Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2025

Potężny dąb w Śladowie

Większość z tych, co to są przekonani, że świetnie znają Puszczę Kampinoską, nie była zapewne nigdy w Śladowie. To niewielka wioska, położona nad Wisłą na północno-zachodnim krańcu podwarszawskiej Puszczy, w otulinie Kampinoskiego Parku Narodowego. Powiadają, że nazwa ta to stąd się wzięła, że tu sporo po sobie śladów pozostawił Władysław Jagiełło. Istniał już albowiem ten Śladów w XV wieku, a od końca XVIII w. przez sto pięćdziesiąt lat mieszkali w niej także koloniści „olenderscy”. Kilka powodów jest, aby Śladów odwiedzić. Przede wszystkim trzeba zobaczyć imponujący  pomnik przyrody, dąb szypułkowy o nazwie „Obrońca” . To potężne drzewo ma 6 metrów obwodu na wysokości piersi. Pośród zabytkowych drzew  nie ma sobie równych  w całej Puszczy Kampinoskiej i jej otulinie. 


  Rośnie na terenie jednego z gospodarstw śladowskich, dla gospodarzy jest drzewem domowym,  jednym z mieszkańców siedliska. Jest bardzo wiekowym drzewem. Miejscowi dają mu osiemset lat. Zapewne aż tylu nie ma, pamięta na pewno wiele. Nazwano go Obrońcą dlatego, że we wrześniu 1939 r., gdy w czasie działań wojennych płonęła sąsiadująca z nim stodoła, on własną piersią powstrzymał pożar przed przeniesieniem się na pozostałą część wsi. Ślady ognia są nadal widoczne na pniu od wschodniej strony.  
 
 
W pobliżu, na wale przeciwpowodziowym nad Wisłą, wznosi się w Śladowie smukły  obelisk.  Pod nim też stanąć się powinno. Upamiętnia dramatyczne wydarzenie z czasów wojny. W dniu 18 września 1939 r., w czasie ataku na pozycje broniącego się tutaj oddziału polskiego hitlerowcy użyli miejscowej ludności jako żywej zasłony. Żołnierze polscy, nie chcąc zabijać cywilów, poddali się do niewoli. Niemcy wszystkich wymordowali. Zginęło 252 żołnierzy oraz 106 osób cywilnych, wśród nich kobiety i dzieci. Uratowali się tylko dwaj mężczyźni. Jeden skrył się w wodzie, w której przeleżał dziewięć godzin, a następnie przepłynął rzekę, drugi ocalał, przyciśnięty trupem swego brata. 
 Od pomnika należy przejść nad brzeg Wisły. Po drugiej stronie rzeki widać zabytkowe opactwo w Czerwińsku z jego dwoma wieżami z czerwonego granitu. Górują nad okolicą od 1117 roku. Swoje lata mają!  
 


Nieopodal dębu, zaledwie kilkaset metrów od niego, wiódł ku rzece szlak wojsk jagiełłowych ku niezwykłemu na owe czasy mostowi drewnianemu, zbudowanemu przez mistrza Jarosława pod Kozienicami i spławionemu tutaj na łodziach. Pod murami opactwa i we wsiach sąsiednich chmara luda kłębiło się wonczas, wiele było tam rycerstwa ze wszystkich stron potężnego królestwa, a i z krajów sąsiednich siła. Wszyscy przygotowywali się na wielką wojnę z Krzyżakami, na którą król ich miał prowadzić. Tym mostem przejeżdżał król po wielekroć, tam i z powrotem, dudniły kopyta jego konia po drewnianym moście, gdy do puszczy na łów spieszył, boć myśliwiec był z niego zawołany, a że zapasy mięsiwa dla ogromnego wojska były nieustannie potrzebne, rozbrzmiewała puszcza od gwaru łowców królewskich. 

W pobliskiej Puszczy Kampinoskiej trzy potężne dęby zwano Jagiellonami, dwa nadal jeszcze żyją (chociaż na pewno nie pamiętają Jagiełły, oba mają zaledwie po ok.350.lat). Okazalszy nosi teraz nazwę Dębu Kobendzy, to nazwisko inicjatora powołania parku narodowego w tej puszczy. Widać na tym zdjęciu, że pień dębu ciągnie ku górze, ku światłu, korona tego drzewa zaczyna się wysoko nad ziemią. Wyrastał bowiem pośród wysokich drzew, wśród starodrzewu, musiał walczyć o to swoje królewskie życie wśród drzew mu wzrostem mu rówieśnych. Obrońca ze Śladowa wzrastał w terenie bezleśny, śladowanie go zaakceptowali, uznali za swojaka, ba! przynosił im dumę, był ich! Wiec rozrósł swoją koronę nad wyraz szeroko. Czapki z głów, proszę państwa. 

Taka to okolica wokół tego stareńkiego dębu we wsi Śladów na kampinoskim Powiślu. Ot, niewielki zakątek naszej ojczyzny. A jest w nim wszystko. I uroda naszej mazowieckiej ziemi, kawał jej historii i dramatyzm jej dziejów, i jej chwała. Obrońcy trzeba się pokłonić nisko i z szacunkiem, gdy go się odwiedzi. Potem zaś należy pójść ku pomnikowi i  nad brzeg Wisły, aby spojrzeć na wieżyce czerwińskiego opactwa na drugim brzegu rzeki. W pogodne niedziele niesie się po wodzie głos wiernych, śpiewających stare, kościelne pieśni w wiekowej bazylice. Zanim Śladowianie zbudowali własnym sumptem kaplicę, niedzielne msze odbywały się w tym drewnianym domu, widocznym na zdjęciu, w izbie za tymi oknami.   

PS. Całkiem niedawno, staraniem Muzeum Ziemi Sochaczewsikej i Pola Bitwy nad Bzurą ukazała się książka Sebastiana Tempczyka „Śladów – historia (nie)znana”.  Można ją  kupić w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej.  

.........................................................................................


niedziela, 7 września 2025

W Czerwińsku nad Wisłą 


Jeden z najważniejszych zabytków mazowieckich znajduje się w tym małym miasteczku. Dla turystów z krwi i kości do odwiedzenia obowiązkowy. Swoje wędrowanie po  szlakach Puszczy Kampinoskiej zaczynałem od lasków i piasków koło Wólki Węglowej, potem przebyłem szlak z Dziekanowa Leśnego do Palmir, a gdy już zaliczyłem powstańczą mogiłę koło Zaborowa Leśnego, przyszła kolej na Czerwińsk, dokąd dojechałem pekaesem z dworca na ulicy Żytniej w Warszawie.  Tam zaczynałem swoją kolejną wycieczkę  po Puszczy Kampinoskiej. Na tamte czasy pełna egzotyka! Po  zwiedzeniu zabytkowego opactwa trzeba było przeprawić się przez rzekę. Pierwsze spotkanie z Czerwińskiem było więc pobieżne, był wtedy dla mnie tylko miejscem w którym być należało, i owszem, ale przede wszystkim miejscem w którym miałem zacząć wędrówkę najodleglejszych od Warszawy połaciach puszczy.   

