piątek, 1 marca 2019


Bunkry na wydmach
opowieść krajoznawcza w dwóch odsłonach 

     Zima tegorocznego lutego na Mazowszu jakaś taka bardziej łagodna raczej. A luty wręcz niebywały. Czasem słonecznie, mroźnie bywało, ale nie za bardzo. W sam raz na wypad na peryferie mojego miasta, do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w okolice Starej Miłosny, w krainę wydm i torfowisk.  To niezwykła  kraina, zadziwiająca tym bardziej, że  w znaczącej części znajduje się w granicach Warszawy.  
      Są dwie Miłosny, jedna jest dzielnicą Sulejówka, druga to Miłosna Stara i jak sama nazwa wskazuje, to ona jest starsza. Niektórzy warszawiacy mają problem z odmianą nazwy Miłosna. Najczęściej popełnianym błędem jest odmiana, powszechnie jedzie się więc do Miłosnej, a powinno do Miłosny. Tak jak jechałoby się do Warszawy, a nie Warszawej. Takie bowiem są prawidła naszego, polskiego języka.
    Mówią mi niektóre źródła, że nazwa osady pochodzi od rośliny  w średniowieczu masowo rosnącą na bagnach u stóp miejscowych wydm. Owa roślina to miłosna górska (Adenostyles alliariae), gatunek należący do rodziny astrowatych. Występuje tylko w górach środkowej, południowej i wschodniej Europy. Przypuszcza się, że roślina wyginęła tutaj wraz ze zmianą klimatu na przełomie XVI i XVII wieku. Mnie bardziej trafia do przekonania inna hipoteza, przyjmująca pochodzenie nazwy od  od żyjących w istniejącej tu puszczy w średniowiecznej rodziny bartników: Jakub, Jan i Maciej zwani byli Miłosławami. Jak wyczytałem, ta informacja tyczy roku 1565, ale wiele przemawia za tym, że nie byli oni pierwszym pokoleniem Miłosławów. I być może tu właśnie należy doszukiwać się pochodzenia nazwy Miłosny.
    W tamtej okolicy krajobrazowo najbardziej interesujące są ługi. Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim brzegu Nysy zwanej Łużycką, na terenie dzisiejszych Niemiec. Ługi tutejsze są efektowne. Otoczone borami rosnącymi na piaszczystych wydmach, porośnięte kępami turzyc, pomiędzy turzycami przebłyskuje woda. 


Ług bezimienny na południe od wydm Pohulanki

I jeszcze jeden ług, po sąsiedzku, też bezimienny.
 
Zielony Ług
Macierowe Bagno w bezsłonecznej pogodzie zimy na początku lutego 2019 roku
Najładniejszym tamtejszym ługiem jest niewątpliwie Macierowe Bagno. Chcieli przyrodnicy zrobić je rezerwatem, ale się nie dało, jest własnością prywatną od przedwojny, należy do wielu właścicieli. Zielony ług też niebrzydki. Tam zachodzi się najczęściej, bo jest tam rozstaj trzech szlaków znakowanych, blisko od niego do pętli autobusowej w Międzylesiu nieopodal gmachów Centrum Zdrowia Dziecka.
    Na wycieczkę w okolice Starej Miłosny pociągnęły mnie teraz nie znane mi dotąd szczątki bunkrów, znajdujące się na otaczających ługi wydmach.  Podczas I wojny światowej, w 1915 roku, wojska niemieckie przejęły rosyjską linię obrony przebiegającą przez pasmo wzgórz Starej Miłosny, tworząc w tym miejscu nowoczesną linię obroną zwaną Bruckenkopf Warschau (Przedmoście Warszawy). Na okazałej wydmie parabolicznej znajdował się tzw. Punkt Oporu Pohulanka, składający się z trzech fortyfikacji z okresu I Wojny Światowej, wybudowanych w roku 1915 oraz trzech ciężkich schronów, wybudowanych w 1941 roku. 


Ruina jednego z bunkrów na Pohulance w sąsiedztwie Starej Miłosny
    
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Te schrony bojowe o wymiarach miały żelbetowe ściany o grubości dwóch metrów. Do dziś przetrwały, ale  w ruinie.Odegrały te bunkry pewną rolę w 1944 roku, przez kilka dni powstrzymywały ofensywę radziecką przed zajęciem przez Armię Czerwoną warszawskiej Pragi. Po wojnie wysadzono te bojowe schrony dość dokładnie. Te bliższe osiedli służą mieszkańcom jako śmietnik, odleglejsze dla odwiedzających są bardziej malownicze i wcale fotogeniczne.  

Niemcy zbudowali, Rosjanie zniszczyli, jakby na to nie patrześ: zabytek historii.
    Przez wydmy i lasy w okolicach Starej Miłosny wiodła trasa ostatniej wycieczki Mieczysława Orłowicza. Mistrz polskiego krajoznawstwa, czuję się jego uczniem, choć go nie znałem, ale wzrastałem w jego legendzie, a siostra mego mistrza uczyła mnie biologii w liceum. Zakochany w Karpatach, które zdeptał pieszo wzdłuż, wszerz i wzwyż,  latami całymi związany ze Lwowem, ostatni swój kontakt z krajobrazem przyrodniczym  miał na Mazowszu.
    Towarzyszącej mi znajomej niewieście nie podobały się ruiny wojennych schronów. Że nieinteresujące – mówiła. Po co takie coś oglądać. Doktor Orłowicz odpowiedziałby by jej pewnie tak: przeciętny krajoznawca interesuje się wszystkim.  Prawdziwych gór koło Starej Miłosny nie ma, są jednak miejscami potężne wydmy, łączące się z sobą w długie na kilka kilometrów grzbiety, więc włóczenie się ich grzbietami jest dla górołazów namiastką karpackiej wędrówki. Pół wieku zaprojektowałem wiodący tamtędy szlak wiodący „piaszczystą percią”; szlak jest mój, ale nazwa starsza, tą percią się chodziło jeszcze zanim ja zjechałem do Warszawy.
Dąb przy Piaszczystej Perci. Fot.H.Łojasiewicz

