piątek, 17 lutego 2017


Zimą na podwarszawskich ługach

O kilka kroków od zabudowań na przedmieściach Warszawy, pośród wydm  Mazowieckiego Parku Krajobrazowego znajduje się kilka bardzo interesujących krajobrazowo i przyrodniczo torfowisk. Nazywane są "ługami". Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim, niemieckim brzegu Nysy zwanej Łużycką.
    Ze wszystkich  ługów najładniejsze krajobrazowo jest eksploatowane dawniej torfowisko, na którego terenie utworzyło się spore Jezioro Torfy o nieregularnych brzegach. Ze względu na to, iż w porze wiosennej jest miejscem, gdzie odbywają się gody i lęgi kaczek krzyżówek, przez odwiedzających nazywane jest czasem Kaczym Ługiem. Przyrodnicy cenią Biały Ług, położony bliżej Wiązowny, oraz sąsiadujący ze Starą Miłosną sporych rozmiarów ług, zwany Macierowym Bagnem, które chętnie by uczynili rezerwatem przyrody, ale chyba z tego nic nie wyjdzie. 

         Na wydmach, otaczających ługi, rosną bory sosnowe, ustępując jednak urodą tym borom, które występują w  niższych  położeniach, gdzie tworzą jedyny w swoim wyrazie zespół siedliskowy lasu, zwany borem wilgotnym. Tutaj jest on wcale powszechny. W tym lesie, ubogim w gatunki drzew i krzewów towarzyszących sośnie, a mimo to nie pozbawionym przedziwnego piękna, spotkamy również krzewinki bagna zwyczajnego, a prócz nich bagienną borówkę, zwaną łochynią. Podwarszawskie ługi i ich najbliższa okolica są wielkim skarbem dla Warszawy, o której natychmiast się zapomina, gdy wkroczyć w ten cichy, spokojem tchnący świat wydm, lasów i ługów. Nie trzeba być przyrodnikiem, aby docenić to piękno. 

          Mieszkam na północy Warszawy, wyprawa krótkim zimowym dniem do lasów na południe od miasta jest wyzwaniem. Wtedy, gdy tam wyruszam, przekonuję się że moje miasto małe nie jest, jedzie się przez nie i jedzie. Pojechałem tam ubiegłego czwartku. Pociągiem ze śródmiejskiego dworca zajechałem do Radości, tam się przesiadłem na lokalny autobus, który opuściłem koło usadowionego na niewielkiej wydmie cmentarza na Izbickiej, ulicą Przełęczy poszedłem w las. Dzień był wciąż jeszcze zimowy, w lesie wciąż leżało dużo śniegu, drogami szło się dobrze, nie były już śliskie, lecz w sam raz.

       Nie najgorzej wymyśliłem sobie tę wycieczkę do lasów, które lada tydzień padną pod siekierami, zacznie się albowiem budowanie drogi szybkiego ruchu, wyczekiwanej z niecierpliwością południowej obwodnicy Warszawy. Pomyślałem, że zanim zacznie się budowa trzeba ten las zobaczyć, jakim jeszcze jest. Dwa lata temu oglądałem tak lasy koło Zielonki, w których budowa obwodnicy Marek jest już na ukończeniu i teraz tamtędy na wycieczki chodzić się nie daje. Taki już los przyrody w sąsiedztwie dużych miejskich aglomeracji, że musi czasem trochę ustąpić pola potrzebom człowieka. Także i lubownicy przyrody  muszą się z tym pogodzić.
       Jak przeczytałem w prasie, już tegorocznym marcem mają się zacząć prace przy przygotowywaniu śladu pod południową obwodnicę Warszawy, a więc prace ziemne, wycinanie lasu, budowa roboczych dróg dojazdowych, potem sama budowa drogi ekspresowej. W związku z tym pa odcinku  przebiegającym przez podwarszawską część Mazowieckiego Parku Krajobrazowego  przestaną egzystować szlaki turystyczne. Zapewne niektóre całkowicie, inne tylko na czas budowy. Przecinająca kompleks leśny droga ekspresowa praktycznie podzieli las na zupełnie odrębne części. 