Łodzią do Śladowa na południowym brzegu Wisły mnie i dwójkę moich towarzyszy przewiózł  pan Kazimierz Lewandowski. Był miejscowym  "wytycznym", o sobie mówił "wytykarz",  i do jego zawodowych obowiązków należało wbijanie w dno wiślane wysokich drągów, wyznaczających aktualny nurt Wisły. Nurt wiślany jest bowiem zmienny, a jeszcze długo po wojnie była to rzeka spławna, pływały nią statki pasażerskie z Warszawy do Płocka i Włocławka. Starsi ode mnie przyjaciele takim statkiem przypłynęli, aby w Czerwińsku zacząć wycieczkę pieszą do Leszna.  Pięć godzin z prądem parostatek płynął do Czerwińska z Warszawy. Jakby kto chciał parostatkiem powracać, podróży miał przed sobą godzin osiem, ale za to nocą!  

Czerwińsk był gniazdem, z którego na wodne szlaki wyruszyło wielu marynarzy słodkich wód, pochodziło stamtąd wielu kapitanów żeglugi śródlądowej. To stąd przedsiębiorstwa żeglugowe w Warszawie i Płocku czerpały kapitał ludzki stanowiący obsadę załóg na statkach, barkach i pogłębiarkach. Przed drugą wojną Czerwińsk n/Wisłą kojarzył się z baciarzami, krypiarzami, tworząc dużą flotyllę piaskarzy, żwirowników jak i szkutników. Ci ludzie regulowali brzegi Wisły, inni byli wytycznymi, jeszcze inni rybakami i szkutnikami.  Już nie jest dzisiaj  Wisła najważniejszym żywicielem mieszkańców Czerwińska. 

Jak już do Śladowa na drugim brzegu mnie pan Kazimierz dowiózł, pieszo powędrowałem przez Puszczę Kampinoską do Kampinosu. Już pod koniec lat dwudziestych XX wieku prowadził ze Śladowa oznakowany kolorem niebieskim szlak do Leszna. Poszedłem tym szlakiem, tyle, że nie do Leszna, lecz bliżej, do Kampinosu. Z całej trasy pamiętam tylko mgłę wieczorną nad łąkami tuż przed Kampinosem, a to była jesień i mgła była taka październikowa. Pierwszy raz miałem kontakt z taką mgłą na nizinach. Przez te mgłę zobaczyłem posuwające się do przodu końskie uszy i za tymi uszami jechał na mgle tułów faceta bez nóg, z batem w ręku. To, co poniżej, tonęło w mgle. Do Kampinosu doszedłem późno, autobusu już nie było. Nie było szosy do Leszna i do Żelazowej Woli, autobusy jeździły po kocich łbach szosą do Szymanowa. Zanocowałem tam. Było wtedy schronisko PTTK we dworku we wsi Kampinos. Gdy Puszcza Kampinoska została parkiem narodowym, sieć szlaków rozbudowano i nie ma już szlaku jednakowego koloru na tej trasie, więc trzeba się "przesiadać" z koloru na kolor, co zresztą nie jest żadnym kłopotem. Schroniska jednak już nie ma od dawna.  Dla młodego człowieka, jakim wtedy byłem, a były to lata sześćdziesiąte XX wieku, ten Czerwińsk, potem zaś wielogodzinna wędrówka przez puszczę, były  ogromnym przeżyciem. 


 Zakon kanoników regularnych lateraneńskich  został do Czerwińska sprowadzony z Francji za sprawą 
pochodzącego z Belgii płockiego biskupa Aleksandra z MalloneW 1155 r. papież Hadrian IV bullą zatwierdził bullą Opactwo.  W ciągu wieków dzięki licznym nadaniom, przywilejom i darowiznom książąt mazowieckich klasztor stał się jednym z większych właścicieli feudalnych na Mazowszu. Do największych dobrodziejów klasztoru należał książę mazowiecki Konrad II (zm. 1294), pochowany w jego podziemiach; ten nieszczęsny władca niezależnego księstwa mazowieckiego, daremnie marzący o królewskiej koronie i krakowskim Wawelu,  a który chcąc mieć głowę tylko do walki o tę koronę, a nie do walk z plemionami sąsiadów na północy, sprowadził na swoje granice Krzyżaków, aby mu problem rozwiązywali. Jak wiemy, rozwiązali po swojemu.  Do rozwiązania problemu zakonu krzyżackiego w Polsce przystąpił król Władysław Jagiełło. W roku 1410 r. , dążąc na spotkanie Krzyżaków pod Grunwald, przeprawił się tu po pierwszym znanym historii moście na Wiśle; ten tzw. most łyżwowy został zbudowany przez mistrza Jarosława pod Kozienicami, a następnie spławiony pod Czerwińsk, gdzie go zmontowano. Był w owym czasie cudem techniki. 


Lata mijały, bywałem później wiele razy w Czerwińsku, ale najbardziej pamiętam  swoje pierwsze odwiedziny.  Imponujące wieże i historię. Na dodatek wszystko to wpisane w nieznany mi dotąd nizinny krajobraz. Dopiero co bowiem przybyłem na Mazowsze z pagórkowatych krajobrazów południa kraju. Tutaj odnajdywałem pejzaż odmienny, napisany językiem zupełnie innym, niż tam.  Zaprzyjaźniałem się z mazowiecką ziemią, wrastałem w nią. 
 
  
Co jakiś czas wybieram się  na niespieszną przejażdżkę przez coutryside mazowiecki. Ich widok jest dla mnie jak tlen. Jadę wąskimi asfaltowymi drogami wiodącymi wśród pól i zagajników, wśród tonących w zieleni sadów i ogrodów ludzkich sadyb. Często przez zachodnie krańce Puszczy Kampinoskiej do zabytkowego Brochowa i koniecznie stamtąd nad Wisłę, aby kolejny raz spojrzeć  na rzekę. Zawsze, gdy tam bywaliśmy z żoną, najczęściej przywożąc tam swoich gości, jest nam tam dobrze. Krajobraz tam bardzo mazowiecki, bardzo polski. Nie wiem jak to odczuwa ktoś, kto jest przywieziony tam tylko na chwilę, aby spojrzeć i zaraz potem odjechać, lecz my, w mazowiecką nizinność wrośnięci, do wiślanych brzegów przycumowani na stale, czujemy tutaj coś, czego nazwać się nie ważymy, aby tego nie przepłoszyć. W tym pejzażu dotyka się wszystkiego naraz: transcendencji, poezji, historii, dramatów. 
 