     Przez te wydmy, może nawet obok tego starego dębu ze zdjęcia  w roku 1959 wiodła trasa ostatniej wycieczki Mieczysława Orłowicza. Uważał się raczej za krajoznawcę praktycznego  niźli teoretyka, a przecież napisał coś około stu pięćdziesięciu  przewodników turystycznych, które dziś są wznawiane i — mimo znacznej dezaktualizacji — są wciąż lepsze od wielu współczesnych. Zakochany w Karpatach, które zdeptał pieszo wzdłuż, wszerz i wzwyż,  latami całymi związany ze Lwowem, ostatni swój kontakt z krajobrazem przyrodniczym  miał na Mazowszu. Wśród zasłużonych spoczął na tyłach katakumb z Warszawskich Powązek. Ta perć koło Starej Miłosny zapewne była namiastką górskiej dla Orłowicza.
    Ani deszcz, ani burza nie były dla niego przeszkodą w wędrówkach – pisali uczestniczy jego wycieczek.  Wychował tysiące swoich rodaków. Wiele osób uczestniczyło w prowadzonych przezeń słynnych wyprawach. Jeszcze więcej zetknęło się z wędrowaniem, w celu poznania ziemi ojczystej, dzięki jego książkom i artykułom. Model „orłowiczowskiego" wędrowania wciąż uprawiany jest przez bardzo wielu.  

     W końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem  wycieczkę w Starej Miłośnie. Tab był obowiązkowy punkt programu wszystkich warszawskich turystów:  sławna dziewiętnastowieczna  karczma „Szafa gra”.  Jej sława  wybiegała  daleko  po  za szeroko pojętą okolice. Tam taka szafa była, w latach Peerelu była sensacją, a do tego grającą! Nie zrobiłem zdjęcia tej szafy. Nie zdawałem sobie sprawy w swojej młodości, że zdejmowałbym zabytek. Połowa budynku jeszcze stoi, karczmy, ani grającej szafy w nim nie ma. Piękne zdjęcie budynków zabytkowego zajazdu znalazłem w internecie. Oto one:
 
Dzisiaj okolica zupełnie nie do poznania. Aż trudno uwierzyć. 

       Orłowicz był tam około dziesięciu lat przede mną. Szedł wtedy od stacji w  Sulejówku, w tej restauracji zjadł obiad, poszedł dalej do kolei w Międzylesiu. Tę, ostatnią swoją wycieczkę prowadził mając lat siedemdziesiąt osiem.  Pobiłem mistrza o lat pięć, teraz prowadząc przyjaciół w okolice Starej Miłosny. A po drodze, nad Zielonym Ługiem spotkałem innego starszego pana. Pozdrowił mijanego turystę uchylając w ukłonie swoją czapkę. Zatrzymałem się i podziękowałem za ten ukłon. Czasem ludzie się pozdrawiają na leśnych trasach podwarszawskich. Ostatnio nawet częściej, niż dawnymi laty. Ale żeby ktoś kłaniał się przechodzącym przez zdjęcie nakrycia głowy? Tak czynić mogą ludzie tylko bardzo starej daty. Porozmawialiśmy sobie. Dobiegać już począł dziewięćdziesiątki i wciąż wędruje turystycznie. Samotnie na dodatek! 


Gospodarz Barku w Dakowie


      Okolica ma teraz inną knajpkę i jest ona znakomitym miejscem  dla wędrowców. To znajdujący się w środku lasu "Barek w Dakowie",  prowadzony przez państwa Bednarskich. Ma bardzo schroniskową atmosferę,  we wnętrzu zawsze pełno jest turystów, którzy przywędrowali tu pieszo, z kijkami lub bez, w grupkach jak my, lub pojedynczo, z dziećmi lub bez, którzy zrobili tu sobie przerwę w footingu, przyjechali na rowerach latem, zimą ma nartach. Niewątpliwie jest to najbardziej sympatyczna knajpka, jaka można spotkać na podwarszawskich szlakach. 
       Pod koniec lutego raz jeszcze znalazłem się w Mazowieckim Parku Krajobrazowym, znów w towarzystwie, tym razem w dalszej części Parku na południe od Otwocka, w morzu sosnowych borów. Przez wiele dziesiątków lat nie było tam żadnego lasu, wycięto go na amen jeszcze w XIX wieku. Dopiero w latach trzydziestych XX wieku rozpoczęto te tereny zalesiać. To była wielka akcja. Upamiętnia ją niewielki głaz, ustawiony przy skrzyżowaniu dwóch traktów. Na głazie wyryty napis: Gdzie halizny i pustynia Siać i sadzić zagajenia Niech się po nas las zostanie Pracy leśnej poszczęść Panie. Pamiątka roku 1931-34. Bory jak bory, sadzono sosnę niezbyt wartościowego gatunku, pnie nawet marnie oczyszczone, widać, że zalesiający okolicę leśnicy nie przebierali w materiale do sadzenia. Pewnie widziały gały, co brały, chociaż mogły brać lepsze. Ale i zdegradowana do imentu piaszczysta gleba też miała coś do powiedzenia. Te lasy to w większości wciąż przysłowiowe mazowieckie laski i piaski.     

      Obok kamienia przebiega ważny trakt historyczny, łączący Karczew z Osieckiem, prawie cały czas wiedzie lasami, jak planowałem pierwszy raz wybrać się w te lasy, ten trakt wybrałem na wycieczkę, tylko on był oznaczony na ogólnie dostępnych mapach, inne drogi to była tajemnica wojskowa, nie dla profanów dostępna. Poszedłem więc tym traktem, z wycieczki zapamiętałem, że droga okazała się długa, piaszczysta i nudna jak sto psów, chociaż niemal cały czas lasem. 