         Szlaki w tej okolicy projektowałem  przed ponad czterdziestu laty i chociaż już się sprawami znakarskimi od dawna nie zajmuję, przecież jednak myślę o tych szlakach ze zrozumiała sympatią i troską. Zastałem je teraz dość zapuszczonymi, znaki są, a jakby ich nie było, trudno się tym nie przejmować. Fakt, że większość przemierzających te lasy wędrowców to mieszkańcy okolicznych osiedli, tego lasu bywalcy wielokrotni, ale dla przybyszy z innych części Warszawy szlaki są niezbędne, bo oni nie znają na pamięć każdej z niezwykle licznych i zawiłych ścieżek i dróżek, których jest tutaj cała plątanina. Młodzi działacze  PTTK, którzy zajmują się szlakami mazowieckimi, są sympatycznymi ludźmi, ale chyba sytuacja  przerasta możliwości organizacji społecznej. W tym terenie  brakuje jednego gospodarza. W Kampinoskim Parku Narodowym jego dyrekcja jest gospodarzem lasu i szlaków. Do leśnych terenów położonych w sąsiedztwie  Radości, Międzylesia, Starej Miłosny przyznaje się wielu właścicieli. Na tym terenie występuje skomplikowana sytuacja własnościowa. Szlaki tylko w niewielkiej części przebiegają przez lasy państwowe. Dużo jest lasów prywatnych, a także mienia opuszczonego o nie uregulowanym statusie.  

         Szedłem teraz tym lasem, jeszcze nie zaczęto wyrąbywać pasa pod przyszłą drogę szybkiego ruchu, jeszcze trwał spokój wśród lasu. Nie ja jeden wędrowałem tamtędy, chociaż dzień był powszedni. Spotykałem pojedynczych turystów z plecaczkami i nie byli to tylko wiekowi emeryci, którzy nie muszą już łazić do roboty, a korzystając z dni ładnej pogody, robią to, co lubią: wędrują w głąb przyrody. W otaczających ługi lasach koło Radości, Międzylesia i Starej Miłosny przyroda jest jaka jest, nie jest to przepastną i dziką puszczą, ot, to taki zwyczajny las podmiejski, ale z zakątkami o ogromnym uroku. To skarb mieć tyle lasu w sąsiedztwie, Warszawa jest pod tym względem miastem uprzywilejowanym!
      Obfotografowywałem z zapałem
podwarszawskie ługi, pięknie było. Dzień później niebo zszarzało, zaczął padać deszcz, śnieg począł szybko topnieć, pogoda, ze za drzwi nawet palca u nogi nie chce się wystawić. Miałem szczęście z tą swoją wycieczką czwartkową. Chyba się załapałem na ostatni dzień prawdziwej zimy w podwarszawskich lasach. 




Wszystkie zdjęci są z jednego dnia: 16 lutego 2017. Fot.L.Herz

czwartek, 19 stycznia 2017

Krajobrazowa niespodzianka pod Warszawą
Byłem dopiero co w plenerze podwarszawskim. Dzień pochmurny, minus dwa stopnie, śniegu sporo, po prostu zima w pełni i to taka, jakiej od kilku lat na Mazowszu nie było. W sobotę ruszyli do podwarszawskich lasów narciarze, śmigali na biegówkach, aż miło. A ja bez nart, pieszo, zwyczajnie. Wysiadłem z czerwonego, miejskiego autobusu i poszedłem w las. Zobaczyłem krajobraz, jakiego się nie spodziewałem. Nadzwyczajny. Proszę spojrzeć na zdjęcia. Czy to jest krajobraz nizinnego Mazowsza? Tuż pod Warszawą? Zaledwie 17 km od Pałacu Kultury?
Ciekawe czy ktoś z czytelników domyśli się gdzie te zdjęcia zostały wykonane?  Dla ułatwienia podam, że taki widoczek można zobaczyć 500 metrów od przystanku autobusowego ZTM z Warszawy.



