poniedziałek, 16 marca 2020

Jak żyć w czasach zarazy


Niełatwo, po prostu niełatwo. Zaraza aktualna  nosi nazwę: koronawirus,  ma też swoją inną nazwę: COVID-19. Zaczęła się  w Chinach, dla nas egzotycznie, no i daleko. Aż przyszło do nas i zrobiło się wyjątkowo stresująco. Atakują nas ze wszystkich stron wiadomości złe lub tylko niedobre. W gazetach, radio, telewizji, w rozmowach. Na ekranie telewizora pokazują się mapy, na nich czerwone plamy ogarniają coraz to nowe kraje. Zamknięte szkoły, przedszkola i żłobki, zawieszone zajęcia na uczelniach, Odwołane imprezy masowe, zawody sportowe i koncerty, nieczynne kina, teatry i muzea. Odwołane połączenia lotnicze. Katolikom księża radzą uczestniczyć w mszach radiowych, a eucharystię przyjmować "duchowo", w domu, przed radioodbiornikiem. Papież odwołał audiencje generalne, liturgie wielkanocne odbędą się bez udziału wiernych.  Ludziom wiekowym wszyscy przypominają, że to  oni właśnie są w grupie szczególnego ryzyka. Należy często myć ręce, unikać unikać skupisk, komunikacją publiczną lepiej nie jeździć. Za granicę nas nie puszczą.
    W ostatnią niedzielę, 15 marca,  warszawska Starówka wyludniona totalnie. Ani knajp, ani turystów, ani warszawiaków na spacerze. Tramwaje  wożą powietrze.Przyjaciele  radzą:Wszyscy radzą: odpuśćcie sobie telewizję, po kilku godzinach dziennie oglądania ludzie zaczynają świrować. Pojedźcie codziennie chociaż na krótki spacer za miasto, mówią mądrzy ludzie. Oddychajcie świeżym powietrzem, nie siedźcie zamknięci. Co inteligentniejsi tak robią i uciekają w plener, w przyrodę. Kumpel z Grochowa pojechał w lasy koło Międzylesia.  Przyjaciel, który mieszka na Bielanach, najbliżej ma do Puszczy Kampinoskiej, tam pojechał, rzut kamieniem z Chomiczówki, gdzie mieszka. Parking w Truskawiu był przepełniony. Mieszkający na Ursynowie znajomy pojechał z rodziną do Podbieli na Całowanie. Pogoda fantastyczna, słoneczna, sporo wody, a raczej lodu, bo noc była mroźna. Na ich oczach odpuszczał. Bobry mają się na Całowaniu świetnie, żeremia są ogromne. Ptaków mało, para błotniaków i czyżyki. Spotkał za to kolegów, który godzinę wcześniej nagrali sześć bielików. „Za to, proszę sobie wyobrazić, tłumy ludzi! Nigdy nie widziałem tylu osób na Całowaniu. Co chwila dojeżdżały nowe samochody. Wszyscy elegancko zachowywali wobec siebie dystans, więc stresu nie było, budujące widzieć tylu ludzi w przyrodzie.”  

Wotywna kapliczka z Wawrzyszewa

Kapliczka z warszawskiego Wawrzyszewa
 
     Kilka dni temu, już było źle, ale jeszcze nie tak, robiliśmy z żoną zakupy na zapas, na wszelki wypadek. W czas wojenny tak robić albowiem należy. Przeżyliśmy wojnę światową, kryzysy w peerelu, reglamentowaną żywność na kartki, pewne doświadczenie mamy. Spanikowaliśmy nie tylko my, kolejki do kas były monstrualne, kilkudziesięciometrowe. Czekając na parkingu, aż żona zapłaci rachunek, fotografowałem stojącą obok kapliczkę. Wiele razy ją mijałem, teraz mogłem zobaczyć z bliska. Jest murowana, wysoka i piękna,wewnątrz jest figura Matki Boskiej, a poniżej napis: „na podziękowanie Bogu że nas przy życiu zachował wśród grasującej cholery w miesiącu sierpniu 1852.”. Jest to najstarsza zachowana kapliczka z Matki Boskiej w warszawskiej dzielnicy Bielany, ma 168 lat! Ciekawe, czy ktoś teraz postawi taką kapliczkę w naszej dzielnicy, dziękując za zachowanie przy życiu w czasie epidemii koronawirusa w roku 2020. W mieście? Kiedy tamtą stawiano, wokół trwała wieś. Normalna, wiejska wieś....

       Ta cholera zostawiła moc śladów w ludzkiej świadomości. Słowa “cholera” używano jako przezwiska w rodzinnych kłótniach. Pamiętam taki dowcip rysunkowy, który zobaczyłem w jednym z przedwojennych pisemek, jakie – już po wojnie – znalazłem w mieszkaniu, do którego rzucił nas wojenny los. Pismo było organem wojskowym dla sierżantów, nosiło tytuł >Wiarus<. Dowcip zaś był taki: – Najdroższa – powiedział mąż do swojej żony – na twoją cześć postanowiłem nazwać twoim imieniem nowo odkryty przeze mnie bakcyl cholery... Dla nas, dzisiejszych, śmieszne średnio, ale jakieś świadectwo obyczajowości epoki to jest.

     Wyrosłem w tej epoce. Jak coś mi się nie udało, kląłem: a niech to cholera jasna. Dlaczego akurat jasna? Tego nie wiem. A niech to cholera, raz jeden zakląłem w domu u stryjostwa. I wtedy odezwała się mała ich córeczka, ile ona mogła mieć lat? Usłyszałem jej dziecięcy głosik: bzytko cholela. A jej mama powiedziała wtedy: nie mówi się takich słów przy dziecku. Czułem, że mam bardzo czerwone uszy ze wstydu...

      Z tego wszystkiego została tylko nazwa tej choroby, utrwalona w przekleństwie. Dzisiaj to przekleństwo straciło swoją moc, współcześnie zostało zastąpione obrzydliwymi wulgaryzmami, używanymi na prawo i lewo, a w tym używaniu - o tempora, o mores! - biorą aktywny udział także kobiety, a literatura, powszechnie uchodząca za piękną, ani rusz nie chce się obejść bez tego niepięknego słownictwa. 
      Ta cholera, z powodu której postawiono tę kapliczkę w Wawrzyszewie, do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Powracała do nas  jeszcze potem. Widocznie tak już jest pisane ludzkości, że co jakiś czas muszą ją epidemie przetrzebiać.

 Morowa kapliczka w Czerwonej Niwie

Kapliczka  w Czerwonej Nowie koło Guzowa.
  
 W okolicach Guzowa na Ziemi Sochaczewskiej, przy skrzyżowaniu lokalnej drogi z Guzowa do Nowej Suchej z szosą Bolimów – Aleksandrów – Szymanów – Paprotnia wznosi się niewielka przydrożna kapliczka na kształt miniaturowego kościółka o trzech wieżyczkach, zwieńczonych trzema krzyżami, jak na Golgocie. Postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. Zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.
     Ta kapliczka to ważny zabytek, nie tylko architektury, lecz przede wszystkim polskiej obyczajowości i tradycji. Z tych trzech krzyży najważniejszy jest ten pośrodku, który jest karawaką, krzyżem „cholerycznym”. Jest to podwójnie przekreślony krzyż, w którym poprzeczka górna jest trochę krótsza od środkowej. Taki krzyż chroni przed wypadkami i nagłymi zgonami, klątwami, kradzieżami, burzami, piorunami. Leczy bezsenność. Dzisiaj karawak się już nie stawia, kiedyś stawiano ich wiele. W przeszłości bowiem zbierały obfite żniwo ospa, cholera i wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział.
     Na granicach wsi, aby rozprzestrzenianiu się zarazy zaradzić, stawiano przy  drogach drewniane krzyże karawak. Pisał o nich Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej". „Gdy w miasteczku hiszpańskim Caravaca zasłynął krzyż o dwóch poprzecznicach jako cudowny przeciwko morowemu powietrzu i stał się głośnym zwłaszcza r.1545 we Włoszech podczas zarazy morowej w mieście ówczesnego soboru Trydencie (uważany za skuteczny, kto się przed takim modlił lub go nosił) - wówczas pielgrzymi zaczęli przynosić do polski relikwiarzyki w kształcie małych krzyżyków tej samej formy i tak samo nazywanych. Pobożni w czasie morowego powietrza stawiali „karawaki" przy wsiach i miasteczkach, aby zaraza je mijała, i modlili się na książkach tak samo nazywanych.
     Niewiele jest już takich krzyży po drogach mazowieckich postało,  jednak nigdzie indziej na Mazowszu  nie ma takiej jak ta kapliczki, mającej chronić rozległą okolicę przez morowym powietrzem. postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.