Czerwony szlak na grzbiecie wydmowym Dąbrowieckiej Góry
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na tegoroczną zimową wycieczkę wybrałem się te lasy w lutym. Zima trwała, mrozik trzymał lekki, ale śniegu tyle co na lekarstwo,. Głównym celem mojej wycieczki była wysoka piaszczysta wydma, od pobliskiej wsi zwana Dąbrowiecką Górą. Na tej wydmie także znajdują się bunkry, jak pod Starą Miłosną. Zachowały się jednak jako tako i grono zapaleńców ze Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium” http://www.profort.org.pl/. W ciągu kilku ostatnich lat z  niemieckich schronów bojowych z czasów wojny, zrobili obiekt muzealny, nazwali go skansenem fortecznym. 
Pan Hubert (pośrodku) opowiada. A ma o czym mówić  i mówić o tym umie !
    Przyszedłem z grupą znajomych, zapowiedziany wcześniej, na miejscu czekał na nas jeden z gospodarzy tego  fortecznego skansenu na Dąbrowieckiej Górze, p.Hubert Trzepałka. Wszystko pokazywał i objaśniał.  Takich bunkrów Niemcy trochę postawiali na wydmach, rozsianych na wschodnich przedpolach Warszawy, co naszych czasów dotrwały tylko dwa, pozostałe zniszczyli Sowieci. Zbudowano je solidne, odporne na trafienia ciągłe artylerii, miały wytrzymać bombardowanie bombami lotniczymi do wagi 500 kg. Po wojnie zostały totalnie zdewastowane. 
    Po upadku komuny bunkrami zainteresowali się pasjonaci militariów. Odbudowali, co było zniszczone, a do tego jeszcze urządzili wnętrze w stylu tamtych lat. Wygląda tak, jakby wojsko tam zamieszkujące dopiero co uszło w popłochu, pozostawiając wszystko na swoich miejscach. Prycze są zaścielone kocami, odłożona na moment broń wisi na kołku, na stole jest jakiś sprzęt radiowy i stare mapy z tamtych czasów, w oficerskiej izbie są  zdjęcia półnagich, biuścistych niewiast  i jest nawet Völkischer Beobachter (czyli „obserwator ludowy”) – organ prasowy NSDAP, organ bojowy narodowosocjalistycznego Ruchu Wielkich Niemiec.   




      Pan Hubert należy do nieczęstych osobników, dzięki którym otaczający nas świat staje się ciekawszy. Nawet jeśli to, co ciekawi jego, nas już niekoniecznie. Jakby jednak nie było, te hitlerowskie bunkry są świadkami historii naszej, mazowieckiej ziemi. Nie wyrywa się kartek z historii. Działalność pana Huberta i jego przyjaciół o tym nam przypomina. Każdą wolną od zawodowej pracy chwilę poświęca temu obiektowi. Jest on dla niego jak dziecko. A jak te pańskie bunkry znosi pańska rodzina? - pytam. Uśmiecha się. Widziały gały, co brały – odpowiada. Jedna z towarzyszących mi pań nachyliła się ku mnie i szepnęła mi do ucha: nie chciałabym być żoną pana Huberta...


    Nieopodal stały samochody, którymi przyjechali tutaj, aby poćwiczyć  poprzebierani w mundury mężczyźni z brzuszkami, członkowie jakiejś grupy rekonstrukcyjnej. No cóż, hobby militarystyczne nie jest obce naszym współrodakom.        
     Przed laty był w Warszawie znakomity europejski architekt, ścisła czołówka światowa, top absolutny, nazywał się Renzo Piano. Pytali go warszawscy dziennikarze co by zrobił z Pałacem Kultury,  budowlą, którą wielu z warszawiaków uważa za wyjątkowo szpetną ranę w miejskim pejzażu polskiej stolicy, a na dodatek wbity w miasto symbol upamiętniający czas sowieckiego komunizmu. Oczywiście, pytający spodziewali się odpowiedzi jedynie właściwej: należy toto zburzyć, zniszczyć lub przebudować. A na to Włoch: nie wyrywa się kartek z historii miasta. Nie wykopiemy też trumny Bieruta z powązkowskiego cmentarza. Pozostanie tam jako świadek historii. Te bunkry też są takim świadkiem.

Skansenu fortecznego na Dąbrowieckiej Gorze obiekt najważniejszy.
    Takich bojowych bunkrów Niemcy trochę postawiali na wydmach, rozsianych na wschodnich przedpolach Warszawy, co naszych czasów dotrwały tylko dwa, pozostałe zniszczyli Sowieci. Nie spełniły nadziei, jakie w nich pokładały władze niemieckie. Sowieci podeszli schrony na Dąbrowieckiej Górze fortelem. W podobny sposób podszedł Rzymian przebiegły Hannibal pod Kannami: okrążeniem. 
      Gdy już pod koniec lipca 1944 roku Niemców z  Dąbrowieckiej Góry przegnali, sami na tej wydmie wśród sosnowych lasów  zapadli na wiele tygodni. W Warszawie w międzyczasie wybuchło i zgasło Powstanie, a wokół bunkrów na tej wydmie aż do styczniowej ofensywy i forsowania Wisły w 1945 roku zimowało radzieckie wojsko w wykopanych ziemiankach. Ślady tych ziemianek wciąż są widoczne. To także historia. I do tej historii należą te ziemianki wśród  mazowieckich piachów, milcząco dzisiaj opowiadające o tych zziębniętych, wygłodzonych sołdatach, zagnanych tu przez wojenne wichry....

Piachy Dąbrowieckiej Góry.



     

czwartek, 7 lutego 2019

Książka o podwarszawskich okolicach



 Wydałem trochę przewodników turystycznych po Mazowszu i jego różnych zakątkach oraz cztery książki, zawierające gawędy i eseje krajoznawcze o mazowieckiej prowincji: „Wardęga”, „Klangor i fanfary”, "Podróże po Mazowszu" oraz "Pod ożywczym drzew cieniem". Wydawca mówi mi, że trzy pierwsze tytuły cieszą się sporym zainteresowaniem, a pierwszy z nich jest całkowicie wyczerpany. Z czwartą pozycją jest gorzej, wydawca ma do mnie żal, że czytelnicy się do niej nie garną. Dlaczego? Dalipan, nie wiem. Winnym się nie czuję, zdawało mi się, że właśnie ta książka powinna zainteresować szczególnie warszawiaków, opowiadam w niej bowiem o  bliskim otoczeniu Warszawy. O miejscach wywczasów w przeszłości, o tym, co odwiedza się teraz, o Wiśle, Puszczy Kampinoskiej i Lasach Chojnowskich, Aninie, Bielanach i Radości, Otwocku, Podkowie Leśnej oraz Zalesiu Górnym i Konstancinie. Również o podwarszawskiej przyrodzie, o bytujących w sąsiedztwie Warszawy wilkach i bobrach, o narodowym godle – bieliku, oraz o kormoranach, w poszukiwaniu których nie trzeba jeździć już na Mazury, bo jest ich tutaj całe mnóstwo.
 Bohaterowie (poniektórzy) książki
Kormorany na zimowej Wiśle. Fot.Maria Kaniewska


Zima w Puszczy Kampinoskiej. Leśna baśń o krok od granic Warszawy.
Świder w zimowej szacie.W lecie ulubiona rzeka warszawiaków.
 