Z wiślanego brzegu nieopodal Śladowa jest najlepszy widok na Czerwińsk. Jakże doskonale wpisane są w ten pejzaż te c
harakterystyczne dwie wieże, w romańskim stylu postawione przed wiekami na wysokim brzegu po przeciwnej stronie rzeki.  "Wieżyce czerwińskie były niewątpliwie najstarszym i najpierwszym gmachem murowanym i czerwony dach posiadającym w tej okolicy Mazowsza – pisał Zygmunt Gloger.  Żadna okolica dawnej Polski nie miała tak bezwarunkowej konieczności szukania obronnej podstawy pod mający się budować kościół lub klasztor, jak Mazowsze na prawym brzegu Wisły, graniczące od północy i wschodu z dzikimi krainami napastniczych pogan pruskich Litwy i Jaćwieży. Było też Mazowsze od najdawniejszych czasów krajem grodów i do takich zaś grodzisk należał prawdopodobnie i Czerwińsk przed zbudowaniem tu klasztoru dla kanoników laterańskich, których początkowe wprowadzenie do Polski wiąże się niemal z epoką zaprowadzenia wiary chrześcijańskiej kraju Polan." 

Czerwińskie wieże jeszcze większe wrażenie robią, gdy stanie się u ich stóp. Fotografowałem je dla siebie, utrwalając ich obraz na polskiej błonie fotograficznej, zdjęcia są czarno białe.  I takie również pomieściłem tutaj, w tym poście. Wtedy jeszcze nawet wybitni fotograficy polscy nie używali błony kolorowej.   


Wzniesiony w XII wieku klasztor i kościół w stylu romańskim był przekształcany w ciągu wieków, zgodnie z wymogami mody i potrzebami, nie zawsze najlepiej,  to przecież jest jednak wciąż ta sama. Wiele dorzuciła od siebie epoka gotyku, barok pozostawił po sobie dominujący w bazylice obraz wnętrza i lekceważyć go nie należy.  Barokowy ołtarz główny jest drewniany, Mazowsze to nie Włochy, marmurów tutaj nie mamy, ale to dzieło nie byle jakie, wykonane w Krakowie w roku 1630,  fundacja Mikołaja Szyszkowskiego, herbu Ostoja, opata Komendatoryjnego Kanoników Regularnych w Czerwińsku i od 1634 r. Biskupa Warmińskiego. Jak uda się zapewnić opiekę dobrą opiekę przewodnicką na czas zwiedzania, naprawdę sporo się o nim można dowiedzieć. A mieści w sobie największą świętość czerwińskiego sanktuarium, jest nim Obraz Matki Boskiej Pocieszenia, namalowany przez Łukasza z Łowicza w 1612 r.  (reprodukcja jest z płockiego wydania "Gościa Niedzielnego"._

 Modlił się przed nim Władysław IV i za odzyskane zdrowie złożył w podzięce srebrne wotum czerwińskiemu opactwu. Król Jan Kazimierz; gdy Chmielnicki zbuntował się przeciwko Rzeczpospolitej, przed obrazem Matki Boskiej Czerwińskiej „rzewliwymi łzami płakał”, a po zwycięstwie pod Beresteczkiem zdobyte chorągwie kozackie zawiesił w Czerwińsku przy ołtarzu. Na wygląd kościoła mocno wpłynął  narodowy historyzm z początku XX wieku, bo przywrócił  dawną świetność świątyni – odkryto romańskie freski, zrekonstruowano wieże i elewacje kościoła. 

Bryła budowli i jej układ przestrzenny niewiele odbiegają od pierwotnego. Te dwie wieże kościelne o wysokości 33 metrów zbudowano z bloków czerwonego granitu, którego barwa dała nazwę miejscowości. Ich kwadratowe podstawy mają mury grubości 123 cm. W wieżach są charakterystyczne okna bliźnie, tzw. biforia. Świątynię zbudowano z ciosów z polnego granitu, pomiędzy którymi trafiają się romańskie cegły. Tę czerwień kamiennych ciosów romańskich sfotografowałem później, po wielu latach, gdy przywędrowała już do nas wówczas kolorowa fotografia, są więc właściwego koloru.


Trzeba przyznać, że późniejsze przebudowywania czerwińskiej bazyliki nieźle współgrają z tym, co jest najstarsze, pierwotne. Normalna sprawa, niewiele mamy w Polsce budowli o jednolitym stylu romańskim, praktycznie tylko małą świątynię w Strzelnie na Kujawach. Bazylika czerwińska cennych fragmentów romańskich ma niewiele. Jednak są nie byle jakie i z dobrym przewodnikiem w ręku można je w świątyni wytropić. 


Wewnątrz obmurowanego murami później pobudowanej kruchty  zachował się, chociaż niekompletny, romański portal z lat 1148–56, który należy do najstarszych zabytków monumentalnej konstrukcji portalowej, otwierając historię figuralnej rzeźby w Polsce. W czerwińskim portalu widoczne są wpływy lombardzkie i burgundzkie; być może z tych krain pochodzili jego twórcy. Lapidarialne fragmenty rzeźbiarskie pochodzące z portalu są umieszczone obok w kruchcie. 
Sfotografowałem tam dwa kapitele dwunastowiecznych kolumn. Na jednym widnieje maska, trzymająca w ustach roślinne skręty, na drugim wyrzeźbiona jest postać mężczyzny ze smokami (na zdjęciach poniżej). Twierdzą znawcy, że jest to Gilgamesz, władca starożytnej Mezopotamii, jeden z największych i najwspanialszych królów w historii świata. Skąd w Czerwińsku znalazł się bohater sumeryjskich mitów i dlaczego? Ot, takie to zagadki pozostawili nam ci średniowieczni rzeźbiarze sprzed wielu wieków o nieznanych nazwiskach.
 

Niespełna ćwierć wieku dzieli rzeźby czerwińskie od swoich pierwowzorów ze świątyń Włoch i Francji. Jeszcze na pół pogańskie Mazowsze wcześnie łyknęło artystycznych nowinek świata. Mnisi, którzy przybywali tu z Francji i zwłaszcza z Włoch, przynosili ze sobą także powiew „wielkiego świata”. Taka świątynia romańska z granitu, w kraju niedawno jeszcze pogańskim, była olbrzymim na owe czasy szczeblem i postępu i cywilizacji.
 
Teraz, gdy odwiedzam czerwińskie opactwo, najchętniej zwracam uwagę na detale, zawdzięczam im moc radości. Kołatka gotyckich drzwi i obramienie małego romańskiego okienka w północnej kaplicy po lewej stronie prezbiterium. Albo znajdujące się na dziedzińcu opactwa żelazne kotwice już nieistniejących wiślanych parostatków, którymi z Warszawy... 
 

Fotografuję teraz najczęściej telefonem, takich bowiem czasów dożyłem, nie do uwierzenia. Wciąż w zachwycie staję u stóp ogromnych schodów, stokiem nadwiślańskiej skarpy prowadzących ku Opactwu, są znakomitą i bardzo ważną częścią całości, nie tylko architektoniczną. 