 
Kapliczka choleryczna z Drążdżewa nad Orzycem
Kapliczka z Drążdżewa nad Orzycem.



Wciąż stoją po mazowieckiej prowincji kapliczki choleryczne. Jest ich trochę i są świadectwem tego, jak powszechną bywała w przeszłości  zaraza na mazowieckiej ziemi. „Ty zarazo!”, „Ty cholero!” Przed laty dosyć powszechne były to przekleństwa, rzucane wobec kogoś, kto mocno dopiekł rzucającemu. Ze wyrazy zaraza i cholera są rodzaju żeńskiego, częściej epitetem obdarzano kobietę. Groźne epidemie nawiedzały dawniej kraj bardzo często. Zakaźne choroby nazywane były wówczas powietrzem lub morem, najgroźniejsze były dżuma i ospa, jedna i druga były też zwane czarną śmiercią. Lęgły się zazwyczaj w czasie wojen. A tych w Polsce nie brakowało
    W Drążdżewie nad Orzycem jest kapliczka pomorowa. Żelazny krzyż kowalskiej roboty wieńczy kolumnę z tablicą. Na niej napis: „Offiara Naywyższemu na ubłaganie Maiestatu za zwolnienie plagi grasuiącey cholery w roku 1831”.

Złe powietrze, mór, czarna śmierć. Okropne słowa. Nie słyszymy ich przerażającego brzmienia, my, ludzie dzisiejszego świata. A przecież zbierały obfite żniwo w przeszłości ospa, cholera oraz wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział. Cholerę mógł sprowadzić tzw. cholernik. Bywało - jak opowiadano w XIX w. pod Czerskiem - że cholera przybierała postać kobiecą i podwieziona przez chłopa na wozie, przekraczała bezkarnie rzeki i granice wiosek.
    Na morowe powietrze nie było rady. Przychodziło często. Za często.  Książęta i królowie opuszczali wtedy swoje miejskie zamki i chronili się w swoich wiejskich rezydencjach. Mieszkańcom wsi i miasteczek pozostawała tylko modlitwa. Za opiekunów i obrońców ludności przed chorobami zakaźnymi uchodzili liczni święci, najbardziej św. Roch i wystawienie mu kaplicy zabezpieczało okolicę przed niebezpieczeństwem. Jeśli więc we wsi grasowała zakaźna choroba, a kapliczki blisko nie było, odbywano pielgrzymki nawet do dalszych okolic, gdzie znajdował się kościół pod wezwaniem św. Rocha. 


Kościół pod wezwaniem św.Rocha 
w Brochowie nad Bzurą 

Święty Roch w Polsce nigdy nie był, a jest jednym z ważniejszych świętych patronów polskiej wsi. Około trzech tysięcy kościołów i kaplic na świecie nosi jego imię. W Polsce są 63 kościoły pod wezwaniem św. Rocha, a ilość kaplic i kapliczek niepomiernie jest większa. Najlepszy dowlod, że zarazy hasały po naszej, polskiej ziemi, że potrzeba wznoszenia modłów o ochronę przed nimi była niezbędną potrzebą. 


      Perłą mazowieckiej architektury jest kościół obronny w Brochowie nad Bzurą. Jest pod w
ezwaniem św.Rocha (dokładnie: współwezwaniem, jeszcze św.Jan Chrzciciel patronuje tej świątyni). Przed świątynią czuwa figura świętego w kapliczce pośród brzóz, a we wnętrzu znajduje się obraz z jego przedstawieniem, oczywiście z torbą, z kosturem i w szacie  pielgrzyma
     Obecna budowla powstała w połowie XVI wieku, jest całkowicie oryginalna,  niepowtarzalna i to nie tylko w Polsce, w całej Europie również. Przez wiele lat wielu teoretyków architektury nie bardzo wiedziało, jak zakwalifikować kościół w Brochowie. Gotycki on, gotycko-renesansowy, czy tylko renesansowy, ewentualnie renesansowy. ale ze szczyptą gotyku w tle?  Wnętrze ma na pewno renesansowe, z zewnątrz wydaje się być gotycki i co do tego sporów być nie powinno. Ceglane baszty trzech wieżyc brochowskiej bazyliki jak zamkowe dominują nad płaską równiną okolicy. 


     
    Św.Roch urodził się we Francji w wieku XIV, a jego imię pochodzi od francuskiego >roche<, oznaczającego skałę. Rozdał swój majątek ubogim i sam, w ubogiej szacie, z pielgrzymim kosturem w ręce, jak najczęściej bywa przedstawiany, ruszył do Rzymu. Po drodze spieszył z pomocą zarażonym dżumą i wkrótce jego sława stała się tak wielką, iż musiał uciekać przed tłumem wielbicieli. Potem sam zaraził się dżumą. Życiorys świętego i jego relikwii są fascynujące. Nie wiem dlaczego tego patrona świątyni przydano i czy dopiero ta budowla go uzyskała, bo przed nią stały tu inne; pierwszy kościół w Brochowie powstał najprawdopodobniej przed 1113 rokiem, jeszcze za czasów Władysława Hermana. 

piątek, 13 marca 2020

Śnieżyczka przebiśnieg



Nadeszło przedwiośnie i znów jadę w teren, jak co roku, aby po raz kolejny przeżyć obraz rozkwitających pośród lasu białych łanów śnieżyczki przebiśniegu  (Galanthus nivalis). Swoją  nazwę naukową roślina zawdzięcza mlecznobiałym kwiatom. Nazwał tę roślinę  sławny Linneusz. Galanthus utworzony jest z dwóch słów greckich: gala - mleko i anthos - kwiat. Z łaciny natomiast pochodzi drugi człon nazwy : nivalis oznacza - śnieżny. A przebiśnieg, jak mówimy w Polsce, to dlatego, że już w lutym zakwita, acz zdecydowanie częściej w marcu, chociaż tak też bywa, że gdy zima jest mroźna, nawet w  kwietniu. W swoich wędrówkach ku podwarszawskim przebiśniegom, a odbyłem ich wiele, prawie zawsze je oglądałem już w bezśnieżnym czasie przedwiosennym. Ale...  cóż to za przedwiośnie bez obrazu topniejącego śniegu ? 

         W przyrodzie wszystko powinno być jak należy, po kolei. Ostatnimi laty coś się jednak pokićkało. Nazwa śnieżyczki przebiśniegu wskazuje związki rośliny ze śniegiem. Jeszcze śnieg leży, a one już przebijają się przezeń ku światłu. Tak w każdym razie być powinno. Ale już tak nie jest ostatnio. Czy tamte czasy jeszcze wrócą? Zapewne tak, przyroda lubi płatać nam niespodzianki, nie tylko dla ludzi dramatyczne, ale i miłe przecież tak samo. 

        Nie przyznaję pierwszeństwa żadnej z dwóch nazw bohaterki tej opowieści. Używam ich jednocześnie lub na zmianę, zależnie od tego co mi serce w danym momencie podsunie. Mam nadzieję, że roślinki nie mają mi tego złe. I że uczeni botanicy zechcą mi tę literacką dowolność wybaczyć. Tegoroczna zima na nizinie mazowieckiej była niemal całkowicie bezśnieżna. Nazwa przebiśnieg dla naszej bohaterki okazywała się jakby bezzasadna. Nazwa śnieżyczka wydawała się bardziej na miejscu. Z pewnego oddalenia patrząc na łany tych kwiatów, jawią się one patrzącym na podobieństwo śniegu, dno lasu jakby się nimi śnieży...