Wszystkie fotografie: L.Herz, styczeń 2017 r.

niedziela, 1 stycznia 2017





 Czarna Struga w białej szacie

Tęsknię za zimą zimową. A w tym roku jak jej nie ma, tak nie ma. Sięgnąłem więc do archiwum swoich wspomnień. Znalazłem się w uroczysku Czarna Struga w Lasach Drewnickich. Płynie tam rzeczka Czarna, jak należy ona płynie, zgodnie z nazwą toczy swoje czarne, ciemne wody  w rezerwacie "Puszcza Słupecka". Zimą właśnie tam się pojawiam najczęściej, bo blisko, a bardzo puszczańsko. Idę wtedy w ten las, aby brodzić w śniegu pośród powalonych drzew, tu i tam spojrzeć na ślady spałowania kory drzew przez tutejsze łosie, tropów przeróżnych leśnych zwierząt też zawsze spotkać można niemało, prócz łosiowych, są także lisie i sarnie, czasem wiewiórcze, zdarzają się tropy kuny. Sporo tam tego dzikiego zwierza żyje w tym lesie.  
     Lasy dzisiejszego uroczyska Czarna Struga wchodziły w skład wcale niemałej Puszczy Słupeckiej, zwanej też Puszczą Nieporęcką. Niewiele o tej puszczy wiemy. Już nie ma tej puszczy, ale ona była i odgrywała dość ważną rolę. Dawnymi czasy Mazowsze słynęło jako ziemia puszcz. Istnieją jeszcze lasy, wciąż noszące nazwę puszcz, niemałe są one zresztą: Puszcza Kampinoska, Bolimowska, Biała, Zielona. O tych puszczach się wie, te się pamięta, ale o innych wielu już zapomniano i nawet miejscowi nie wiedzą, że  wielką, puszczańską mają historię lasy na które patrzą z okien swoich domostw.
Dziko i przepastnie, jak w prawdziwej puszczy, a to tylko podmiejski las. Fot.L.Herz

   
Puszcza Słupecka tak naprawdę jest tylko częścią Puszczy Nieporęckiej. Nieporęt był dla polskich królów z dynastii Wazów tym, czym Niepołomice dla Jagiellonów, miejscem wywczasów podmiejskich i łowieckich zabaw.   Gdy Zygmunt III Waza w roku 1596 przeniósł królewską siedzibę z Krakowa do Warszawy, nakazał zbudować  dla siebie i swojej rodziny dwór myśliwski u progów królewskiej stolicy. Tereny łowieckie w okolicach Nieporętu były przednie, lasy i bory urozmaicone, mokradeł było tam sporo, zwierza w nich wszelakiego dostatek. Wybór padł na Nieporęt, wtedy dobrze już zagospodarowaną osadę bartniczą, położoną w sercu głębokiej puszczy w widłach Wisły i Narwi, nad niewielką rzeczką Długą. Zygmunt III wzniósł tu drewnianą rezydencję, kaplicę, założył ogród. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie, gdyż data nie jest dotąd znana. Nie wiadomo też, jak ta drewniana budowla wyglądała, bowiem nie zachowała się żadna ilustracja. Ale zachowały się królewskie strzelby myśliwskie, są w muzeach we Wiedniu i Sztokholmie, zostały skradzione z Warszawy, przez Szwedów i  Austriaków; wtedy gdy "gościli" w naszym kraju.  
Strzelby myśliwskie Zygmunta III Wazy
      