I wciąż pamiętam moje pierwsze odwiedziny Czerwińska. Imponujące wieże i echa dziejącej się w ich cieniu historii; robiło to wrażenie na młodym.  Na dodatek wszystko to wpisane w nieznany mi dotąd nizinny krajobraz mazowiecki. Dopiero co bowiem przybyłem na Mazowsze z pagórkowatych krajobrazów południa kraju. Tutaj odnajdywałem pejzaż odmienny, napisany językiem zupełnie innym, niż tam.   
Minęły lata, zestarzałem się, krajobraz w zasadzie ten sam, ale przecież coś się zmieniło. Już nie pływają Wisłą dubasy, szkuty, krypy i berlinki, jeszcze do lat siedemdziesiątych XX wieku także parostatki. Fenomen Wisły chyba na czymś innym polega, to nie uregulowana, stłamszona betonowymi brzegami rzeka, taka jak Dunaj, jak Ren i Rodan, jak inne wielkie rzeki europejskie, a u nas Odra. Wisła jest bardzo polską rzeką;  wolną, swobodną, to rzeka kapryśna, jednego roku niesie moc wody, a innego pełna jest mielizn i płycizn, na mazowieckim odcinku nieuregulowanej Wisły są dzisiaj utworzone rezerwaty przyrody, kilka gniazd wiło nad nią nasze godło narodowe – ogromny  bielik. 
Niewątpliwie powinien na tej rzece powstać park narodowy; mazowiecka Wisła jest dobrem narodowym najwyższej rangi, jak Tatry. Dzika uroda tej rzeki jest niepospolita i jest ogromną wartością w skali całego kontynentu. „Rzeko piękna, rzeko polska, rzeko mojego życia” wzdychał do niej urodzony w nadwiślańskim Płocku poeta, Władysław Broniewski. "Rzeko snów o zielonym wodniku   śpiewał wierszem Krzysztof Kamil Baczyński.    płyną tratwy, kry i przyszłość. Taki długi żal jak żal skrzypiec, Wisło." 
 
 
 Jest jeszcze coś w tym Czerwińsku, co znajduje się pomiędzy Wisłą, a zabytkowym Opactwem. To - miasteczko, które rozłożyło się u podnóża zabytkowego opactwa. Najprawdziwsze i nie podrabiane. Ma swój wdzięk, chociaż nie ma już tam karczmy, z w której wchłaniałem pomidorową i mielonego kotleta w czasie pierwszych moich tam pobytów. Zawsze  była pełna tytoniowego dymu i podchmielonych konsumentów. Czerwińsk był miastem już w XIV wieku, prawa miejskie mu odebrała carska władza w roku 1870, jak dziesiątkom innych miasteczek mazowieckich. Odzyskał je w roku 2020, ma niespełna tysiąc mieszkańców, w sumie niewielki jest ten Czerwińsk.
Wychodzi mi jednak na to, że to jest jego zaletą... 
 

............................................................................

 

piątek, 27 grudnia 2024

Przełom Golędzinowski na Wiśle w Warszawie

Mam ośmioro  siostrzenic i siostrzeńców, mieszkają na polskim Śląsku i w zagranicznym Londynie, Paryżu i Gandawie, a jeden nawet po sąsiedzku, na Żoliborzu. Jest i dziewiąty siostrzeniec i o nim teraz będzie.  To siostrzeniec  „przyszywany” –   jak mówi o sobie  Adam Wajrak.  Znam go od małego, on też żoliborzanin, jak i ja, teraz już od lat mieszka w Teremiskach pośród Puszczy Białowieskiej. W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia zatelefonował stamtąd do swojego "przyszywanego" wujka. Jak co roku (chyba, że akurat jest w Arktyce, bo i tam bywa), złożył  życzenia świąteczne. Porozmawialiśmy przy okazji o tym i owym, przede wszystkim o przyrodzie, oczywiście.  Przygotowałem dla wujka niespodziankę – mówił mi Adam przez telefon  –   jest na you-tubie, zaraz wysyłam. Włączyłem  więc komputer, w środku czekał już na mnie list elektroniczny,  a w nim rzeczywiście wyjątkowy prezent pod choinkę:

„Kochany Wujku oto prezent prosto z Wisły  https://www.youtube.com/watch?v=yry4kzfmcfM   pozdrawiam i ściskam bardzo Adam.” Nie zdążył jeszcze wyłączyć telefonu po rozmowie, gdy  usłyszałem  jak mówił do jakiegoś Witka, pewnie był  u niego w gościach, że jak chce zobaczyć żubry, niech idzie za sąsiedzką stodołę, to je zobaczy, bo tam leżą dwa.
Adam te żubry sfotografował, a zdjęcie,   nie pytając autora o zezwolenie, ściągnąłem z jego facebooka. 

 

Wajrak (po prostu: Wajrak, imię bywa zbyteczne, Wajrak jest  jeden i niepowtarzalny) to teraz popularny pan dziennikarz „od dzikich zwierząt", wydający książki, na co dzień pisujący w Gazecie Wyborczej. Wciąż wspomina wycieczkę, na którą go zabrałem na rozlewiska Narwi i Wkry. Od tamtej wycieczki mówi do mnie „wujku” i uważam to za zaszczyt. Powtarza, że tam zaraziłem go chroniczną miłością do ptaków. Nasza siostrzenica, Magda, razu jednego spytała, czy może zabrać ze sobą kolegów z klasy. Oczywiście, dlaczego nie? Świetnie pamiętam tę wycieczkę. Nadrzeczne łąki zalane wodą. Uwijające się  nad  nimi podniecone wiosną ptactwo. Pikujące ku wodzie rozlewisk rybitwy czarne, tęsknie nawołujące się brodźce krwawodziobe, melancholijnie, fletowo pokrzykujące szlamiki oraz czajki, z krzykiem wywijające w powietrzu beczki, kozły i loopingi. Potem przeprawiliśmy się wynajętą łodzią na drugi brzeg, a tam latały i skrzeczały gromady czapli. Słońce świeciło, mój Boże, jakże wtedy było tam wspaniale !
Innym razem pojechaliśmy w kilka osób „na bobry”. Ostatnim pociągiem, wyjeżdżającym z Warszawy dojechało się wówczas pod Skierniewice, aby wysiąść z pociągu tuż przed północą i powędrować  kilka kilometrów do miejsca, gdzie na Rawce kolo Kamiona bytowały bobry. To było jedno z trzech pierwszych bobrzych stanowisk pod Warszawą., we wszystkich bytowały bobry introdukowane tj. przywiezione z północno-wschodniej Polski. Przez godzinę gaworzyliśmy sobie nad niewielkim ogniskiem, potem rozstawiłem towarzystwo na stanowiskach nad bobrzą rzeką, w odstępach, tak aby obserwator na obserwowaniu mógł się skupić, a nie rozpraszać np. rozmową z towarzyszącą mu osobą. Tylko Adam zobaczył płynącego bobra. Tuż przed świtem.