     W naturze śnieżyczka przebiśnieg rośnie w lasach i zaroślach południowej części Europy, w Polsce  centrum występowania tej pięknej rośliny znajduje się na południu, przede wszystkim w Karpatach. Rosną także na pagórach Jury Krakowsko - Częstochowskiej.  Możemy je spotkać na Roztoczu. W Warszawie rosną z woli człowieka, który je zaprosił do swoich  ogródków. Widuje się to kwiecie w niektórych parkach, ładnie tam wyglądają i owszem, ale  nie tam jest ich środowisko naturalne.  
       W okolicach Warszawy rosnące w naturze śnieżyczki są przyrodniczą sensacją i  występują tylko w trzech miejscach, oddalonych o ponad sto kilometrów od najbliższej stacji metra. Jedno miejsce znajduje się na Mazowszu historycznym nad Skrwą Prawą pod Płockiem koło Sikorza i Brudzenia. Drugie jest w Lesie Rogowskim koło Repek w okolicach Sokołowa, ale to już nie jest Mazowsze, lecz bliskie Podlasie, chociaż to ta część Podlasia, które przypisano obecnie do województwa mazowieckiego, a nie podlaskiego. W naturze rosną także śnieżyczki przebiśniegi w Puszczy Kozienickiej, ale to też nie Mazowsze, a tylko województwo mazowieckie. Ta puszcza rośnie na ziemi radomskiej, a ona już historycznie przynależy do Małopolski.



        Koło mojej leśniczówki w Puszczy Kampinoskiej posadziłem śnieżyczki u stóp jesionu. Polubiły moje sąsiedztwo, szybko zaczęły kolonizować bliższą okolicę. Kiedy Ewa została wygnana z raju, stała w swoim zimowym ogrodzie i rozpłakała się nad kwiatami, które znikły. Przechodził obok anioł i usłyszał płacz Ewy. Zrobiło mu się żal płaczącej kobiety - złapał opadający płatek śniegu, dmuchnął na niego i zamienił w przebiśnieg. Dając go Ewie powiedział: Jest to dla ciebie zapowiedź, że wiosna i lato wkrótce nadejdą. Jest to obietnica, że przebiśnieg będzie pojawiał się co roku.
      Opuściłem już swój leśny dom, bo kłopoty z jego utrzymaniem poczęły przerastać moje fizyczne możliwości. Budynek już nie istnieje, został rozebrany całkiem dokładne. W czasach, w których towarzyszył mi w życiu, rosło w jego otoczeniu sporo kwiecia. Część sadziła moja żona, śnieżyczki ja posadziłem. Domostwa już nie m, ich  białe kwiatki pozostały, zapewne rozsieją się jeszcze bardziej i będzie tak, jak gdzie indziej na polskim niżu.
     Znakomita większość stanowisk śnieżyczek na naszych polskich nizinach  ma  takie właśnie, wtórne, antropogeniczne pochodzenie. Rosną  w lesie tam najczęściej, gdzie przed wielu laty znajdowały się osady, leśniczówki, cmentarzyki. Chociaż kamień na kamieniu z budynków już nie pozostał, one trwają w miejscach, gdzie ktoś kiedyś w ogródku je wsadził. Trwają i rozsiewają się, co chętnie czynią nadzwyczaj.
      Aby trafić w  miejsca, w których rosną kozienickie śnieżyczki, trochę się trzeba nachodzić. Ja korzystałem z wiedzy miejscowego leśniczego. Odwiedzałem dwa stanowiska przebiśniegów, oba ustępujące urodą tym znad mazowieckiej Skrwy i spod podlaskich Repek. Jeśli przyjdzie się tam o kilka dni za późno, nad Puborskimi Łąkami przebiśniegi będą już ogarnięte  przez duże dywany czosnku niedźwiedziego, który tam on gra rolę główną i pachnie czosnkiem tak, jak powinien,. W rezerwacie "Zagożdżon" przebiśniegi zajmują większy obszar, występują mniej więcej w promieniu dwustu metrów wokół dębu Zygmunt August, ale kwiaty nie tworzą tam litego kobierca, rosną w rozproszeniu, poukrywane między opadłymi jesienią liśćmi na dnie lasu.
    Ze wszystkich wokół Warszawy najładniej położone są stanowiska śnieżyczek w znajdującym się koło Płocka wielce urodziwym Brudzeńskim Parku Krajobrazowym. Ten należący do najmniejszych w Polsce parków krajobrazowych uchodzi za jeden z najpiękniejszych.  Śnieżyczki rosną tam w dwóch miejscach. Bliżej Płocka jest stanowisko koło Sikorza. Szosa obok tej wioski  przebiega w terenie płaskim i mało efektownym. jadąc tamtędy nie wszyscy wiedzą, że o krok odtej  szosy zaczyna się pejzaż, który przydał okolicy miano Mazowieckiej Szwajcarii.
    W latach międzywojennych XX w. w tym to pejzażu odpoczywali sławni artyści, przyjeżdżający do miejscowego dworu Piwnickich. Julian Tuwim pisał tam "Bal w operze", zaś bywający tu Tadeusz Dołęga-Mostowicz polecił Sikórz i pobliskie Radotki, jako miejsce plenerów do filmu wg swojej głośnej powieści "Znachor" , który ze znakomitym Józefem Węgrzynem w latach międzywojennych nakręcił tutaj Michał Waszyński. 
    Od sikórzeckiego kościoła (banalny neogotyk) droga sprowadza w dół doliny Skrwy. Różnica poziomów, jak na Mazowsze, całkiem znaczna,  zdumiewająco urodziwa est silnie meandrująca Skrwa Prawa, która płynie tutaj głęboko wciętą doliną o zboczach wysokich miejscami na ponad 40 m. Zaraz za mostem na obu brzegach rosną śnieżyczki. Setkami tam rosną.  




    Drugie, chyba efektowniejsze stanowisko śnieżyczki przebiśniegu w okolicy, znajduje się nieopodal wsi Brudzeń i stamtąd najlepiej dochodzić do celu, a dojście ułatwia prowadzący stamtąd czerwony szlak dla pieszych. W Brudzeniu nad Skrwą urodził się Paweł Włodkowic, postać nietuzinkowa, rektor Akademii Krakowskiej, poseł króla polskiego na sobór w Konstancji, gdzie bronił polskiej racji stanu w sporze Polski z Zakonem Krzyżackim.
    Zanim powstała wieś Brudzeń, istniała już w tamtej okolicy osada, jej śladem jest ogromne grodzisko. datowane na wieki X - XI wiek. Ma kształt zbliżonym do trójkąta i w miejscu największym pokaźne rozmiary. Przedwiośniem, gdy jeszcze nie rozwinęło się listowie na leśnych drzewach okolicy, widok na dolinę Skrwy  ze szczytu grodziska jest naprawdę okazały.

    O przedwiośniu wchodzi się tutaj w królestwo kwiecia. Wokół grodziska i poniżej, na stokach malowniczych Brudzeńskich Jarów. Swoich znajomych i przyjaciół zachęcałem do przyjazdu tutaj także z ich powodu. A oni piszą mi potem listy, pełne podziękowań za to, ze ich na wyjazd w te strony namówiłem,  opowiadają w tych listach, że idąc w głąb tych kwietnych kobierców, pragną frunąć,  żeby tylko nie podeptać   przebiśniegów, które rosną nawet na ścieżce. Od ścieżki do samej rzeki – tak zupełnie dosłownie: jak okiem sięgnąć – tylko przebiśniegi. Nie, przepraszam – nie tylko: gdzieniegdzie kępka przylaszczek. Kto wie, czy nie najciekawszym czasem, w którym warto być tutaj, nie jest ten właśnie czas, gdyśnieżyczki już zaczynają przekwitać. Jeszcze trwają, jeszcze cieszą nas swoją urodą, ale już już pojawiają się inne leśne kwiaty przedwiośnia, prócz przylaszczek także  kokoryczki i zaraz potem  zawilce gajowe. 
       Najchętniej jeżdżę oglądać śnieżyczki na bliskie Podlasie. Na wschód od Węgrowa krajobraz staje się  tak bardzo polski, że aż za serce ściska. Pod Płockiem tak nie ma, nad brudzeńskimi krajobrazami cieniem się rzuca płocka rafineria. Położona koło Sokołowa Podlaskiego wioska Rogów jest  położona akuratniej i po części jeszcze trwa w niej drewniana architektura.  Drewniany jest też kościółek i dzwonnica, stojąca obok niego.  Ma około dwustu lat ta świątynka, była świadkiem wojen, w których w walce o rząd dusz wprzągana była religia. Pobudowano świątynkę jako cerkiew unicką, potem gdy carat unitom kazał przestać być unitami, przez jakiś czas była to cerkiew prawosławna, po odzyskaniu niepodległości cerkiew pełni już rolę kościoła katolickiego. Ot, zwykła na Podlasiu historia, za którą kryje się jednak moc ofiar i ogromnie wiele łez.
      O kilka kroków od kościółka zaczyna się Las Rogowski, a i on jest przyjemny, bo  tam wszystko przybyszowi jawi się jak należy. Jest w tym lesie rezerwat „Śnieżyczki” i rosną w nim miliony śnieżyczek, tworząc obraz nieprawdopodobnie piękny. Zwłaszcza przy słonecznej  pogodzie! Autor internetowego hasła (https://nasze miasto.pl/rezerwat-śnieżyczki) napisał, że nieopodal, dosłownie przez drogę, znajdowała się gajówka. Funkcjonowała jeszcze kilkanaście lat po II wojnie światowej. Już niebawem nie można będzie dojrzeć śladów po niej. Nie wiem jaka była historia gajówki, kiedy została  zbudowana, czy wcześniej w tym miejscu również istniała jakaś osada. W latach 60. XX wieku przewieziona została na Miotki w pobliżu Repek, tam ją jeszcze widywałem i obok pracujące mielerze. Dla mnie to była egzotyka, mielerze znałem tylko z Bieszczadów. Zupełnie możliwe, że rogowskie śnieżyczki mają związek z istniejąca obok osadą leśną. 