 Bardzo sympatycznie została książka przyjęta w internecie. W blogu poszukiwania.pl pisano o książce: że wskrzesza dla nas świat, którego już nie ma. Opowiada także o zwierzętach, spotykanych pod ożywczym drzew cieniem, „których obecność wzmacnia emocjonalną wartość lasu, do którego wchodzi człowiek”.
     Gawędy Herza - pisał pan Wojciech  Sobański w swoim blogu (poszukiwania.pl) - zbliżają się momentami do przypowieści. Książka umiejętnie łączy opisy przyrody podwarszawskich miejscowości z ich historią. i refleksjami bliskimi filozoficznym. Zdumiewać może zresztą mnogość tematów i wątków, jakie autor zawarł w swojej pracy. Tym bardziej jeszcze, że podróż po podwarszawskim Mazowszu staje się okazją do podróży przez bogatą polską historię i kulturę.
     A Kamil Swiątkoski (przykominku.com) pisał, że książka "może być świetnym pomysłem na przewodnik i inspirację do zorganizowania weekendowych wypadów poza miasto (nie tylko stołeczne) – pod warunkiem, że jako turyści nie wymagacie od wyprawy obowiązkowej wizyty w McDonald’s czy Pizza Hut. Pierwsze programy podróżnicze oglądałem na zaśnieżonym ekranie Neptuna 624, a moja wyobraźnia dopowiadała mi wszystkie niezbędne barwy. Książka Herza robi ze mną dokładnie to samo."
    Jestem wdzięczny autorom tych  recenzji za miłe słowa. Ale - proszę sobie wyobrazić - jakoś to wszystko, co w tej książce się znalazło -  potencjalnych jej czytelników nie interesuje. Widocznie tak już jest, że najciemniej musi być pod latarnią. Wydawca się na mnie krzywi, że napisałeś coś, co ludzi niespecjalnie interesuje, a mnie dopada smuteczek. No cóż, życie bywa takie, jakie bywa...


 

sobota, 2 lutego 2019



Puszcza u granic Warszawy
60.lat Kampinoskiego Parku Narodowego.


© Lechosław Herz


Puszcza u wrót Stolicy
     
Puszcza Kampinoska u bram Warszawy jest zjawiskiem, z którego znaczenia być może nie wszyscy zdajemy sobie sprawy. Różne były  losy tej puszczy, mogło się nawet wydawać w wieku XIX, że jej już nie będzie, że będzie już tylko historycznym wspomnieniem. 16 stycznia w roku 1959 puszcza znalazła się w granicach Kampinoskiego Parku Narodowego i została jej zapewniona prawna ochrona i możliwość odbudowy dawnej, puszczańskiej potęgi. Jest ten Park najbardziej atrakcyjnym krajobrazowo fragmentem ziemi mazowieckiej. Ba! Jest perłą polskiego niżu, jego walory przyrodnicze  są cennym bogactwem całego narodu, jest ewenementem o wartościach ogólnoeuropejskich, znalazł się na liście obszarów chronionej przyrody, powołanych do życia uchwałą Komisji Europejskiej,  wpisano Puszczę Kampinoską na listę światowych rezerwatów biosfery.
    Przed wejściem w głąb Tatrzańskiego Parku Narodowego wyjeżdża się kolejką linową na Gubałówkę, aby stamtąd ogarnąć wzrokiem  górską panoramę Tatr. Przed zagłębieniem się w krajobrazie Kampinoskiego Parku Narodowego dobrze jest spojrzeć na Puszczę Kampinoską z odległości, zza Wisły. Zanim powstał park narodowy, była już puszcza. Zanim ona powstała, była Wisła. Dzieje Puszczy z Wisłą są  związane nierozerwalnie. 


  Koryto dzisiejszej Wisły w okolicach Warszawy uzmysławia jak przed kilkunastu tysiącami lat, pod koniec epoki lodowej, wyglądała pradolina, na dnie której rośnie Puszcza. Gdy lody ustąpiły, wyłoniły się ogromne, piaszczyste wyspy, poprzedzielane kilkoma korytami rzeki. Jeszcze później wiatr począł usypywać wydmy z piasków tych wysp. A jeszcze potem do dzieła przystąpiła roślinność. Zaczęła rosnąć prawdziwa puszcza...
    Nadzwyczajny jest widok na na Wisłę i na rosnącą na jej drugim brzegu Puszczę Kampinoską z Wieży Czerwonej w Twierdzy Modlin, wznoszącej się u ujścia Narwi do Wisły. Modlińska twierdza jest cennym zabytkiem architektury obronnej, jednym z symboli bohaterskiej obrony wojsk polskich na początku drugiej wojny światowej. Na południowym horyzoncie widać  z niej oddalone o 23 km stamtąd wieżowce Warszawy i długie pasmo lasów puszczańskich na prawo od nich. Zdają się ciągnąć i ciągnąć ku zachodowi, końca ich nie widać. Nie mam niestety takiego obiektywu, którym umiałbym to sfotografować, ale tym co mają polecam gorąco wycieczkę do Modlina przy odpowiedniej pogodzie oczywiście  i koniecznie bez smogu nad Warszawą!



     Pośród puszczańskich borów znajdują się Palmiry, gdzie pośród puszczy w czasie drugiej wojny światowej hitlerowcy mordowali Polaków za to tylko, że byli Polakami. Niezłą lekcją dramatycznych polskich dziejów jest Puszcza Kampinoska. Każde narodowe powstanie swój ślad krwawy pozostawiło w tych lasach. Ta puszcza jest po równi zabytkiem przyrody, jak i historii. Tak się nam w tej naszej Polsce przydarzyło, że przede wszystkim historii powstań i wojen.