Usiadłem teraz przy komputerze, włączyłem urządzenie i kliknąłem ma podany przez niego adres. Z wielką frajdą obejrzałem filmik i posłuchałem Adamowego  komentarza, specjalnie dla mnie nagranego i to bezpośrednio z łódki, którą płynął  Wisłą. Zaliczał wtedy   wielodniowy spływ środkowym odcinkiem rzeki, na filmiku został utrwalony moment, gdy akurat przepływał przez Przełom Golędzinowski.  To takie miejsce na Wiśle, znajdujące się między Żoliborzem, a Golędzinowem, gdzie na dnie Wisły znajduje się wyraźny  próg, pełen kamieni, niektóre  pokaźnych rozmiarów. Dwa miesiące wcześniej, w czerwcu pokazałem mu ten przełom z brzegu, teraz doświadczał go na wodzie, kajak podskakiwał na falach, trzęsło jak należy.
To zdjęcie poniżej jest moje, telefonem pstryknięte, z żoliborskiego brzegu tego "przełomu". Na zdjęciu wyraźnie widać początek wspomnianego progu na dnie rzeki, poniżej już tańczące na kamieniach fale. Dla człowieka w łódce jest to lekkie wyzwanie, adrenalinka podskakuje.



Nie znającym tematu należy się kilka słów objaśnienia. Wcale często tam bywam nad Wisłą,  bardzo sympatyczny jest to spacer w stosunkowo bliskim sąsiedztwie naszego mieszkania na  Żoliborzu. Muszę tylko  sprzed domu pojechać autobusem linii 114, po kilku minutach jazdy wysiąść z niego w miejscu, gdzie ulica Krasińskiego się kończy na poprzecznej Wisłostradzie. Przez pół kilometra idę potem pieszo. Za  nadrzecznymi łęgami czeka na mnie królowa rzek polskich.  Jej widok w tamtym miejscu jest zawsze dla mnie radosnym zdumieniem. Chociaż po raz kolejny  go oglądam, wciąż go bisuję. Jakże mógłbym inaczej! Pół godziny po wyjściu z mieszkania jestem pośród natury w niezwykłym, przyrodniczym krajobrazie. Pośrodku lata zwłaszcza,  warszawska Wisła w tym miejscu jest  jak Dunajec w Nowym Sączu. Przy niskim, letnim poziomie wody powychodziły na wierzch kamienie. Siadam na długie minuty   na zwalonym przez bobry drzewie i słucham szumu wody,  przewalającej się przez kamienne szypoty.


Wajrak jak się patrzy; to autoportret z Wisły. Na dalszym planie jego kajak z łacińską nazwę wydry Lutra na burcie. Na facebooku znajduję Adamowy komentarz do jego wiślanego spływania po Wiśle: „Po tych dwóch tygodniach wodnej włóczęgi wiem, że Wisła tam gdzie nie dobrał się do niej człowiek ze swoimi ostrogami, regulacjami, spiętrzeniami jest cudem. Takim na miarę Puszczy Białowieskiej. To niesamowite jaki skarb mamy w naszej ojczyźnie i jak mało o nim wiemy, choć jest tuż obok, jest w środku naszego kraju. Jak to możliwe naprawdę nie wiem. Dalej dochodzę do siebie i myślę, że to jeszcze potrwa.”

Autocytat o wycieczkach z „wujkiem” odbywanych przez małoletniego Adasia jest w tym poście wzięty z mojej książki p.t. "Klangor i fanfary". W mojej  przedświątecznej poczcie elektronicznej znalazł się m.in. list od Tadeusza Nowakowskiego, który redagował mi tę książkę w Wydawnictwie Iskry: „Najserdeczniej pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego. Dajmy Świętom i Nowemu Rokowi szanse na pełne zaskoczenie dobrocią, łaskawością i nieoczekiwaną  szczodrością. Wszystkiego dobrego.”

Mądre, szczere i wyjątkowe to życzenia. jakże się nie dołączyć. Tak też i czynię: szczęśliwego Nowego Roku ! 

Post scriptum. Rzadko się spotykamy z Adamem. On pełen wigoru, mobilny, jak to młodzi, ja przez swój pesel z konieczności wyciszony. Gdy u progu lata mijającego właśnie roku 1924  zaraz po tym, jak pokazałem mu już Przełom Golędzinowski z żoliborskiego  brzegu, zanim się pożegnaliśmy, wraz z sympatycznym gronem towarzyszących nam zwiedzaczy rodzimych krajobrazów, na halbę piwa wstąpiliśmy do niewielkiej, plenerowej knajpki i tam daliśmy się sfotografować. Wydobyłem teraz to zdjęcie z archiwum. Jest okazja...

Zdrowia, szczęści, pomyślności!

...................................................................................................  

środa, 24 maja 2023

Wyspy Zawadowskie


 

Chociaż wyspy te znajdują się częściowo w granicach Warszawy, mało kto z warszawiaków wie o tym, że w ogóle one są. Gdzie jest Puszcza Kampinoska, wie o tym niemal każdy.  Chociaż nazwie puszczę Kampinosem i w tym przypadku o wieś Kampinos mu nie chodzi, przecież o co mu chodzi wiadomo. Las, to jest las. A na dodatek to jest park narodowy, a taki park narodowy to nie byle co. Myślę niekiedy, dość paskudnie zresztą, że ochrona przyrody jest jak wąż, zjadający własny ogon. Dopiero, gdy przy jakimś przyrodniczym obiekcie postawimy tabliczkę z napisem, że to pomnik przyrody, rezerwat lub park narodowy, wtedy dopiero poczynają ludzie ciągnąć ku niemu!  


Wyspy Zawadowskie od roku 1998 znajdują się w rezerwacie, utworzonym na Wiśle. Jednym z wielu wiślanych rezerwatów mazowieckim odcinku rzeki! A dając rezerwatowi nazwę,  są jego ozdobą. Celem utworzenia rezerwatu - powiada Wikipedia - jest ochrona ekosystemów wodnych w korycie środkowej Wisły, o charakterze naturalnym lub zbliżonym do naturalnego. Jest też miejscem gniazdowania i żerowania rzadkich gatunków ptaków oraz ostoją zwierząt związanych ze środowiskiem wodnym. 

Od roku 2004  niemal cała mazowiecka Wisła wraz ze swoimi brzegami,, nie tylko w tym rezerwacie, znalazła  się  w granicach jednego z europejskich obszarów ochrony przyrody Natura 2000. mazowiecki odcinek Wisły jest chroniony jako obszar specjalnej ochrony ptaków pod nazwą Dolina Środkowej Wisły. W roku 2004 przystępując do Unii Europejskiej, nasz kraj  urodę królowej polskich rzek ofiarował całej zjednoczonej Europie, wniósł ją w posagu jako nasze narodowe dobro. 