Dawna królewska puszcza to dzisiaj nieduże, oderwane od siebie kompleksy leśne w okolicach Jabłonny, Nieporętu, Marek. W większości są to bory sosnowe w mocno zdegradowanej postaci. Pozostały jednak z tej puszczy fragmenty urodziwe i cenne, chronione w rezerwatach. Szosy, koleje, rozbudowane dziś osady, zatarły jasność topograficzną tego terenu, jest ona jednak na mapach wciąż widoczna. Lasy Czarnej Strugi rozciągające się pomiędzy Nieporętem a Markami, określają poniektórzy jako miniaturę Puszczy Kampinoskiej i niewątpliwie mają rację, bo krajobraz podobny, bo są tam wydmy i sąsiadują z nimi bagienne torfowiska, bo rosną tam sosnowe bory, liściaste grądy, olsy i  łęgi, bo graniczą z nimi wilgotne łąki. Po II wojnie światowej dużym fragmentem tego lasu zawładnęło wojsko, które dopiero niedawno się stamtąd wyprowadziło. Przed wojną lasy rąbano niemiłosiernie i z zapałem eksploatowano okoliczne torfowiska. Obok torfianek, znajdujących się  na terenie dawnej kopalni torfu, wznosi się niewysoka  wydma Złodziejskiej Góry i jest w jej okolicy bardzo dziko, dziki tam się kryją, żurawie budują gniazda, a bobry żeremia. To, co najładniejsze i najbardziej wartościowe przyrodniczo, chronione jest w dwóch  rezerwatach, jeden to „Puszcza Słupecka”, drugi „Łęgi Czarnej Strugi”. Nie byle jakie to rezerwaty i kryją w sobie wiele przyrodniczych osobliwości. 


 

Zimowe krajobrazy z uroczyska Czarna Struga. Fot.L.Herz
     
Lubię tam jeździć, zimową zwłaszcza porą. Bo blisko od Warszawy, w której mieszkam.  Najczęściej zaczynam wędrowanie od pętli autobusowej w Czarnej Strudze, obecnie jest to część miasta Marki, stamtąd do miejsc najładniejszych blisko. Niekiedy powracam z Olesina, i tam dociera miejski autobus warszawski. Jeżdżę tam także i dlatego, iż pośród tych lasów umościło się  Rancho Bena, w którym  znajduje się niezwyczajnej urody restauracja pośród lasu i bardzo dobre podają w niej jadło. Tę restaurację nad rzeczką Czarną nazwano  Czarcią Grotą i moc czartów przygląda się tam gościom.



Czarty z Czarciej Groty w Rancho Bena w uroczysku Czarna Struga. Fot.L.Herz



poniedziałek, 19 grudnia 2016


Zima w Ponurzycy

   Na tegoroczne święta Bożego Narodzenia powinienem w tym blogu opublikować post pasujący do tych świąt, najlepiej zimowy, a jeszcze lepiej żeby był on aktualny, ale jakoś śniegowi nie śpieszno na Mazowsze tej zimy. Wygląda na to, że na  zimę zimową jeszcze będzie trzeba nieco poczekać. A tak w ogóle, to marnie bywa ostatnimi laty ze śniegiem na Mazowszu. Wszak jednak bywały śniegi zawzięte. Zapuszczałem się wtedy na podwarszawską mazowiecką prowincję i z radością cieszyłem śnieżnym krajobrazem. Miejsc zimowo malowniczych jest sporo wokół Warszawy, a do najładniejszych należą zimowe krajobrazy okolic Ponurzycy. Sporo o tej wiosce pisałem, w mojej ostatniej książce cały rozdział tej wiosce poświęciłem. Fragmenty jego teraz w tym blogu pomieszczam, zachęcając do lektury całości w książce. Tam jednak  nie ma zimowych fotografii z Ponurzycy. Więc one niech się znajdą tutaj, w tym blogu. Wybrałem do tego postu fotografie z jednego dnia zimowego w roku 1995. Nigdy przedtem, ani potem, takiej zimy tam nie przeżywałem. Dzień zrazu chmurny, tuż przed zmierzchem wypiękniał. Dobrze mi wtedy było w Ponurzycy.

   Ponurzyca  jest wioską rzuconą w mazowiecki, leśny krajobraz, za górami, za lasami położoną, dotrzeć do niej niełatwo.  Od ponad czterdziestu lat ją  odwiedzam. Nie dojeżdżają do niej autobusy, najbliższy przystanek kolejowy jest oddalony o kilka kilometrów leśnej wędrówki, a w tym lesie pełno gór piaszczystych i bagiennych torfowisk, nad głowami wędrowcy ponuro kruki kruczą i przenikliwie, niczym tolkienowskie Nazgule, nawołują się myszołowy. Samochodem dojechać też niełatwo, droga zawiła, a w zimie  po kilkudniowych opadach śniegu Ponurzyca jeszcze bardziej oddala się od świata.