Cmentarz ofiar terroru hitlerowskiego w puszczy pod Palmirami

      Walorami przyrodniczymi puszczy zainteresowano się po raz pierwszy w połowie XIX wieku. Wojciech Jastrzębowski, profesor nauk przyrodniczych w Instytucie Agronomicznym na Marymoncie, uczony i wychowawca całego zastępu wybitnych Polaków, wodził swoich studentów na dydaktyczne wycieczki o charakterze naukowym po puszczy. Do utworzenia parku narodowego w Puszczy Kampinoskiej nawoływał  Stefan Żeromski w roku 1925. Tym jednak, któremu ta puszcza wypełniła życie, stał się Roman Kobendza. Razem z żoną, Jadwigą Kaczorowską-Kobendziną byli autorami do dziś podstawowych opracowań roślinności i wydm, za ich sprawą powstały pierwsze rezerwaty przyrody w Granicy i Sierakowie w latach 1936-37. Za ich  głównie sprawą powstał Kampinoski Park Narodowy. Wybitny polski przyrodnik, Władysław Szafer napisał kiedyś, iż nie zna innego obszaru Polski, który by był tak ulubiony i tak wszechstronnie opracowywany przez dwoje najbliższych sobie i świetnie uzupełniających się przyrodników.

Dąb Kobendzy pod Krzywą Górą

Najbardziej znany dąb szypułkowy w Puszczy Kampinoskiej rośnie u podnóża wydm Krzywej Góry na skraju bagien. Swoją nazwą upamiętnia inicjatora powstania w puszczy parku narodowego, prof. Romana Kobendzę.  Zanim dąb otrzymał tę nazwę, zwano go Jagiellonem. Był jednym z trzech dębów jagiellońskich w tej puszczy. Tradycja mówi o tym, że pod tym drzewem odpoczywał w czasie polowań w puszczy król Władysław Jagiełło, gdy w pobliskim Czerwińsku nad Wisłą zbierał siły przed wyprawą na wojnę z Krzyżakami w 1410 roku.  To akurat drzewo raczej nie pamięta króla, co nie przekreśla wartości wciąż żywej w narodzie tradycji. Rośnie ten dąb u stóp wydm Krzywej Góry nad skraju bagien, ma 520 cm obwodu na wysokości piersi, ale o 35 cm tęższy odeń jest Dąb Jagiellon na pobliskiej Posadzie Demboskie. Jest niższy i bardziej rozłożysty, bowiem wzrastał na polanie. 

Dąb Jagiellon na Posadzie Demboskie
  Po ile lat mają oba te drzewa? Nikt jeszcze nie próbował w sposób naukowy odpowiedzieć na to pytanie. Zapewne nie mają lat więcej niż 400. Był jeszcze trzeci z dębów jagiellońskich, też w pobliżu, umarł już i zwalił się na ziemię. Cieszył oczy idących żółtym szlakiem Kacapską Drogą ku Granicy.

Niezwykły zabytek: Dąb Powstańców 1863 roku na Wystawie koło Bielin.

Do najważniejszych pomników przyrody i historii w Kampinoskim Parku Narodowym należy Dąb Powstańców 1863 roku (na zdjęciu powyżej).
Jest to dąb szypułkowy w wieku około 300 lat. Ma 420 cm obwodu w pierśnicy, a jego pięknie wykształcona korona sięga wysokości 18 m. Wciąż żyje jego najdłuższy konar, na którym według tradycji carscy kozacy wieszali młodych powstańców z oddziału Walerego Remiszewskiego, działającego w Puszczy w kwietniu 1863 r. To niezwykle drzewo jest oddalone o  3,5 km na północny zachód od parkingu w Granicy, skąd  doprowadza do drzewa jeden z najładniejszych szlaków turystycznych w całej puszczy, wiodący malowniczymi, wielce dorodnymi borami sosnowymi. 

Martwa Sosna Powstańców Styczniowych koło Górek




Pamiątką styczniowego zrywu narodowego  jest również Sosna Powstańców 1863 r. Rosła na skraju lasu na południu wsi w miejscu zwanym Trzy Krzyże. Miała 350 cm obwodu w pierśnicy i 22 m wysokości. W roku 1984 w wieku ok.170 lat drzewo runęło i teraz można oglądać tylko jego leżące szczątki. Jest ważnym pomnikiem historii, jak i na dębie pod Bielinami, tak i na sośnie koło Górek carscy kozacy wieszali niedobitków z oddziału powstańczego, który stoczył walkę pod Zaborowem Leśnym. Pochowanych w pobliżu ekshumowano później na cmentarz w Kampinosie, gdzie jest ich mogiła. Legenda głosiła, że konary sosny, które zwieszały się ku ziemi, zostały tak wygięte od ciężaru powstańczych ciał. O krok od sosny przy Lesznowskiej Drodze na wydmie został odsłonięty system korzeniowy  innej, znacznie młodszej sosny, a jest to doskonały przykład na to, ile wysiłku i pomysłowości muszą wykazać niektóre drzewa, aby przeżyć na piaszczystych wydmach i sięgnąć korzeniami potrzebnej do życia wody gruntowej. Natomiast na  zachód od Sosny stały na skraju lasu ostatnie zabudowania już nieistniejącego przysiółka od szkód wyrządzanych przez dziki  nazywanego Świńską Krzywdą. Tym, co zechcą słuchać, przyroda puszczańska wiele może o swojej historii opowiedzieć. 
Wiekowy dąb szypułkowy na Zamczysku


Niewiele jest kompleksów leśnych, w który rośnie tak wiele  starych, wiekowych drzew, które są zabytkami nie tylko przyrody, ale i historii. Puszcza Kampinoska należy do tych nielicznych. Na Mazowszu jest jedynym dużym lasem, obfitującym w takie zabytki. Jest żywym dowodem na swoją puszczańską historię. Dąb ze zdjęcia powyżej rośnie w lesie obszaru ochrony ścisłej tuż obok wczesnośredniowiecznego grodziska, które  od dawien dawna nazywano Zamczyskiem. To ważne miejsce w tej puszczy, pozwalające sięgać daleko w naszą historię, aż do czasów powstania państwa polskiego. Lud okoliczny opowiadał, że stał tam zamek królowej Bony i jej skarby były tam zakopane, a wiara w tę legendę była tak silna w narodzie, że tuż  po 1945 roku tych ukrytych skarbów całkiem serio poszukiwano. Dęby tam rosną potężne, wystarczy spojrzeć na stojącą obok jednego z nich  maleńką przy jego ogromie sylwetkę ludzką (na zdjęciu powyżej)

Wspaniałe dęby szypułkowe przy czerwonym szlaku w okolicy Mogilnego Mostka

Dla przeciętnego Polaka puszczą jest tylko las, który sprawia wrażenie dzikiego i przepastnego, z wiekowymi drzewostanami. Przyrodnicy twierdzą, że prawdziwych puszcz już nie ma, że z chwilą, gdy człowiek zaczął lasy wycinać i zalesiać, nie zasługują już one na nazwę puszczy. Gdy w drugiej połowie wieku XVIII  zaczął się rozwój przemysłu, wzrosło zapotrzebowanie na drewno i wówczas w ocalałych dotąd puszczach poczęto osadzać budników, tj. ludzi, którzy w zamian za wycinanie lasu byli zwolnieni od pańszczyźnianych powinności. 
Mimo ogromnych zniszczeń, spowodowanych rabunkową gospodarką leśną w przeszłości, w Puszczy Kampinoskiej zachowało się wcale dużo starych borów sosnowych, a dzięki rezerwatowej ochronie średnia wieku sosnowych drzewostanów kampinoskich jest imponująca, wynosi ponad 80 lat, a najstarsze przekraczają wiek lat dwustu i sięgają wysokości niemal trzydziestu metrów. Czapki z głów, proszę państwa!   