„Pod względem stopnia naturalności, bogactwa przyrodniczego i piękna krajobrazu ze środkową Wisłą na terenie Unii Europejskiej może konkurować jedynie Loara” – pisał dr Przemysław Nawrocki. Jest to rzeczywista ostoja dzikiego ptactwa lęgowego i przelotnego pomiędzy Dęblinem a Płockiem. Wielkie piaszczyste łachy są siedliskiem wielu gatunków mew, rybitw i sieweczek, a największe z wysp są porośnięte zaroślami wierzbowymi i topolowymi.  W Dolinie Środkowej Wisły gniazduje około 50 gatunków ptaków wodno-błotnych. Występują tu co najmniej 23 gatunki ptaków ważne w skali europejskiej. Ptasiarze są zachwyceni. A zwykli zjadacze chleba odnajdują tam po prostu niecodziennie piękny krajobraz. I to tuż obok wielkiego miasta!


 Wybrałem się tam ostatnio, aby odwiedzić  praski brzeg Wisły, na południe od mostu Anny Jagiellonki.  Podwarszawskie rezerwaty   „Wyspy Zawadowskie” i sąsiadujące z nim "Wyspy Świderskie", jawiły mi się jako argument za sensem powołania parku narodowego nad Wisłą. Zapatrzeni w jedyność i nadzwyczajną niezwyczajność Puszczy Kampinoskiej (skądinąd naprawdę nadzwyczajną)  powinniśmy się przyjrzeć niezwykłości tamtego, wislanego krajobrazu...



 „Rozległe, bezustannie wędrujące ławice piasku omywane podzielonymi strugami nurtu, tworzą trudny do przepłynięcia  labirynt wodny. Zatopione drzewa machają z głębin mocarnymi konarami ― odnotowuję z internetu: w portalu jawisla.pl.   ―   Wiry wycinają w dnie osiemnastometrowe studnie, na których dnie stukilowe sumy spokojnie czekają na żer. Archipelag Wysp Zawadowskich jest jednym z najcenniejszych przyrodniczo miejsc w stolicy Polski. Wisła trzy razy szersza niż w Śródmieściu, a to wciąż Warszawa. Bieliki przylatują tu aż z Kępy Radwankowskiej, by upolować gniazdujące na jednej z wysp mewy. Często spotkać można czarnego bociana i czaplę. Bobry pozują do zdjęć. W tych rezerwatach ochronie podlegają przede wszystkim miejsca gniazdowania ptaków.” 


 Nie jest tak łatwo zwrócić uwagę na  wyjątkowość tej naszej, warszawskiej Wisły. Ale i na konieczność ochrony tej wyjątkowości. Ale to się dzieje. Za sprawą ludzi, którym się chce. "Aby chronić Królową Rzek Wisłę, a ludziom przywrócić radość obcowania z Nią" założył Fundację Ja Wisła jeden z takich, którym się chce, nazywa się Przemysław Pasek. Wyprzedził swoimi działaniami to, co powinny robić stosowne urzędy od ochrony środowiska. A cele fundacji Ja Wisła są proste: ochrona naturalnego biegu Wisły i unikatowych wartości przyrodniczych doliny Rzeki, zachowanie nadwiślańskiego dziedzictwa kulturowego, kultywowanie tradycji i promocja kultury oraz kształtowanie prawidłowych relacji pomiędzy ludźmi a Rzeką. I to ostatnie jest chyba najtrudniejsze.

Na brzegu Wisły, z widokiem na Wyspy Zawadowskie, opowiadał mi o terenowej pracy wolontariuszy z fundacji Ja Wisła. O ustawianiu czerwonych tablic z orzełkiem w koronie i napisem "Rezerwat przyrody". O wkopywaniu metalowych słupków w ziemię pod te tablice,  obkładaniu ich kamieniami,  aby uchronić je przed wyrwaniem, zalewaniu tych kamienie betonową zaprawą. I o tym, że tablice były systematycznie niszczone. "Ale - mówił mi Zdzisław Smoliński - ta akcja przyczyniła się znacznie do zmniejszenia obecności w tym rejonie quadów, samochodów terenowych i motocykli. A mieszkańcy i turyści dowiedzieli się o istniejącym rezerwacie."  


 

Powalającą urodą jest dróżka wiodąca brzegiem rzeki. Im dalej od Warszawy, tym mniejsza szansa na spotkanie innego człowieka. i bardzo łatwo się można zatracić w urodzie nadwiślańskiego  krajobrazu. Niezależnie od pogody nawet. Myślę, że również  przy ciemnych chmurach, kłębiących się dramatycznie nad głową. Chociaż – to oczywiste – przy wiosennej zieleni i w słońcu jest najbardziej.  Szedłem tam dopiero co dniem pogodnym, był maj, słowiki kląskały,  przyroda się do mnie uśmiechała, byliśmy ze sobą w niezłej samotności, tylko ja i ona, sama radość. 

 

Na czym polega wielkość naszej Wisły?  Dla nas, dla laików, wartość oglądanych obrazów naturalnej przyrody nad Wisłą jest równa wartości obrazów z głębi naszych Tatr.  Chociaż tak zupełnie od siebie się różnią. Innymi pędzlami malowała je Matka Natura albowiem. Zapwne zresztą nie zdajemy sobie z tego sprawy. A warto przy tym pamiętać, że urodziwych gór skalistych w Europie nie brakuje, zaś Wisła jest jedyną dużą rzeką nizinną o takiej skali naturalności w całej wspólnocie europejskiej!


 Przyrodnicy postulują utworzenie parku narodowego rzeki Wisły, najlepiej właśnie tutaj, w środkowym jej biegu,  na Mazowszu w okolicach Warszawy. Wisłę w Warszawie oczywiście trzeba sobie odpuścić, ale to co powyżej i poniżej miasta to już zupełnie inna sprawa. Pławba cicho płynącą łodzią po rzece, albo wędrówka nadbrzeżnymi dróżkami nawet największemu laikowi uzmysławia jak bardzo słusznym jest postulat utworzenia tego narodowego parku. Bo ten krajobraz jest naprawdę wielkim dobrem narodowym.


Jak to powiedział poeta? „Piękna nasza Polska cała/ Piękna żyzna i niemała! Lecz najmilsze i najzdrowsze / Przecież człeku jest Mazowsze.” Wincenty Pol się poeta nazywał. Wiedział, ci on, co mówi. 