Te małe, białe kwiaty  mają ciekawą cechę,  potrafią albowiem wykonywać ruchy i w zależności od temperatury  otwierać się i zamykać. A otwarte w słońcu kwiaty mają największą szansę na zapylenie.
    O śnieżyczkach przyrodnicy piszą tak, jakby pisali wiersze. Że te rośliny, zakwitające jako pierwsze po długich miesiącach zimowych, wzbudzają w nas szczególnie emocje. Że je podziwiamy, jako iż mimo chłodów dzielnie przebijają swe łodyżki i wznoszą swe kwiaty przez śniegi. Że ich widok rozgrzewa serca i rozbudza nadzieję na to, że po kolejnej zimie wróci wiosna i lato pełne kwiatów. Podobno pierwszy przebiśnieg zakwitł po wygnaniu Adama i Ewy z ogrodu Eden. Była zima i anioł, aby  pocieszyć naszych pierwszych rodziców, obiecał im wiosnę, chuchnął na spadające płatki  śniegu, a te opadając na ziemię zmieniały się w białe kwiaty przebiśniegów. Ludzie kochają przebiśniegi i dlatego zapewne rwą na potęgę do bukietów, i to wszystko z miłości do nich, że takie ona piękne, więc ich piękno chcą zabrać ze sobą do domów. Jest teraz ta roślina objęta ochroną prawną i trochę jej lepiej, acz niezupełnie i nie wszędzie.




     Jest trzynastego i na dodatek jest to piątek, wedle wszystkich nic gorszego w te dzień spotkać człowieka już nie może. Dopiero co rozmawiałem telefonicznie z leśniczym, w którego lesie wdzięczą się do nas te śnieżyczki z fotografii zdjętej w rezerwacie koło Rogowa. - Jak tam dzisiaj pańskie śnieżyczki ? zapytałem. Świetnie, kwitną jak oszalałe, niech pan przyjeżdża. Wziąłem to sobie do serca, w najbliższych dniach ku nim wyruszę. Przecież człowiek musi mieć coś radosnego na widoku. Zwłaszcza teraz, o przedwiośniu roku 2020, gdy na całym świecie, także i u nas, rozszalała się epidemia zbierającego już śmiertelne ofiary koronowirusa. 
      W mediach atakują nas ze wszystkich stron wiadomości złe lub tylko niedobre. W gazetach, radio, telewizji, w rozmowach. Na ekranie telewizora pokazują się mapy, na nich czerwone plamy ogarniają coraz to nowe kraje.W Polsce na dwa tygodnie zamknięto szkoły, przedszkola i żłobki, zawieszono zajęcia na uczelniach, odwołano imprezy masowe, zwody sportowe i koncerty, nieczynne będą kina, teatry i muzea. W ostatnim czasie zrobiło się wyjątkowo ciężko i stresująco. Lekarze zalecają ludziom w starszym wieku, aby nie wychodzili z domu, unikali tłoku, publicznej komunikacji i w ogóle. Do mnie to adresowane, wiem o tym. Ale radzą także mądrzy ludzie częste wypady na świeże powietrze, w głąb nieskażonej wirusem przyrody. A tam czekają na mnie one właśnie. Więc jakże nie skorzystać z zaproszenia... ..

niedziela, 16 lutego 2020

Matka Boska Telefoniczna z Boernerowa


Wspaniały warsavianista, Jerzy Kasprzycki w jednym  ze swoich felietonów z cyklu Spacerki Warszawskie, publikowanych przed laty w "Życiu Warszawy", nazwał tę rzeźbę Matką Boską Telefoniczną, bo sąsiaduje z osiedlem pracowników poczt i telegrafów, powstałym przy radiostacji transatlantyckiej, zbudowanej na terenie dawnego poligonu wojskowego. Kupiłem od niego tę nazwę, ale chyba tylko ja jeden. Spotykam często ludzi u jej stóp, bo nie tylko ja ją odwiedzam. Większość to miejscowi. Ale, kogokolwiek nie zagadnę, ten nie zna nazwy, jaką obdarzył figurę redaktor Kasprzycki. Ustawiona tu została w roku 1933, szczęśliwie przetrwała II wojnę światową i nadal cieszy oczy.
    Do Boernerowa jeżdżę co jakiś czas, najczęściej wtedy, gdy dnie są krótkie, a pogoda wyjątkowo kapryśna i nie za bardzo chce się wtedy jechać dalej. A przecież i tutaj jest ładnie, choć nie wiejsko. Jeżdżę tam przede wszystkim dla sąsiadującego z osiedlem Lasu Bemowskiego. Wycieczkowanie po nim powinno się zaczynać od tej figury, od Matki Boskiej Telefonicznej. Najlepiej dojechać tam tramwajem i wysiąść z niego na najładniejszym krańcowym przystanku tramwajów warszawskich, ładniejszego nigdzie nie znajdziecie, ta pętla istnieje od roku 1934. 
    Rzeźba z Boernerowa jest niewątpliwie nietuzinkowym dziełem sztuki. Paweł Giergoń  w internetowym portalu sztuka.net  pisał, że jest to prawdopodobnie najpiękniejsza figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem , jaka powstała w dwudziestoleciu międzywojennym w Warszawie. Znana chyba wyłącznie lokalnej społeczności Boernerowa, nie doczekała się jak do tej pory słowa wzmianki w literaturze tematu, co dziwi, ponieważ jest to dzieło sztuki o wysokich walorach artystycznych.
        Na czym polega wdzięk i uroda rzeźby
Jana Golińskiego? Myślę, że na tym przede wszystkim, że jego Matka Boska jest inna, niż inne z innych rzeźb, kapliczek i pomników. Chyba nie tylko z okresu międzywojennego, ale w ogóle. Nie nawiązuje stylistycznie do średniowiecznych rzeźb w typie Pięknej Madonny, jest zaprzeczeniem rozpowszechnionych w wieku XIX figur Matki Boskiej z Lourdes. Przede wszystkim jednak, to też widać od razu, jest dziełem w stylu całkiem osobnym. Anna Kostrzyńska - Miłosz [w tekście „Jan Goliński – rzeźbiarz-architekt”, znajdującym się w publikacji „Polskie art déco”, Płock 2015] pisała o rzeźbie, że jej stylizacja zawiera typowe dla lat trzydziestych formy. Twarz Madonny przypomina twarz kobiety z tak bardzo znanej rzeźby Henryka Kuny "Rytm". Multiplikujące poziome linie fałdy szaty czy układ włosów małego Chrystusa wydają się być inspirowane przez ideologię ugrupowania artystycznego Rytm. Dla mnie  kobieta z rzeźby boernerowskiej jest kobietą z ludu, różni się od obowiązującego w dwudziestoleciu międzywojennym wzorca kobiety. Przecież jednak wystarczy spojrzeć, żeby wiedzieć, że jest naprawdę królową. I – że to jest dzieło z międzywojennego dwudziestolecia, bo to się czuje od razu, zaraz po jej zobaczeniu.
    Figura z Boernerowa myśl pierwotnego projektu, miała wieńczyć pomnik Zjednoczenia Ziem Polskich, jaki miał stanąć w Gdyni w 1931 roku. Wg projektu Golińskiego pomnik miał mieć formę latarni morskiej, zwieńczonej figurą Matki Boskiej. Projekt ten zajął drugie miejsce w konkursie na ten pomnik, pomnika zresztą nie zrealizowano, a rzeźbę w zmienionej formie wykorzystano do wykonania tej figury na warszawskim Boernerowie. Dwa lata później, niż w Gdyni i nie na wysokiej latarni.
    Odlana z brązu figura jest usadowiona na trzymetrowym cokole, obłożonym płytami z piaskowca. Cokół jest utrzymany w stylu modernistycznym - ma obłe, wręcz opływowe kształty i symetrycznie umieszczone relingi, będące obramowaniem postumentu; jest stylizowany na element wyposażenia statku lub okrętu. Tyle tylko zostało z projektu konkursowego.
    Jaki on miał być, opowiedział mi o tym p.Marcin Gubała w artykule „Tajemnica gdyńskiego pomnika w Warszawie” z dn. 9 marca 2019 pomieszczonym  w internecie www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Tn132451. Pod koniec lat dwudziestych XX w. rozbudowująca się Gdynia cierpiała na brak jednoznacznie wyznaczonego centrum miasta. Aby temu zaradzić, opracowano koncepcję tzw. Dzielnicy Reprezentacyjnej, wychodzącej ze śródmieścia ku morzu, w której miały być pomieszczone m.in. dwa obiekty o symbolicznym znaczeniu, a mianowicie Bazylika Morska oraz Pomnik Zjednoczenia Ziem Polskich.
    Ta Matka Boska, dziś obecna na dalekich peryferiach Warszawy w Boernerowie, w Gdyni  miała się znajdować na szczycie pomnika Zjednoczenia Ziem Polskich. Miał to być pomnik nie byle jaki. Rozpisano konkurs. Chciano majestatycznej wieży, wyrastającej ponad okolicę, ponad port i miasto, a jednocześnie skierowanej w stronę morza. Zgłoszone do konkursu projekty jawiły się jako strzeliste katedry patriotyzmu i miłości młodego państwa do morza, były to projekty obezwładniające artystyczną wyniosłością.
    Projekt opracowany na konkurs przez Jana Golińskiego miał monumentalną formę, ale jednocześnie cechował się lekkością i wyraźnie skłaniał się charakterem ku stylowi okrętowemu, ku modernistycznej architekturze obwieszczającej postęp i nadzieję. W zamyśle Jana Golińskiego pomnik miał odgrywać rolę użytkową - oprócz tego, że pełniłby funkcję latarni morskiej, miał być również obiektem otwartym dla publiczności, która z tarasów umieszczonych piętrowo na wieży mogłaby cieszyć wzrok widokiem portu, miasta i zatoki.
    Nic tego nie wyszło. Pomnik „Matki Boskiej Telefonicznej”, jak nieco żartobliwie, ale przecież przesympatycznie, nazwał tę rzeźbę Jerzy Kasprzycki, wznosi się w warszawskim Boernerowie, jest jego nieodłączną częścią, jego ozdobą  i emanacją. Powstało to osiedle  z inicjatywy Ministra Poczt i Telegrafów, zapamiętałego piłsudczyka, żołnierza Legionów, płk Ignacego Boernera, on właśnie w 1932 roku zainicjował jego budowę. Przeznaczone było głównie dla pracowników telekomunikacji, dla załogi radiostacji i wojskowych. Radiostacja przetrwała czas wojny, wysadzili dopiero, gdy przyszło im się wycofywać. Szczęśliwie czas wojny przetrwała też figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. 