Imponujący starodrzew sosnowy w obszarze ochrony ścisłej na Czerwińskich Górach

Puszcza Kampinoska przetrwała tylko dlatego, że zajmowała nieużyteczne dla rolnictwa gleby piaszczyste. Trzeba było wielkiej zaiste wyobraźni, aby w zniszczonych laskach i piaskach mazowieckich dostrzec możliwości odbudowy prawdziwej Puszczy, godnej miana Parku Narodowego. Czy była to tylko kwestia wyobraźni? Czy nie także umiejętność zawierzenia nieprawdopodobnym możliwościom samej przyrody?


One też rosną w  Puszczy Kampinoskiej, te kilkudziesięcioletnie sosny koło Wólki Węglowej




Najczęściej odwiedza się park kampinoski w jego fragmentach graniczących bezpośrednio z Warszawą. Tam na piaszczystych terenach wydmowych rosną pośród młodszych sosen stare sosny karłowate, o charakterystycznych, poskręcanych konwulsyjnie konarach, a ich kształty świadczą o ciężkiej walce o byt, jakie drzewa musiały toczyć na tych wydmowych terenach. Pamiętajmy, że  przez ponad sto lat piaszczyste wydmy tamtej okolicy pozbawione były lasu. Tylko te pojedyncze sosny tam rosły. Otoczone teraz sadzonymi już po 1945 roku młodszym drzewostanami są świadkami czasu wcale nie tak dawnego. Tak samo, jak te wiekowe, potężne dęby, tak i one są pomnikami przyrody i historii. 



Dla wielu warszawiaków właśnie koło Wólki Węglowej jest Puszcza Kampinoska, tuż za granicami miasta.  Ale, aby spotkać puszczę prawdziwą, trzeba pojechać dalej, tam gdzie można odnaleźć to wszystko, co w Kampinoskim Parku jest najcenniejsze. Rosną tam zwarte około dwustuletnie starodrzewy, które ukazują nam jaką była Puszcza, nim człowiek począł ją niemiłosiernie rąbać  i wszędzie sadzić sosnę na miejscu wyciętych wielogatunkowych drzewostanów na wydmach. A za pasmami wydm kryją się tam przed niepożądanymi gośćmi ogromne torfowiska, na nich morze turzycowisk i wkraczający na nie las, obraz niewypowiedzianie urodziwy, przypominający opisywane przez Weyssenhoffa, Ejsmonda i Konwickiego rojsty na wschodnich Kresach.  




Puszcza jak z romantycznej baśni... 

Od wielu dziesiątków lat dzieje Warszawy splatały się z dziejami sąsiadującej z nią Puszczy. O korzyściach, płynących z istnienia Kampinoskiego Parku Narodowego można nieskończenie. Dla uczonego jest to ogromne laboratorium, pozwalające na badanie naturalnych procesów przyrodniczych. Wiejące z nad puszczy wiatry  przynoszą warszawiakom dobre, żywiczne powietrze sosnowych borów, rosnących na wydmowych piaskach. Czym byłaby Warszawa bez Puszczy Kampinoskiej? Bez Kampinoskiego Parku Narodowego ?
Dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę powołania Parku, 16 stycznia 2019 roku odbyło się jubileuszowe posiedzenie jego Rady Naukowej, której członkiem mam zaszczyt być od kilku kadencji. Prof.Jerzy Solon, obecny przewodniczący Rady Naukowej Parku, przedstawił zaproszonym na posiedzenie znamienitym gościom sylwetkę znakomitego uczonego, zasłużonego dla polskiej ochrony przyrody ekologa, prof.Romana Andrzejewskiego (1930–2015), wieloletniego przewodniczącego parkowej rady naukowej. Był jedną z ważnych postaci w sześćdziesięcioletniej historii Parku.
 
Profesor Solon opowiada o profesorze Andrzejewskim.


 Później tłum zaproszonych rocznicowych gości pojechał do Famułek w zachodniej części puszczy, aby uczestniczyć w odsłonięciu głazu, upamiętniającego profesora. Był sztandar parkowy, żona i córka profesora dokonały odsłonięcia kamienia, który został ustawiony u stóp ogromnego dębu pośrodku nieistniejącej już wsi Famułki w zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego.

Odsłonięcia kamienia dokonują żona i córka prof.Andrzejewskiego. Towarzyszą im prof.J.Solon, przewodniczący Rady Naukowej i M.Markowski, dyrektor KPN.



Lubił profesor to drzewo, obok niego jeździł do stacji naukowej którą Park założył w jedynym murowanym domu, jaki pozostał po wsi. Dębu wtedy nie było widać, zasłaniało go gospodarstwo, ale gdy jego gospodarz się wyprowadził i dom rozebrano, wówczas ukazał się dąb: piękne drzewo, wysokie i gonne. Bardzo go polubił pan profesor. Jak zastanawialiśmy się gdzie ustawić kamień upamiętniający profesora, zaproponowałem miejsce pod tym dębem. I tak pojawił się kolejny w tej opowieści ogromny dąb, zabytek przyrody i najnowszej historii naszej podwarszawskiej puszczy.
 
Dąb Profesora Andrzejewskiego w Famułkach

.......................................................................................................................


poniedziałek, 14 stycznia 2019



O starych sosnach...
..............................................................................................
 
Do swojego internetowego blogu wkładam teraz kilka swoich zdjęć z odbytej jakiś czas temu wyprawy do obszaru ochrony ścisłej
w  zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego. Pora była  jesienna, dzień pochmurny, ale sosnowy bor w rezerwacie prezentował się imponująco.

