych tematów do  tego blogu. Wpadła mi w oko zima sprzed 14. lat i zestaw fotografii, jakie wykonałem w sobotę 17 stycznia 2009 roku. Z przyjacielem kopsnęliśmy się nad Rawkę koło Kamiona i Samic. Zima trwała wtedy na całego. Śnieg był mokry, ale fajny. Nawet ciut prószyło śnieżynkami na samym początku wędrówki. To niedaleka wycieczka, w sam raz dla dwóch starszych panów. Ze swojego żoliborskiego domu wyszedłem o g.8.30, tramwajem dojechałem do pociągu n Śródmieściu, pociągiem dotarłem do Żyrardowa, tam wsiadłem w autobus. Wtedy kursowały pekaesy z Żyrardowa do Skierniewic przez Puszczę Mariańską i Kamion nad Rawką. Dziś już nie kursują, bo wzdłuż Rawki przebiega  granica między województwem mazowieckim, a łódzkim. Okazuje się, że jest też barierą dla komunikacji publicznej. 




 

Po niespełna dwóch godzinach od wyjścia z domu, o godzinie 10.20 zacząłem wędrówkę. I było to to, o co naprawdę chodziło. O wędrówkę wzdłuż Rawki, z biegiem rzeki, wśród egzotycznego, zimowego krajobrazu. Żadnych ludzkich tropów, śladów, że ktoś tędy wędrował przed nami, po prostu kompletna głusza, pejzaż absolutnie egzotyczny. Chociaż w gruncie rzeczy to teren podmiejski, a  zdawało mi się, że jestem gdzieś daleko, bo ja wiem gdzie,  hań!  Powinienem słyszeć z oddali głos pociągu, stukot kół na złączeniach torów, żadnego gwizdu lokomotywy. Był to już albowiem  wiek XXI i   żadne parowozy w okolicy nie kursowały. Tylko elektryczne pociągi osobowe i  na pewno wygodniejsze niż tamte, którymi jeździłem w swojej młodości, ale za grosz w nich romantyzmu podróży. Ale wędrówka była piękna, choć trochę niełatwa, bo nikomu się nie zachciało przedeptać dla nas wygodnej ścieżynki wzdłuż rzeki. A rzeka była piękna, brzegi. Jak z wiersza Konopnickiej.


Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Około wsi Samice trwał jeszcze wtedy budynek drewnianego młyna nad Rawką. Malowniczy był ten młyn, urodziwie usytuowany.  Sporo było kiedyś młynów nad tą rzeką. Nie tylko tu i nie tylko nad tą rzeką. W połowie XIX wieku najgęstsza sieć młynów istniała w tych stronach. Zygmunt Gloger przypominał, iż chleb był zawsze poważany przez Polaków, jako największy dar Boga. Upuszczoną okruszynę całowano na znak przeproszenia. Więc i zawód młynarski miał poważanie. Upadek młynarstwa - jak całego drobnego, prywatnego przemysłu - przyspieszono po 1948 r., ogłaszając właścicieli wrogami klasowymi i wprowadzając obłędny system podatkowy. A teraz niewielkie, wiejskie młyny nikomu już nie są potrzebne. I jeszcze do tego drewniane. 



Wcale długo trwały drewniane młyny nad Rawką, chociaż już najczęściej bezrobotne. Ostatnio ubyły ostatnie,  od wielu lat już nie pełniły swojej funkcji i nie mełły, wykończył je pożar, podpalenia było celowe. Spłonęło piękno  - pisali  internauci, w Rudzie młyn spalił się w sierpniu 2021 roku, w Samicach we wrześniu 2014 roku. Ten drugi  opisałem dość obszernie w swoim przewodniku po Bolimowskim Parku krajobrazowym (właśnie szykowane jest jego drugie wydanie), pisałem tam o młynach w ogóle, było ich trochę nad tą rzeką. Młyn w Samicach płonął wrześniową nocą, Straż zgłoszenie o pożarze otrzymała  minutę przed północą. Na miejsce udało się sześć zastępów  Straży Pożarnej z okolicy, łącznie 27 osób. Przez dwie godziny gaszono pożar. Na szczęście wewnątrz nie odnaleziono żadnych osób. Byłem przy ruinie młyna w Samicach ostatnią jesienią, dojść tam niełatwo, haszcze już ogarniają  to co zostało...