      Tam gdzie dzisiaj jest lotnisko, to o kilka kroków od Matki Boskiej, znajdowały się kiedyś Góry Szwedzkie. Już ich nie ma, fizycznie przestały istnieć. Bo zbudowano lotnisko, lotnisko musi być płaskie, żadne góry nie są tam potrzebne. Podobno coś tam się działo w czasie szwedzkich wojen, za „potopu”. Podobno, ale co, tego dokładnie nie wiadomo. Dokumenty milczą. Czy to były piaszczyste wydmy, nie wiadomo. A może jakieś szańce, które obozujący tam Szwedzi usypali, a jak wiemy z innych miejsc, także na Mazowszu, robili to chętnie. Ale tego też nie wiadomo. Zadziwiające, jak znikają takie - istotne przecież - elementy krajobrazu, po których zostaje tylko i wyłącznie nazwa. 
       W książce "Wierna puszcza" Marii Kann (Wyd.LSW 1972) znalazłem taki fragment, to opowieść stareńkiego dziadka Bieńkowskiego, którego autorka odwiedziła. Na pytanie skąd powstała nazwa Szwedzkie Górki, tak pan Bieńkowski odpowiedział.
       - Aaa.... wiem, mój dziad gadał, że na tych górkach Szwedzi się chowali... Szkody w lesie robili, roje pszczele niszczyli, miód rabowali, chaty i kościoły palili, bydło nam zabierali. Naszych chłopaków, znaczy się polskich, wieszali"...
    Zimą roku 1940 miała tam miejsce jedna z pierwszych hitlerowskich zbrodni na mieszkańcach Warszawy. Była utrzymywana przez Niemców w tajemnicy. 6 stycznia, w Święto Objawienia Pańskiego, na Trzech Króli Z dwóch ciężarówek wyprowadzono 96 osób. Szukałem wiadomości o tej zbrodni. Znalazłem tylko pytania. Kim były ofiary, kim kaci? Czy podobnie jak w Wawrze, także koło Boernerowa zastosowano odpowiedzialność zbiorową? Jeśli tak, to za co? O tej zbrodni sprzed lat nie wiemy dziś niemal nic.
    W roku 1949 pod figurą Matki Bożej z Dzieciątkiem umieszczono kamień upamiętniający śmierć powstańców warszawskich, którzy polegli w okolicach Boernerowa i Szwedzkich Gór, podczas wycofywania się  ku Puszczy Kampinoskiej. Kamień ten pierwotnie znajdował się w miejscu masakry powstańców, ale tam po wojnie powstało lotnisko, więc trzeba go było przenieść.  Powstańcy zginęli na samym początku powstania, 2 sierpnia 1944 roku. To byli młodzi ludzie od „Żywiciela”, mieli za zadanie wykurzyć Niemców z  Lasu Bielańskiego i  Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach. Wobec niepowodzenia ataku, wycofała się z zamiarem przejścia do Puszczy Kampinoskiej. Na Szwedzkich Górach powstańcy dostali się w podwójny ogień niemiecki. W  ciągu godziny większość zginęła,  schwytanym nakazano wykopać zbiorą mogiłę dla swoich poległych kolegów oraz dla siebie. Do historii zdarzenia te przeszły pod nazwą masakry.
     W książce „Kronika Boernerowa”, jej autorka Lowisa Lermer opisuje związaną z tą figurą niezwykłą historię z czasu Powstania Na terenie Boernerowa stacjonował oddział węgierski. Formalnie Węgrzy kolaborowali z hitlerowskimi Niemcami, ale ich rozmieszczone na terenie Polski ich oddziały w każdej możliwej chwili starały się demonstrować swój prawdziwy stosunek do Polski i Polaków. W Boernerowie urządzili Węgrzy niezwykły koncert dla mieszkańców osiedla. „Ich orkiestra grała przed figurką Matki Boskiej niesłyszane dawno melodie, w tym hymn polski. W tym czasie płonęła Warszawa, dobrze to widziano z Boernerowa. Licznie zgromadzeni boernerowiacy słuchali ich, płacząc ze wzruszenia. Koncert przerwał wreszcie oficer niemiecki, kiedy zorientował się poniewczasie.
         Po skończonej wojnie w roku 1947 zmieniono nazwę osiedla, piłsudczyk jako jego patron był nie do przyjęcia dla nowej władzy. A że w pobliżu był kiedyś poligon artyleryjski, sięgnięto po artylerzystę, generała Bema, jako patrona osiedla.  I tak narodziła się nowa nazwa Bemowo. W czerwcu 1951 r. Boernerowo (a właściwie Bemowo) zostało wcielone do Warszawy. Z czasem bardzo się to Bemowo rozrosło. Najstarsza jego część powróciła do nazwy Boernerowo po 1989 roku, gdy „najlepszy z ustrojów” odszedł już w przeszłość.
    9 sierpnia 2017 Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem została wpisana do rejestru zabytków ruchomych województwa mazowieckiego.Jest niewątpliwie zabytkiem sztuki. Ale i świadkiem historii. Napatrzyła się, oj... napatrzyła... boernerowska Matka Boska Telefoniczna... 