Wśród takich potężnych, wiekowych sosen, jak te spod Wilkowa, przychodzą na myśl słowa Wincentego Pola: Gdyby człek znał po świadomu, Ile skarbów leży w domu, I co tworów Bożych w borze, To by więcej było, może Na tym świecie gwiazd szczęśliwych, Ludzi dobrych i prawd żywych.  Wielki romantyk wiedział co pisze. Czuł Polskę i jej skarby, jak niewielu. 
 
Są takie drzewostany w Puszczy Kampinoskiej, do których nie wypada wchodzić inaczej, niż na palcach, z najwyższym szacunkiem. Mają one w sobie coś, co gnie nam kolana. Przypominają się słowa poety, nazywał się Zbigniew Herbert: Wchodząc do takiego starego boru złóż ręce tak by sen zaczerpnąć, tak jak się czerpie wody ziarno.
  
O Boże, jakaż ona jest ogromna! Jakże wspaniała! Żyje od niespełna dwustu lat, a przecież sosny w naszym kraju mogą dożywać lat czterystu. Tak, jak dąb powszechnie uważany jest za groźnego monarchę, za  ojca, tak sośnie przydziela się rolę matki, u różnych ludów była drzewem świętym. W drzewostanie borowym zdecydowanie matriarchat obowiązuje. Panowie nie mają tu na ogół dostępu, co najwyżej w charakterze sług pomniejszej rangi. Tę fotografię  w starodrzewie pod Kaczubalską Górą wykonała jedna z  towarzyszek moich wędrówek i jestem jej za to bardzo wdzięczny. Nikt mi nigdy nie zrobił zdjęcia, na którym byłbym w takim towarzystwie.
  
Powalone olbrzymy. Nadszedł ich kres i teraz te umarłe drzewa, zalegające dno rezerwatowego boru, rozpoczęły już drugie życie, dziesiątki żywych stworzeń będzie się żywić ich truchłami w nieskończonym, zadziwiającym cyklu życia przyrody. Po to również istnieją rezerwaty, ale i po to, byśmy mogli sobie to uświadamiać, także i po to aby móc podziwiać to piękno. A w pobliżu znalazły miejsce na swój puszczański dom kampinoskie wilki. Wielka rzecz. Dopiero co zobaczyłem w telefonie zaprzyjaźnionego człowieka fotografię wilka zdjętego w czasie jego wędrówki przez teren dawnej wsi Ławy. Rok wcześniej w tej samej okolicy słyszał jak wilki śpiewają. Był pod ogromnym tego wrażeniem.    
Wilki przywędrowały do Kampinoskiego Parku Narodowego zupełnie niedawno. Od wielu, wielu lat ich tu nie było. Ich obecność jest  najlepszym dowodem na to, że Puszcza Kampinoska po sześćdziesięciu latach ochrony i odbudowy w Kampinoskim Parku Narodowym na powrót staje się puszczą. Prawdziwą, a nie tylko z nazwy. Puszczą, w której znajdują dla siebie miejsce do egzystencji tak wymagające zwierzęta jak wilki.  Sporo zdjęć kampinoski wilkom porobiły kamery fotopułapek. Oto jedno z tych zdjęć zrobionych prawie dokładnie trzy lata temu.

 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Pośród choinek i widłaków
Zielona zima nad Bielą

Święta Bożego Narodzenia kojarzą się nam wszystkim z choinką, to oczywiste. W podwarszawskich lasach choinek jak na lekarstwo. Mazowsze znajduje się w pasie bezświerkowym, świerki rosną tylko wtedy, gdy zostały sadzone, same z siebie rzadko tutaj przybywają, jakoś im podwarszawska okolica nie po drodze. Te nasze świerki dość rzadko osiągają rozmiary imponujące, a przecież na swoich naturalnych stanowiskach wzrostem przewyższają sosny. 
A u nas, na podwarszawskim Mazowszu? Bardzo często charławe, jakieś takie niezupełnie wydarzone. Wyraźnie po nich widać, że nie dla nich te siedliska,  te gleby,  ten klimat. Świerk lubi wilgoć. Dlatego dobrze się czuje w górach, bo tam wciąż pada, wiemy to dobrze ze swoich górskich wakacji. Na niżu najchętniej rośnie w północno wschodniej Polsce, tam mu wyjątkowo dobrze, m,in na Mazuirach, w Augustowskiem, na Suwakszczyźnie. Szczególnie dobrze się świerk czuje na pograniczu torfowisk i czasem (jednak!) na Mazowszu, np. w kurpiowskiej Puszczy Zielonej. Jeśli gdziekolwiek warto powędrować, aby znaleźć się pośród świerków, to właśnie tam. 
O zimowej, bezśnieżnej porze lubię szukać świerkowych klimatów w kilku miejscach. W bliskim sąsiedztwie Warszawy się zdarzają, choć trzeba się ich trochę naszukać. Jedno takie miejsce w Kampinoskim Parku Narodowym znajduje się w obszarze ochrony ścisłej "Biela" i w jego okolicy, wokół znajdującego się tam bezodpływowego torfowiska, umoszczonego w kotlinie międzywydmowej. Kręcą się tam pośród wydm malowniczo poprowadzone szlaki turystyczne, a oczom wędrowcy ukazują krajobrazy przypominający puszcze północno wschodniej Polski.
Pod Warszawą takich pejzaży leśnych się nie spotyka zbyt często. Niemazowiecką fizjognomię tamtejszego boru zawdzięczamy gł. rosnącym tam roślinom zimozielonym, przede wszystkim dzięki świerkom, nadzwyczaj ubierającym tamtejsze bory. Ale i dzięki wcale pokaźnym poletkom chronionego widlaka jałowcowatego. 
Bezśnieżnym czasem grudniowym odwiedzam niekiedy okolice Starej Dąbrowy. Dojazd tam niełatwy, to nie są łatwo dostępne okolice podwarszawskie, najbliższy autobus jest w Leoncinie, a stamtąd nad Bielę jest dobry kawałek drogi. Na wyjazd w tamte strony trzeba przeznaczyć cały dzień, a teraz dni krótkie, wraca się po ciemku. Chociaż to tylko podwarszawska Puszcza Kampinoska, ale o tej porze roku staje się celem dalekim, niemal egzotycznym. Oprócz leśnego pejzażu, jakiego obok Wólki Węglowej się nie spotka, w grudniu tutaj prawie na pewno nie spotka się innych turystów! To luksus, jakiego na szlakach podwarszawskich się nie doświadcza: samotność. Możliwość słuchania ciszy leśnej. Cudowne uczucie ! 