Rok wcześniej przed tą zimową wędrówką, kajakiem  spływałem tym odcinkiem Rawki. Pogoda była przyjazna, na kajakach przysiadały ważki, mijaliśmy zupełnie nie przestraszone naszą obecnością mamusie kaczki, wiodące za sobą stadka pisklęciej młodzieży, a płynące kajakami towarzystwo co i raz pokonywało przeszkody z mniejszym lub większym kłopotem, z humorem i zadziwiająco radośnie.  Miast wygodnie siedzieć w fotelu, grono poważnych wykształciuchów, profesory, doktory i redaktory, niektórzy już w mocno emerytalnym wieku, na podwarszawskiej rzece przeżywało swoją  survivalową przygodę. A kilka wcześniejszych lat przedtem tropiłem tutaj bobry. Jedne z najpierwszych, jakie się na Mazowszu pojawiły po dwustu latach nieobecności.   

Obok Puszczy Kampinoskiej i rzeki Wilgi, na Rawce znajdowało się jedno z najpierwszych miejsc na Mazowszu, w których  zostały wsiedlone bobry.  W 198 roku zostały tu wprowadzone  w okolicach Suliszewa, były to 4.pary dorosłych i 3.dwuletnie młode bobry.  Dziesięć lat później z tej populacji została tylko jedna rodzina w okolicach Kamiona. Teraz bobry są praktycznie wszędzie, również w granicach Warszawy, ślady ich działalności rzucają się w oczy, w końcowych latach ubiegłego wieku trudno było trafić nawet na ślady bobrzej roboty, na charakterystycznych cięcia drzew i budowanych na wąskich strugach i kanałach tamy. A zobaczenie bobra było praktycznie niemożliwe. 

Zebrałem wtedy niewielką grupkę zapaleńców, z poźnowieczornego pociągiem wysiedliśmy na przystanku nad Rawką. Zapadał już zmrok. Poprowadziłem towarzystwo w górę biegu rzeki, wytropiłem obecność bobrów tydzień wcześniej, więc wiodąc ze sobą innych zapaleńców wiedziałem gdzie zapaść na obserwacje. Zapadliśmy na czaty przy jednym z zakoli w okolicach młyna w Samicach. Od dawna zajmując się podglądaniem dzikiego zwierza wiedziałem, że o świcie ma się największe szanse na spotkanie z bobrem. O świcie zobaczyłem swojego pierwszego bobra, ale to było daleko od Mazowsza, w Osowcu nad Biebrzą. 

Czekając świtania nad Rawką siedzieliśmy przy ognisku i opowiadaliśmy sobie różne przygody. A gdy nadeszła właściwa pora, poszliśmy nad rzekę. Rozstawiłem towarzystwo w pewnej odległości jedną osobę od drugiej, tak aby w samotności w większym skupieniu można było wypatrywać bobra. Pojawił się, płynął w biegiem rzeki. Tylko jeden z nas go zobaczył. Był to kilkunastoletni wówczas Adam Wajrak, znany dzisiaj powszechnie pan dziennikarz od zwierząt. Należał się ten bóbr Adasiowi! 

Jak się chce poznać jakąś okolicę, jakiś wart grzechu przyrodniczy krajobraz, bezwzględnie powinno się go zobaczyć o każdej porze roku. O zimowej również. Może nawet - przede wszystkim. Przyroda nie jest wówczas tak agresywna jak na przykład wiosną, nie wdzięczy się tak bardzo do wędrowca, nie woła ku sobie coraz to inną swoją twarzą, ukazującą się za zakrętem szlaku. Krajobraz zimowy trwa w ciszy i doprasza się tego, abyśmy tę jego ciszę uszanowali. Tym więcej jest miejsca na myśli, na rozważania, na wspomnienia również. A wspomnienia, jak wiadomo, chociaż różne czasem bywają, najczęściej są najpiękniejszą częścią ludzkiego życia.



W styczniu dnie są krótkie, na dłuższe wędrowanie bezdrożem nie wolno sobie pozwalać, więc trzeba było wędrówkę zakończyć o właściwej porze, zmrok właśnie zapadał, zegarek pokazywał godzinę 14.50, gdy z przyjacielem wsiadaliśmy do pociągu na kolejowym przystanku Skierniewice – Rawka. Cztery i pół godziny wędrowaliśmy 12-kilometrową trasą  nad Rawką. Łatwo nie było. 
 