Fot.Ula ze Słodowca
Fot.Ania z Sadyby

czwartek, 30 stycznia 2020



Stacja w Celestynowie

To zdjęcie wykonałem w grudniu 2018 roku, przedstawia budynek drewnianej stacji kolejowej w Celestynowie. Niemal dokładnie rok po moich tam ostatnich odwiedzinach tej stacji, 10 grudnia 2019 roku dowiedziałem się, że wczoraj, tuż przed północą zaczął płonąć drewniany, zabytkowy budynek dworca kolejowego w Celestynowie, zbudowany w roku 1900. Aż do rana na miejscu trwała akcja gaśnicza. Podczas prac w zniszczonej ogniem siedzibie dworca kolejowego, strażacy znaleźli ciało mężczyzny. Mimo reanimacji, nie udało się go uratować. W akcji gaszenia pożaru uczestniczyło 45 strażaków i 11 zastępów straży pożarnej. Na miejsce przyjechały też trzy karetki pogotowia ratunkowego i policja. 
    Ogromny żal tego budynku. Niewiele mu podobnych na Mazowszu. Na linii do Dęblina jeszcze tylko budynek stacyjny w Falenicy, i podobnie okazały jak w Celestynowie budynek w Życzynie, a i jest jeszcze drewniany budynek stacyjny w Gąsocinie koło Ciechanowa, ale to na trasie z Warszawy do Mławy po drugiej stronie Warszawy, budynek ten w roku 2019 był nieużywany i zaniedbany. 



Siostrzane budynki stacyjne w Życzynie (r.2015) i Gąsocinie (r.2019)

 
Wszystkie te drewniane budynki stacyjne powstały na zbudowanej w nieprawdopodobnie szybkim tempie Drodze Żelaznej Nadwiślańskiej, której budowę po czterech latach ukończono w 1877 roku. Trasę kolei, wiodącej z Mławy przez Warszawę, Lublin i Chełm do Kowla, z odgałęzieniem z Dęblina do Łukowa, a łącznie było to ok.517 km, w tym nasypy i przekopy,  189 mostów i przepustów, własnymi rękami budowały tysiące robotników, a wg niektórych danych aż 25 tysięcy jednocześnie. Wszystkie prace ziemne były wykonywane ręcznie, do transportu używano ciężkich, drewnianych taczek. Zbudowano wtedy mosty, które - odbudowane po zniszczeniach w II wojnie światowej - nadal służą: w Warszawie pod Cytadelą i w Modlinie.
    Patrząc na tę budowę z perspektywy czasu należy stwierdzić, że dzieło to wykonane głównie przez rodzimych robotników i projektantów zadziwia trwałością konstrukcji i poziomem niektórych rozwiązań inżynieryjnych. Budowę tej linii - zważywszy środki jakimi dysponowano - można uznać za poważny sukces ówczesnej techniki i organizacji pracy. To wydaje się nieprawdopodobne, ale Centralną Magistralę Kolejową z Zawiercia do Warszawy o długości 223 km budowano pięć lat; o połowę krótsza trasa powstawała w czasie dwukrotnie dłuższym, mimo zmechanizowanych robót! 
   Kilka dziesiątek razy wsiadałem lub wysiadałem w Celestynowie, bo okolica zawsze mi miała coś ciekawego do zaoferowania. Ja również coś tam jej ofiarowałem, m.in.szlaki turystyczne, zaczynające się na tej stacji, wybiegające w sąsiadujące z Celestynowem lasy. Zaprojektowałem te szlaki w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i chociaż przeszły ich trasy kilka modyfikacji, wciąż z Celestynowa tam prowadzą, dokąd iść im nakazałem. Ten drewniany budynek stał tam jakby na straży tej całej okolicy. Nie sądzę, aby zdecydowano się go odbudowywać, bo niby kto to ma robić? Powinny koleje, ale chyba bardziej powinno zależeć na tym budynku miejscowej gminie. Czy znajdą się na to pieniądze? 
   W okolicy Celestynowa w czasie II wojny światowej rozgrywana była prawdziwa „bitwa o szyny” i w wielu miejscach przy torach znajdują się dzisiaj pomniki, upamiętniające te wydarzenia. Transporty hitlerowskie były kilka razy atakowane na tej przebiegającej przez lasy linii kolejowej. Akcja najbardziej znana została przeprowadzona w Celestynowie. Opisał ja później Aleksander Kamiński w książce "Kamienie na szaniec". 20 V 1943 r. tu uwolniono z transportu 49 więźniów politycznych przewożonych z Lublina do Oświęcimia. Akcję przeprowadził Oddział Szturmowy "Kedywu" Komendy Głównej Armii Krajowej pod dowództwem kpt. Mieczysława Kurkowskiego "Mietka" i Tadeusza Zawadzkiego "Zośka".  Ten drugi był bohaterem m.in. akcji pod Sieczychami w Puszczy Białej, gdzie zginął. Nie pamiętam dlaczego po raz pierwszy przyjechałem do Celestynowa. Podejrzewam jednak, że przyprowadziła mnie tu opowieść o tej akcji, a szczególnie Tadeusz Zawadzki. bohater mojego pokolenia. 
     Ostatnim razem, jak tam byłem, trasa mojej wycieczki była o wiele lepsza od  mojej kondycji. Do stacji w Celestynowie przyszedłem z dużym zapasem czasu do odjazdu pociągu. Ale w poczekalni dworcowej nie było ławek, na których chciałem odpocząć po wędrówce. Co się stało z tymi ławkami? - zapytałem kasjerkę. A no, trzeba było je zlikwidować, bo całymi godzinami przesiadywali na nich miejscowi pijaczkowie, czasem nawet spali na nich. To i ławki zostały usunięte. Teraz już całkowicie kłopot jest z głowy, nie tylko ławek, budynku także brakuje.  
    Będę wdzięczny Czytelnikom bloga za wszelkie aktualne informacje, nie mam szans, aby tam w najbliższym czasie znowu się pojawić. Nie mam nawet aktualnej fotografii z Celestynowa.  