Jest jednak jedno „ale”. Poeta nie wiedział jeszcze, że lud kiedyś zrozumie czym może być przyroda jako miejsce rekreacji, pikników z grillem w roli głównej, wędrując dróżkami z pieskiem przy nodze lub „na siagę” pomykać przez tę przyrodę na rowerach. A jak będzie tu park narodowy, to coś się zyska, ale coś się straci. To prawda, powstaną wygodne ścieżki, punkty widokowe się zagospodaruje we właściwych miejscach, będzie więc tak, ażeby ludziom było dobrze, a przyroda rosła sobie zdrowa i coby ptacy mieli gdzie chować swoje młode. A jak to wszystko już będzie zrobione jak trzeba, może nawet pomyśli się o biletach wstępu, aby dać mi prawo całkowicie legalnego podziwiania urody nadwiślańskiego krajobrazu, jak ma się to za pieniądze zagwarantowane w takich na przykład Tatrach. Tyle że wtedy tu już nie będzie tak, jak miałem ja to teraz, gdy mogłem zobaczyć i przeżyć ten krajobraz,  w majowej pogodzie i przyrodzie wędrując nad Wisłą ze Świdrów Małych do warszawskich Błot. Zapewne nie mam racji, być może się mylę i źle to widzę, ale niekiedy myślę, dość paskudnie zresztą, że ochrona przyrody naprawdę bywa jak wąż, zjadający własny ogon...  


............................................................................................

poniedziałek, 21 lutego 2022

Z autorskiej biblioteki : 

--------------------------------------------

 Igrzec

Lechosław Herz. Igrzec. Opowieści mocno osobiste
Wydawnictwo Iskry. Wydanie I: 2021. Okładka twarda z obwolutą, 464 stron 12.5 x 19.5 cm
Numer ISBN:    978-83-244-1093-4
Kod paskowy (EAN):    9788324410934


Na obwolucie tej książki jest czarno-białe zdjęcie, sfotografowane w Beskidach, w rejonie Boraczej, gdzieś na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Fotografowałem marniutkim radzieckim aparatem fotograficznym o nazwie Smiena. Całkiem przyzwoite robił zdjęcia. Ten oryginalny strach na wróble utrwalony został przeze mnie na kiepskiej, typowej dla tamtych czasów, błonie fotograficznej polskiego Fotonu. Jakiś czas temu zdecydowałem się część starych zdjęć z lat sześćdziesiątych zdygitalizować. Przeglądając te stare zasoby zoczyłem tego stracha. Okazało się, że bardzo pasuje do  książki i jej autora.

Igrzec – to dziwne słowo z tytułu książki –  wziąłem ze staropolskiego, igrcem zwany był ludowy poeta, muzykant i trefniś, wędrowny ludowy śpiewak, opisujący w dawnych czasach swymi utworami ciekawe i aktualne zdarzenia. 

W tej książce, wydanej starannie przez Wydawnictwo Iskry jesienią roku 2021, na ponad 400 stronach druku, zostały zawarte takiego igrca opowieści mocno osobiste. Jest ich trochę, bo w swoich wędrówkach to i owo przeżyłem i zobaczyłem. Jest ta książka opowieścią o życiu autora, to niewątpliwie, ale i opowieścią o tym, jak świat wokół mnie zmieniał się z latami, jest wiec mowa i o czasach okupacji hitlerowskiej i o czasach Peerelu, czyli w tzw. komunie. Dużo w tej książce wspomnień osobistych, jest sporo krajoznawstwa. Nie Mazowsze gra w tej książce naczelną rolą, ale i dla niego sporo się znalazło miejsca. 

Jest tam też taki fragment, tyczący pewnego turystycznego zdarzenia, które dotknęło moich przyjaciół w okolicach mazowieckiego Czerwińska nad Wisłą. W tamtej okolicy można dotknąć Mazowsza, a przecież leży ono w sercu Polski, jest polskością i to podniesioną do rangi wysokiej. I tam, nad Wisłą, czuje się to sercem i duszą, a najlepiej patrząc na wieżyce czerwińskiego opactwa z drugiego brzegu rzeki. W pogodne, letnie niedziele niesie się po wodzie głos wiernych, śpiewających stare, kościelne pieśni w wiekowej bazylice. Tyle, że niełatwo do niej przepłynąć, bo młodzi do przewozu są dzisiaj nieochotni, a sporo lat już upłynęło, jak umarł ostatni prawdziwy przewoźnik z Czerwińska, pan Kazimierz Lewandowski. Mnie on jeszcze przewoził. Jak go zabrakło, z przewozem już nie było łatwo. Podobno ma być znowu, czas pokaże...

Kiedyś moi przyjaciele z dwójką dzieci pojechali pekaesem na wycieczkę do Czerwińska. Po zwiedzeniu opactwa chcieli przepłynąć rzekę i pójść do autobusu, zatrzymującego się w jednej z wiosek na skraju Puszczy Kampinoskiej, rosnącej na drugim brzegu. To taka klasyczna trasa wycieczkowa w okolicach Warszawy, popularna jeszcze przed wojną.

Jakoś wreszcie udało im się znaleźć chętnego z łódką, popłynął z nimi, a gdy ich wysadził na ląd zażądał ogromnych pieniędzy. Oni trochę naiwni, wcześniej nie zapytali za ile ich wiezie, przy dzieciach, nie chcieli się przy nich wykłócać, nie mieli zresztą wyjścia, przewoźnikowi dali niemal wszystko, na bilety do autobusu już nie starczało. Pomyśleli, że przecież kilkanaście kilometrów stamtąd ja pomieszkuję w swojej leśniczówce, więc pójdą do mnie, a ja ich poratuję.

Okazało się, że to niełatwa będzie sprawa, człowiek wysadził ich albowiem na ogromnej wiślanej wyspie, nijak nie można było stamtąd przeprawić się na stały ląd. Ale na wyspie pasły się krowy, więc pomyśleli inteligentnie, że przecież wieczorem zapewne przypłyną do nich ludzie, aby je udoić. I tak się stało. Dostali się więc na ląd i poszli do mojej leśniczówki, ale już noc nadchodziła i mnie już tam nie było, po weekendzie wróciłem na noc do Warszawy. Przygoda skończyła się szczęśliwie, mieszkali obok sąsiedzi, uwierzyli i pożyczyli pieniądze. Tydzień później zaciągnięty przez przyjaciół dług sąsiadom zwróciłem.

RECENZJE
Izabela Mikrut poleca książkę na stronie: tu-czytam
Adam Kraszewski recenzuje książkę w: Na Temat
Stanisław Bubin o książce w: Lady`s Club
Recenzja na stronie: Sztukater


Chojnów


Lechosław Herz. Chojnowski Park Krajobrazowy. Przewodnik
Oficyna Wydawnicza Rewasz. Wydanie II: 2021.
192 strony formatu B6, 34 zdjęcia barwne, 53 zdjęcia oraz ilustracji czarno-białych w tekście, 7 mapek i planów miejscowości; wewnątrz skrzydełek barwna mapa Lasów Chojnowskich. Broszura szyta nićmi. Oprawa miękka ze skrzydełkami. Rewasz, wyd. II. Pruszków 2021

Dla mieszkańców południowych dzielnic i Warszawy i jej obrzeży hasło Chojnów znaczy tyle, co hasło Kampinos dla tych z północnej części miasta. Oznacza kawał dużego lasu, świetne leśne powietrze i miejsce, dokąd się jeździ na weekend, aby zażywać przyjemności pośród tego lasu i  leśnego powietrza. Chojnowski Park Krajobrazowy obejmuje swoimi granicami nie tylko las, także tereny otwarte, z lasem granicy tam urokliwe Urzecze w dolinie Wisły, także dolina Jeziorki. Co tam warto zobaczyć, o czym dobrze jest wiedzieć opowiada   ten przewodnik. Pod koniec ubiegłego roku pojawiło się w księgarniach drugie, poprawione wydanie mojego przewodnika Chojnowski Park Krajobrazowy.