Chociaż aż dwie godziny po tę przygodę jechać trzeba było, przecież jednak było tak, jak być powinno. Nad zimową Rawką przeżyłem wtedy  prawdziwą, zimową przygodę. Zmęczony, ale szczęśliwy byłem przed 17-tą na swoim Żoliborzu . Patrzę teraz na zdjęcia, jakie wtedy wykonałem. Są średnie, bo pogoda średnia była, ale wspomnienia w żadnym wypadku średnie nie są.  Nigdy już później nie wędrowałem tamta trasą. Zostały mi  wspomnienia. I te fotografie pejzaży nad Rawką, wykonane o zimowej przed laty kilkunastu.


 

................................................

wtorek, 25 sierpnia 2015

Znaki z przeszłości

Wielki kamień we wsi Kamion
     W pobliżu ujścia Bzury do Wisły leży  wioska Kamion,  pejzaże okoliczne są urozmaicone, a i historia jest zajmująca. Jakże więc Kamion ominąć w swoich wędrówkach? Oczywista, że nie można*... Zapewne już istniał Kamion za czasów króla Bolesława Śmiałego, zrazu nosił nazwę Kamień, w wieku XIII stał tam już kościół.
    Na terenie kościelnym znajduje się najbardziej interesujący zabytek okolicy,  granitowy kamień, na którym - jak głosi miejscowa tradycja - odpoczywał i wycisnął ślad swej stopy św. Jacek Odrowąż (1200-1257), kiedy to udając się na Mazowsze przechodził w tych stronach przez Wisłę. Był synem możnego rodu, studiującym w Paryżu i w Bolonii. W Rzymie poznał św. Dominika i z jego rąk przyjął dominikański habit. Powołaniem Jacka było misjonarstwo. Przebywał wiele w Kijowie, a podobno dotarł nawet do Moskwy. Wyruszał z misjami ewangelizacyjnymi na ziemie Prusów i Jaćwingów. Zapewne w czasie jednej z tych podróży znalazł się tutaj, nad Wisłą i Bzurą.
    Nikt nie pamięta kiedy, ale się stało: kamień postawiono na sztorc i obudowano betonową kapliczką. Niestety, głaz ów, niewątpliwie niemały zabytek przyrody i tradycji, a zapewne on dał nazwę miejscowości, osadzony został bezpośrednio na piasku, przez co stale się zagłębia i według oceny miejscowego księdza proboszcza osiadł już był w podłożu na około 80 cm. Przy okazji obudowania kamienia kapliczka została zdeformowana "stopka" świętego, znajdująca się pośrodku głazu, przez wykucie rozszerzona na kształt ślepego, blindowanego okienka, któremu inne dwa dodano po bokach w samej kapliczce. Jest też gmerk u dołu frontowej części kamienia.
    Jak do tej pory o św. Jacku w tych okolicach pisał tylko Oskar Kolberg w swoim "Mazowszu", który przy opisie hasła Kromnów wspominał legendę o tym, iż św.Jacek, chcąc pod Czerwińskiem przebyć Wisłę, gdy nie znalazł łodzi, rzucił na wodę swój płaszcz i po nim suchą nogą przeszedł rzekę.  Powtarzały tę legendę autorki 24.zeszytu X. tomu "Katalogu zabytków sztuki w Polsce".         
    Jest zdumiewającym, iż pomimo upływu ośmiu wieków, miejscowa tradycja wciąż przechowuje w świadomości okolicznych mieszkańców pamięć o pobycie świętego w tych stronach i że jest to pamięć tak żywa.
    Wspomnieć się godzi jeszcze, iż św. Jacek Odrowąż urodził się w Kamieniu, ale nie w tym na Mazowszu, lecz w miejscowości takiej samej nazwy, położonej na Śląsku. Dziwnie się jakoś to wszystko układa. Nazwa wioski mazowieckiej najpewniej  pochodzi od tego właśnie kamienia, pośród piaszczystego Mazowsza pozostawionego przez lądolód przed tysiącami lat, na którym przed niemal tysiącem lat Jacek Odrowąż odpoczywał. Można przypuszczać - chociaż przypuszczenie to jest dość śmiałe - że kamień był w odległej przeszłości miejscem pogańskiego kultu, jak to często na ziemiach słowiańskich polskich się zdarzało. Dziś już tego na pewno nie rozstrzygniemy.
......................
* Napisałem w pierwszych zdaniach tego tekstu, że oczywistym jest, iż Kamion jest wart uwagi krajoznawcy i w swoich wędrówkach ominąć go nie można.  Okazało się, że można. Ogólnie znany Nieporęt w ciągu kilku tygodni miał w tym blogu ponad pół tysiąca kliknięć. A mało znany Kamion? Po czterech miesiącach Kamion miał tylko 5. Wychodzi na to, że dlatego, iż mało znany. Eeech, samo życie.