środa, 22 stycznia 2020




Kapliczki z Ponurzycy 

Na południe od Otwocka i Celestynowa znajduje się Ponurzyca. 
Od ponad czterdziestu lat ją  odwiedzam. Najbardziej lubię tam zimę; zdjęcia, którymi tutaj okolicę ilustruję, z zimowych wędrówek właśnie pochodzą. Ostatnio jakoś nam takie zimy się nie zdarzają. A szkoda, bardzo wtedy bywa malownicze nasze podwarszawskie Mazowsze przy porządnym śniegu. 
Ponurzyca jest wioską rzuconą w mazowiecki, leśny krajobraz, za górami, za lasami położoną, dotrzeć do niej niełatwo.  Nie dojeżdżają do Ponurzycy autobusy, najbliższy przystanek kolejowy jest oddalony o kilka kilometrów leśnej wędrówki (teraz nawet pociągi w tamte strony  nie docierają, bo właśnie przerabiają linię kolejową), a w tym lesie pełno gór piaszczystych i bagiennych torfowisk, nad głowami wędrowcy ponuro kruki kruczą i nawołują się myszołowy, przenikliwie, niczym tolkienowskie Nazgule. Samochodem dojechać też niełatwo, droga zawiła, a w zimie  po kilkudniowych opadach śniegu  Ponurzyca jeszcze bardziej oddala się od świata.
Ciągnie mnie tam ogromnie. Niby blisko od miasta, a daleko, bo wioska zagubiona pośród lasów i okoliczny krajobraz  jakiś taki nie całkiem tradycyjnie mazowiecki, tu przypomina odległą tajgę, tam jest pogarbiony i rozfalowany całkiem nie podwarszawsko, strumyki przez ten krajobraz płyną, tu i tam widnieją głazy polodowcowe, piaszczystych wydm też nie brakuje, po lasach kryją się torfowiska o magicznej prezencji, łosie po mokradłach kroczą dostojnie, przy drogach i dróżkach, na wiejskich i leśnych rozdrożach i przydrożach moc kapliczek strzeże Ponurzycę przed czartami, bo miewały one tutaj swoje interesy i jak zwykle szło im o ludzkie dusze.
     Ponurzyca wioską jest niewielką, lecz rozległą, to kilka kolonii, rzuconych w krajobraz mazowieckiego lasu. Jest    wymarzonym terenem dla badań krajoznawczych, etnograficznych, kulturowych, mogłaby być świetnym  tematem niejednej pracy naukowej.  Nawet tego, dlaczego wieś Ponurzycą nazwano, nie wiadomo dokładnie. Czy dlatego, że ten odludny, leśny krajobraz ponuro się przedstawiał tym, którzy tu jako pierwsi zamieszkali? A może dlatego, że  wieś ukryta jest "po norach",  w zagłębieniach terenu ładnie tam ukształtowanej krawędzi polodowcowej równiny, opadającej ku dolinie Wisły. 
       Cała ta pofałdowana okolica obejmowana jest  wspólną nazwą Ponurzyckich Gór, a poszczególne wzniesienia noszą jeszcze  wdzięczne nazwy indywidualne: jest tam Bycocha i Zawiatrak, są Przydawki, Góra Czyżankowa, Żółwiowa i Żółwikowa,  jest Grabinowa Góra oraz Regucka, Biała Góra i Góra Wywiana zwana też Dworską Górą, jest Góra Ślepota i wzniesienie zwane Nad Czarcim Dołem, a całkiem blisko tego ostatniego jest  Bielna lub Podbielna Góra.
Ponurzyckie Góry są porozcinane dolinkami,  płyną nimi wąskie strumyczki o czystej wodzie i piaszczystym lub żwirowym dnie. Najładniejsza struga nosi nazwę Ślepota i malowniczo pośród wzgórz meandruje. Jest jeszcze Maćkowa Woda, która często wysycha, ale jak o przedwiośniu płynie, to na całego, tworząc miniaturowe wodospadziki. Pośród pól i na przydrożach tkwią piaszczyste wydmy i polodowcowe głazy, osiągające niekiedy znaczne rozmiary.
Ogromne tutaj bogactwo krajobrazów. Bo to i uprawne pola, chłopskie borki, olszynki i brzezinki, ale i niemal puszczańskiego charakteru wilgotne i bagienne bory, będące pozostałościami historycznej Puszczy Osieckiej. Na południe od wioski jest  Czarci Dół, który – jak mówią –  powstał za diabelską sprawą, bo z niego czart wyrywał  kamienie, aby z nich zbudować kościół i w ciągu jednej nocy miał to zrobić, a gdyby tak się stało, nagrodą dla czarta  byłyby dusze nawiedzających świątynię. Kur jednak zapiał, nastał świt i diabeł jak niepyszny musiał przerwać pracę, a kościół się rozsypał, i tak po okolicy zostały leżące te rozsypane przez czarta kamienie. 
Cała okolica pełna jest kapliczek, najczęściej są to typowe kapliczki nadrzewne. Wewnątrz jest jakiś obrazek, najczęściej jest zwykłą reprodukcją z kolorowego, katolickiego pisemka, czasem z kalendarza. Niekiedy te kapliczki umieszczone na ścianach domostw, czasem na jakimś słupie, od razu widać i to na pierwszy rzut oka, że ani chybi mają przed tymi czartami zabezpieczać lud ponurzycki.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku  zaprojektowałem tam "szlak czartów mazowieckich", wyznakowany został zielonym kolorem, sporo kapliczek jest na tym szlaku, niemal na każdym rozstaju dróg jak nie krzyż przydrożny, to kapliczka. Śnieżną zima tam lubię zachodzić najchętniej. Egzotycznie jakoś, chociaż przecież tak bardzo blisko od ogromnego miasta.... Z radością stwierdzam, że mój szlak wciąż jest chodzony, i bardzo słusznie, bo jest to niewątpliwie jeden z ładniejszych szlaków podwarszawskich.     

 
  
 


wtorek, 7 stycznia 2020

O Mazowszu 
w kilku pytaniach i odpowiedziach

Kilka interesujących pytań na temat Mazowsza zadał mi Tomasz Leszkowicz z internetowego magazynu historycznego https://histmag.org. Być może moi czytelnicy nie trafili do tego blogu historycznego, tutaj więc, u siebie, w "Mazowszu z sercem" wszystko to podaję, kilkoma fotografiami tekst pytań i odpowiedzi ubarwiając. 


Wspomnienie wielkich chwil księstwa mazowieckiego: ruiny zamku w Czersku. Fot.L.Herz




- Mazowsze w średniowieczu posiadało swoją odrębność państwową, było "obok" Wielkopolski i Małopolski. Czy odrębność tę widać do dzisiaj?

Przez całe wieki Mazowsze było inne, niż reszta Polski. Decydował o tym przede wszystkim zamieszkujący je lud. Miał odrębną władzę, obyczajowość, ubiór, budownictwo. Ale krajobraz Mazowsza niewiele się różni od sąsiadujących z nim od zachodu Kujaw i Wielkopolski, Podlasia od wschodu.
Ta nizina to typowy rolniczy krajobraz kulturowy i oglądając te ziemie na satelitarnej mapie, łacno się o tym można przekonać, że taka sama gęsta siatka prywatnych własności polskich rolników znajduje się niemal wszędzie. Mazowsze było zawsze krainą rolniczą. Miast wielu tutaj nie było, mieszczaństwa prawie w ogóle. 


Całe wieki trwało to w stanie niemal niezmienionym i chyba odrębność polityczna książąt mazowieckich nie zaciążyła na tej ziemi, gdy władza książąt odeszła już w przeszłość. Jak i całej Europie, tak i tutaj wszystko tak naprawdę zaczęło się poważniej zmieniać dopiero pod koniec wieku XVIII. A gdy upadła Rzeczpospolita, Mazowsze znalazło się pod panowaniem rosyjskim i rosyjskość padła cieniem nie tylko na zewnętrznym obrazie Mazowsza, ale i na obyczajowości. Już niemal wiek temu odzyskała Polska niepodległość, a wciąż trwa to, co zaborcy po sobie pozostawili; różnice między Mazowszem, Wielkopolską i Małopolską są widoczne. Obyczajowość także jakby nieco inna. Poznaniak, Krakus i Warszawiak to trochę inne nacje.
Obie światowe wojny mocno nam krajobraz i obyczajowość przeorały, Polska Ludowa też sporo od siebie dołożyła,  unifikując krajobraz i ludzi. Drewniana  wieś odeszła w przeszłość w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku  i dzisiaj regionalna odrębność budownictwa wiejskiego widoczna jest już tylko w skansenach, a powszechny do niedawna eternit zastąpiły już dachówki i w nowo budowanych domach są takie same na całej polskiej ziemi. Komuna po miastach  pozostawiła nam w spadku  blokowiska, a po wsiach pegeerowskie bloki. Ale wciąż jeszcze czaruje niezwykłą atmosferą willegiatury zaludniona letniskowo (i to jeszcze przed 1939 rokiem) dolina Liwca koło Urli. Pól uprawnych jest jednak coraz mniej na Mazowszu, rolnictwo na lichych zwłaszcza glebach przestało się opłacać, pewnie dlatego z okien pociągu można zobaczyć coraz więcej nieużytków i wkraczające na nie forpoczty lasu oraz żerujące wśród nich stadka zgrabnych  saren i coraz liczniejsze dostojne żurawie. 


- Warszawa jest stolicą Mazowsza, ale gdyby miał Pan wskazać alternatywne "serce" tego regionu, to które miasto by Pan wskazał?

Płock, to oczywiste. Ze względu na swoje położenie, zabytki i historię,a  i to również, czym miasto jest nadal, żywym i prężnym ośrodkiem kulturalnym. Ma swój wyraz i dumę.  Jakże żałuję, że książęta mazowieccy nie wybrali na swoje centrum plemienne okolic ujścia Narwi do Wisły,  pięknie położone byłoby to miasto, dokładnie w samym środku regionu. Ale mazowieccy książęta  byli kłótliwi, za wielu ich było, każdy ciągnął w swoją stronę, jeden w stronę Płocka, inny ku Ciechanowu, jeszcze inny ku Czerskowi, albo Rawie. Tak to widocznie ci Piastowie mieli, nie tylko na Mazowszu, jak wiemy na Śląsku również. Mazowieccy Piastowie przynajmniej wytrwali przy Polsce, pomorscy i śląscy jakby nie zupełnie.
 
 



Co łączy te miasta?  Od góry - Płock, Pułtusk, Mława, Łowicz, Mińsk Mazowiecki. Fot.L.Herz 

  - Mazowsze to Płock i Ciechanów, Ostrołęka, Rawa  i Łowicz. Czy jest coś, co łączy te miasta i miasteczka? 