I tak to mniej więcej tam wygląda.

czwartek, 29 listopada 2018


Sosna kandelabrowa

W sąsiedztwie Wólki Węglowej, niemal tuż przy granicy z Warszawą zaczyna się dla warszawiaków Puszcza Kampinoska. Młode tam rosną lasy i nie dziwota, większość zasadzono dopiero po drugiej wojnie światowej. Niemal przez cały wiek dziewiętnasty znajdowały się tam tylko pachy. Resztki starych drzewostanów wycięli hitlerowcy na budowę lotniska bielańskiego, które było tam, gdzie dzisiaj rosną bloki osiedla na Wrzecionie. A tutaj, na tych piachach, przez lata pojedyncze drzewa walczyły o życie. Przetrwały do naszych czasów, widać je ze szlaków turystycznych, skarłowaciałe, przybierają różnorakie kształty. Zwłaszcza sosny. Niektóre mają kształty zgoła fantastyczne, powykręcane konwulsyjnie konary wyciągają dramatycznymi gestami ku niebu. Okoliczny bór ma wdzięk nie podrobienia, więc od autobusów i parkingów wiodące tutaj szlaki turystyczne od autobusów i parkingów w Wólce Węglowej, są o każdej porze roku ulubionymi trasami przechadzek warszawiaków i zwłaszcza dla wielu starszych z nich właśnie tutaj jest Puszcza Kampinoska. 
W uroczysku Łuża, niedaleko rozstaju szlaków żółtego i niebieskiego, tuż obok żółtego, przy bocznej dróżce odchodzącej w prawo, przez kilkadziesiąt lat rosło najbardziej charakterystyczne z drzew tej okolicy: karłowata sosna kandelabrowa o trzech konarach,  swój oryginalny kształt zawdzięczająca temu, iż po ścięciu głównego pnia rolę wierzchołka wzięły naraz trzy jego boczne gałęzie. 
Niestety, z prawdziwym smutkiem zawiadamiam, że drzewo już jest nieżywe. Drzewa umierają stojąc. I to drzewo taki los spotkał. Sosna kandelabrowa umarła nie doczekawszy swojego stulecia, ale niewiele mu do tego zabrakło, chociaż na swój wiek to drzewo nie wyglądało. Jeszcze możemy tę sosnę oglądać, jeszcze możemy ją fotografować. Jak długo jeszcze? Bo przecież w końcu w proch się obróci. Jak po ludziach, tak i po drzewach niektórych żal jest większy... 


sobota, 24 listopada 2018

Jesień listopadowa nad Świdrem i Mienią

Powoli listopad zmierza ku końcowi. Kilka dni temu zaczęło się właśnie przedzimie, dokładnie w minioną sobotę 15 listopada.Na ogół przedzimie nie głaszcze, dni krótkie, szare chmury wiszą tuż nad głową, jest dżdżyście i błotniście. Na żadną wycieczkę do lasu iść mi się nie chce.A ja z gronem znajomych i przyjaciół wybrałem  się na wycieczkę nad Świder i Mienię. No i pogoda nam się wydarzyła bardzo akuratna tej wycieczkowej soboty, złapał mazowiecką ziemię pierwszy mrozek nadchodzącej zimy, szron pobielił ziemię, a niebo było niebieskie. Do wędrowania w sam raz, ale do zdjęć nie najlepsza jest taka pogoda, obiektyw raczej nie lubi takiej, ale cóż robić, bez fotografowania teraz się już obejść nie sposób. 



Świder płynie pod Otwockiem płytkim, piaszczystym korytem. Latem w tunelu zieleni listowia nachylających się nad nim gałęzi drzew, teraz wśród drzew już bezlistnych. Błyszczą na zakolach małe piaszczyste plaże. W weekendy tłum zalega brzegi rzeki, teraz cisza głucha, tylko moc tropów ludzkich na tych plażach przypominała, że bywa tam ludnie.  Ścieżka jest wąska, sympatyczna, szlak oznakowany doskonale, przyjemnie było nadzwyczajnie. A później czekał na mnie jeszcze jar rzeczki Mieni koło Emowa. 

Mienia jest węższa, brzegi wyższe, niby do Świdra podobna, a jednak inna. Około Emowa rzeczka Mienia z fantazją przerzyna się przez pasmo nadwiślańskich wydm, kręci się, zatacza łuki, meandruje. Jej brzegi są miejscami urwiste i wysokie na kilka metrów, wokół rośnie wielogatunkowy las, w nim dominują imponujące dęby, a wśród nich królem jest Bartek Mazowiecki, 400-letni (niektóre źródła podają, że ma lat tylko 300) dąb szypułkowy o średnicy ponad 5 m, „uważany powszechnie za najładniej położony zabytek przyrody na wsch. od Wisły” (jak podają przewodniki). Dzięki ochronie, znajduje się bowiem w w granicach rezerwatu przyrody, ma szanse jeszcze wiele pokoleń cieszyć swoją urodą. 
Wschodnim brzegiem dolinki prowadzi nad Mienią  czerwony szlak turystyczny, ścieżynka jest wąska. Dolinka ma tylko dwa kilometry, wijąca się jej brzegami ścieżynka ma o kilometr więcej. Widoki z niej są malownicze. Po obu stronach dolinki, w pewnej odległości od rzeki, najczęściej od niej niewidoczne, bo schowane za lasem, stoją domy Emowa. 

 
Bartek Mazowiecki jest  drzewem o dostojnej prezencji, sławę nosi zasłużoną, chociaż ani to najgrubsze drzewo mazowieckie (w pobliskiej Wiązownie w parku rosną dęby tęższe), ani najbardziej urodne (bo w pobliskim sąsiedztwie są ładniejsze). Ale ten dąb rośnie w wyjątkowo magicznym miejscu, dojść do niego trochę trzeba, jest świetnym celem wycieczkowym. Nadmiernej ilości odwiedzających pod dębem się nie spotyka, a jednak tej pogodnej przedzimowej soboty minęło go kilka grupek turystów z plecakami, wędrujących szlakiem ku Wiązownie. 
.................................................