Tak się złożyło, że ja projektowałem znakowane szlaki turystyczne w tamtych lasach. Tamtejsze szlaki najczęściej prowadzą  leśnymi duktami, a te biegną po linii prostej, czyli duktami leśnymi, a linia prosta to nie jest to, co piesze tygrysy lubią najbardziej. Jest o tym więcej w tym przewodniku:

Do dziś obowiązujący powierzchniowy podział lasu wprowadzili w 1 połowie XVIII wieku  sprowadzeni przez Sasów leśnicy niemieccy. Wtedy poczęto dzielić kompleksy leśne na prostokątne  „oddziały", ograniczone prostymi liniami oddziałowymi, przeciętymi w lesie. Prostokąty te mają dłuższe boki południowe, oddziały są numerowane kolejno, a dla każdego nadleśnictwa lub obrębu jest stosowana odrębna numeracja. Słowo "dukt" pochodzi od łacińskiego wyrazu "ductus" tj. prowadzenie. Często używane jest określenie "przecinka", ale leśnicy używają określenia "linia oddziałowa" w wypadku linii na dłuższych bokach, oraz "linia gospodarcza" na bokach krótszych.  W ostatnich dziesięcioleciach, w związku z powszechnym stosowaniem traktorów i ciężarowych samochodów do zwózki drewna w lesie, wybrane dukty są modernizowane i przystosowywane do współczesnych środków transportu.

Dla prowadzenia szlaków dukt nie jest drogą najbardziej właściwą. Dobrze prowadzony szlak znakowany winien unikać dróg prostych, zbyt mocno antropomorficznych. Winien prowadzić dróżkami i ścieżkami krętymi, o zmiennej perspektywie, najlepiej wąskimi, umożliwiającymi pełne zanurzenie się w przyrodzie.  Tak, jak Krakowskie Przedmieście w Warszawie lub ulica Grodzka w Krakowie są bardziej atrakcyjne z punktu widzenia architektury miejskiego krajobrazu od np. warszawskiej ul.Puławskiej lub ul.Piotrkowskiej w Łodzi, tak kręta dróżka szlaku jest atrakcyjniejszą pejzażowo od szlaku, wiodącego prostą jak strzała linią duktu. W Lasach Chojnowskich -  z małymi tylko wyjątkami  - jest to niemożliwe. 

  Kampinos


Lechosław Herz. Puszcza Kampinoska. Przewodnik Oficyna Wydawnicza Rewasz.Wydanie V: 2022/360 str., wkładka kolorowa 32 str., 105 fotografii czarno-białych, 33 mapki, planiki miejscowości i rysunki. Okładka miękka ze skrzydełkami, pod skrzydełkiem kolorowa mapa Puszczy Kampinoskiej z zaznaczonymi trasami i miejscami opisanymi w przewodniku. ISBN: 978-83-8122-050-7

 To już piąte wydanie przewodnika  Puszcza Kampinoska w tej edycji, a wcześniej były jeszcze   trzy w wydawnictwie Sport i turystyka, pierwsze z nich było w 1971 roku, a więc moje przewodniki na pokuszenie wodzą ludzi od przeszło pół wieku. Nakłady rozchodzą się jak należy, książeczka ma nieustające powodzenie, autor jest szczęśliwy, czegóż chcieć więcej. W międzyczasie czasie, przygotowując i pisząc te przewodniki, obserwowałem ludzi, parzyłem lub pytałem, czy korzystają z drukowanych przewodników, czy szukają w książeczce objaśnień o mijanym terenie. Otóż, niezupełnie. Przewodniki w większości przypadków służą do czytania przy planowaniu wędrówki przed jej podjęciem, a potem już po powrocie do domu. Ten przewodnik z tych wniosków czerpie obficie. 

Korzystając z przewodnikowego, autorskiego tekstu pomieszczonego w książeczce, zapraszam do odwiedzin miejsc nad Wisła, znajdujących się w otulinie puszczy. Tam teraz będzie się działo najwięcej, o zbliżającym się przedwiośniu.  Jak do tych miejsc trafić? O tym można przeczytać w przewodniku.

    Topole nadwiślańskie (str.91). Wspaniałe topole w Kępie Kiełpińskiej pod Łomiankami są wielką przyrodniczą atrakcją okolicy podwarszawskiej. Topola czarna, siostra topoli białej, zwanej białodrzewem, w przeciwieństwie do tamtej ma korę ciemniejszą, choć nie czarną, spękaną głęboko, zgrubiałą u dołu, gdy stara. Dorasta 37 m wysokości i osiąga 8 metrów obwodu. Z czasów rosyjskiego zaboru została jej druga nazwa i jest to oczywisty rusycyzm: sokora. W nazwie tej znajduje się >sok< i nie bez powodu, bowiem sokora lubi puszczać sok i niespodziewanie obdarowuje nim niekiedy pod nią odpoczywających. Liście sokory, jak i innych gatunków topoli tj.białodrzewu i osiki, są bardzo ruchliwe i gdy inne drzewa pogrążone są w milczeniu, sokora "ciągle coś szepcze i szemrze, wtórując ptakom, które na niej gromadzą się chętnie i licznie" (Bronisław Gałczyński, 1932).
        Topola czarna jest coraz mniej liczna, chociaż przed wiekami rosła w lasach łęgowych i słynęły aleje z Puław do Kazimierza oraz z Marymontu na Bielany. Dziś występuje zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich zgrupowaniach, jak nad Wisłą w Kępie Kiełpińskiej i na brzegu przeciwnym koło Jabłonny; te topole dorastają najwyżej 3O m wysokości, co i tak jest wysokością imponującą. O tym drzewie, mocno zrośniętym z krajobrazem okolic podwarszawskich, pisano wiersze, a żyjący w XIX w. Antoni Czajkowski - zda się - jakby tę właśnie okolicę portretował był w swoich poezjach:

             "A nadwiślańska topola wspaniała
        Nad nurtem wielkie konary rozwiała:
        To nie Włoch smukły, co liść swój podkasa,
        Ale brat szlachcic do korda, do pasa
        Pień swój szeroki podnosi zuchwale..."

------------------