Niekoniecznie. Nie ma w nich niemal niczego, co można by określić jako specyficzną "mazowieckość". Niemal każde z nich ma coś innego, inną szatę architektoniczna, inną duszę. Płock do Ciechanowa całkiem niepodobny. Mława, Grójec i Pułtusk są par excellence mazowieckie, choć każde jest inne; wystarczy pobyć w nich choćby chwilę i już się tę inność wyczuwa. Rawę i Łowicz przydzielono dzisiaj do województwa łódzkiego, stricte mazowiecka Łomża znalazła się w województwie podlaskim, zasię mazowieckie województwo wzbogaciło się o podlaskie Siedlce i historycznie małopolski Radom; na naszych oczach został dokonany kolejny zabór Polski i już pozostawia trwały ślad w ludzkiej świadomości. Opolszczyzna umiała wywalczyć swoją odrębność, w środkowej Polsce wyszło nam z tym nie najlepiej. Łowicz od lat ciąży ku Łodzi, mieszkańcy otaczających go księżackich wiosek - takie odniosłem wrażenie po licznych rozmowach z miejscowymi - nie czują specjalnego związku z Warszawą, chociaż ich ludowa kultura, stroje przede wszystkim, są tak mazowieckie, jak i mazowiecka jest Warszawa. Rawa Mazowiecka jest mazowiecka w nazwie,  a autobusowych kursów (połączeń kolejowych nie ma) jest stamtąd więcej do Łodzi, niż do Warszawy.

- Czy pojawienie się kolei na Mazowszu w XIX wieku  zrewolucjonizowało ten region?

Bezwzględnie tak. Niemal wszędzie tam, gdzie pojawiły się tory kolejowe w ślad za nimi szła zabudowa, tak mieszkalna, jak i przemysłowa. Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska dotarła do Grodziska w 1845 roku i zanim zadomowił się w nim przemysł, Grodzisk Mazowiecki był letniskiem i uzdrowiskiem. Mało kto o tym pamięta, prócz grodziszczan oczywiście. Gdyby nie ta kolej żelazna nie byłoby mazowieckiego przemysłu, na przykład lniarskiej potęgi Żyrardowa, swoimi produktami obsługującej całą Rosję, aż po Ocean Spokojny.
W roku 1877  w kierunku Lublina ruszyła z Warszawy linia kolejowa, zwana Drogą Żelazną Nadwiślańską. Rozniosła się wtedy w Warszawie sława wspaniałego  mikroklimatu sąsiadującej z koleją okolicy. Letniskowa sława podwarszawskich okolic  tam się zaczęła, w Aninie, Radości, Otwocku. Tamte  letniskowe osiedla pośród rosnących na piaszczystych wydmach sosnowych borach wciąż trwają, zmienione dzisiaj w podmiejskie podwarszawskie osiedla sypialniane, złożone głównie z jednorodzinnych domów i willi.
Na wschodnich przedpolach Stolicy, za rogatkami warszawskiej Pragi, zbudowana w roku 1862 Droga Żelazna Warszawsko-Petersburska zaraz po uruchomieniu uruchomiła boom budowlany. Do Zielonki i Wołomina zrazu przybywali letnicy, bo okolica była ładna, lecz wkrótce potem zaroiło się od robotników, bo w Wołominie powstała huta szkła. A że gleby wokół kolei nie najlepsze, z czasem do osiedli koło kolei ściągnęli rolnicy, zmieniając się niebawem w nieznaną przedtem klasę społeczną, zwaną chłoporobotnikami. Nie tyko tam i nie tylko dawniej.
Kolej jest nadal motorem zmian. Exodus ludności wiejskiej ku kolei trwa nadal. Jednym z klasycznych przykładów tego zjawiska jest Osieck na południowo-wschodnim Mazowszu. Miał w przeszłości prawa miejskie, od dziesięcioleci jest już wioską, ale charakter miasteczka wciąż zachowuje. Jest rynek obszerny i ulice wychodzą z jego rogów jak trzeba, ale mieszkańców  ubywa. W 1997 roku miejscowy proboszcz, ks.Eugeniusz Matyska załamywał nad tym ręce. "Dzieci jest coraz mniej. Obecnie więcej umiera, niż się rodzi. Parafia się gwałtownie starzeje. Pełno domów już wymarłych. Wykupują je warszawiacy na domki wypoczynkowe na lato. Często młodzi ledwie pobiorą się, a już budują sobie domy w Pilawie lub w Celestynowie w zależności, z której strony mieszkają". Ta ucieczka ku kolei trwa nadal. Osieck powoli umiera. W weekendy do Osiecka nie dociera żaden autobus, do stacji kolejowej w Pilawie jest 10 km. Najbliższe taksówki są w Garwolinie.




Zmienia się wieś mazowiecka. Na dachach słoma, eternit, dachówki. Zdjęcia z lat 1994-2016. Fot.L.Herz


- Wiele dziś mówi się o tym, że wbrew "blaskowi Warszawy" Mazowsze to region biedny i wymagający pomocy. Czy zgodzi się Pan z tą opinią?

Od czasów budowy kolei terespolskiej - pisała mi niedawno znajoma, mieszkająca w Mrozach przy tej linii - wszyscy zapragnęli mieszkać jak najbliżej kolei, ale koniecznie na południe od niej. Tak więc tak położone  Podciernie, niedawno uboga wioseczka, teraz pysznią się potężnymi domiszczami, natomiast na północ od Mrozów i Kałuszyna, w  tej samej mniej więcej odległości od kolei, 5-10 km, krajobrazy są uroczo wiejskie i sielskie, wioski z rzadko rozrzuconymi chałupami, stare krzyżyki na rozstajach, bocianie gniazda, płoty ze sztachet, stare sady, polne drogi... I ani jedno przydrożne drzewo nie okaleczone piłą. Pewnie się tam żyje biedniej, ale może godniej?
Jechałem niedawno tą trasą. Prowadzi przez powszechnie uchodzące za ubogie tereny wschodniego Mazowsza. Nowoczesny podmiejski pociąg był naszpikowany elektroniką, a za jego oknami  widniał krajobraz pełen nasyconej deszczem zieleni, zaś pośród niego imponowała jednorodzinna zabudowa. W żadnym razie nie był to widok ubogiego, wschodniego Mazowsza. Wioski zmieniły się już w osiedla, a domy w nich porządne nad wyraz, nakryte dobrą dachówką, otoczone zadbanymi ogrodami, ogrodzone świetnymi ogrodzeniami. Polska jawiła się nam jako kraj może nie bogaty, ale bardzo dostatni. Ta dostatniość rzucała się w oczy. Jakoś nie bardzo ten widok kojarzył się nam z powszechnym, narzekaniem. Niedawno ze zdumieniem przeczytałem, że ok.70 % Polaków uważa się za szczęśliwych. Na tym jakoby biednym Mazowszu również. Zadziwiające.
Przecież jednak są okolice, w których żyje się niełatwo, są jeszcze w części Mazowsza, domagają się pomocy i wciąż szukają swojego sposobu na życie, bo gleby są kiepskie, rolnictwo sensu wielkiego nie ma, przemysłu w okolicy żadnego nie ma, do miasta daleko i publiczna komunikacja jest beznadziejna.

- Wycieczkę w które miejsce zaproponowałby Pan typowemu "warszawskiemu słoikowi" z innego regionu na "dobry początek" przygody z Mazowszem?

Według przeprowadzonych ostatnio badań zdecydowana większość tzw."słoików" przybyła do Warszawy z mazowieckiej prowincji. Swoją przygodę z Mazowszem zaczęli więc już w dzieciństwie, jakże swojakom tę prowincję pokazywać? Że: swego nie znacie? Albo że: najciemniej jest pod latarnią? Od czegoś jednak zacząć trzeba. Może więc zacząć od tego, czego na pewno obok siebie nie mieli. 






Dwa mazowieckie hity: Żelazowa Wola i Kampinoski Park Narodowy. 

Na początek polecam wycieczkę do muzeum w domu urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli i potem odwiedziny w sąsiadującym z nią  Kampinoskim Parkiem Narodowym; w Granicy koło Kampinosu jest wygodny leśny parking, interesujące puszczańskie muzeum w plenerze (w l.2019-20 częściowo w remoncie i przebudowie) i są trasy  przechadzkowe, a dużej urody żółto znakowany szlak dla pieszych po godzinie wędrówki wśród starych sosnowych borów doprowadza od Granicy do zabytku przyrody i historii, do wiekowego Dębu Powstańców Styczniowych.