 
Ciągnie mnie tam ogromnie. Niby blisko od miasta, a daleko, bo wioska zagubiona pośród lasów i okoliczny krajobraz  jakiś taki nie całkiem tradycyjnie mazowiecki, tu przypomina odległą tajgę, tam jest pogarbiony i rozfalowany całkiem nie podwarszawsko, strumyki przez ten krajobraz płyną, tu i tam widnieją głazy polodowcowe, piaszczystych wydm też nie brakuje, po lasach kryją się torfowiska o magicznej prezencji, łosie po mokradłach kroczą dostojnie, przy drogach i dróżkach, na wiejskich i leśnych rozdrożach i przydrożach moc kapliczek strzeże Ponurzycę przed czartami, bo miewały one tutaj swoje interesy i jak zwykle szło im o ludzkie dusze.

   Ponurzyca wioską jest niewielką, lecz rozległą, to kilka kolonii, rzuconych w krajobraz mazowieckiego lasu. Jest wymarzonym terenem dla badań krajoznawczych, etnograficznych, kulturowych, mogłaby być świetnym  tematem niejednej pracy naukowej.  Nawet tego, dlaczego wieś Ponurzycą nazwano, nie wiadomo dokładnie. Czy dlatego, ze ten odludny, leśny krajobraz ponuro się przedstawiał tym którzy tu jako pierwsi zamieszkali? A może dlatego, że  wieś ukryta jest "po norach",  w zagłębieniach terenu ładnie tam ukształtowanej krawędzi polodowcowej równiny, opadającej ku dolinie Wisły blisko czterdziestometrowym skłonem. Jak na Mazowsze wysokość to wcale znaczna.
     Z kilku miejsc na grzbiecie skarpy widać oddalone o kilka dobrych kilometrów wieże zamku książąt mazowieckich w Czersku, podobno nawet pałac kultury w Warszawie jest stamtąd widoczny. Z roku na rok na tej skarpie coraz mniej miejsc, z których to widać, jeszcze przez wiele lat po skończonej wojnie niemal cała skarpa była bezleśna, to można zobaczyć na mapach z tamtego czasu. Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku projektowałem szlaki turystyczne dla tej okolicy, szlak wzdłuż tej skarpy był bardzo widowiskowy, dzisiaj większość jego trasy wiedzie młodymi sosnowymi borkami, które w Ponurzycy bezpardonowo wkroczyły na tereny porolne.     

     Ponurzyckie Góry są porozcinane dolinkami,  płyną nimi wąskie strumyczki o czystej wodzie i piaszczystym lub żwirowym dnie. Najładniejsza struga nosi nazwę Ślepota i malowniczo pośród wzgórz meandruje. Jest jeszcze Maćkowa Woda, która często wysycha, ale jak o przedwiośniu płynie, to na całego, tworząc miniaturowe wodospadziki. Pośród pól i na przydrożach tkwią polodowcowe głazy, są i piaszczyste wydmy, osiągające niekiedy znaczne rozmiary. Ogromne tutaj bogactwo krajobrazów. Bo to i uprawne pola, chłopskie borki, olszynki i brzezinki, ale i niemal puszczańskiego charakteru wilgotne i bagienne bory, będące pozostałościami historycznej Puszczy Osieckiej.

     Pojawiam się tam od ponad czterdziestu lat i przynajmniej raz w roku. Fascynująca jest obserwacja następujących w okolicy przemian cywilizacyjnych.  Część wsi  znajduje się akurat we wczesnym stadium przepoczwarzania się. Malownicza polska wioska, jaką pamiętam sprzed ćwierćwiecza, zawsze była wioską ubogą, wokół laski i piaski,  marnej klasy grunty rolne. Domy były tam drewniane, ale o dobrych proporcjach, ubogie, ale wydawały się być na miejscu, nieźle wpisane w krajobraz. Minęły lata i stoją tam teraz domostwa murowane, zbudowane tzw. metodą gospodarczą, przez właścicieli i osoby zaprzyjaźnione. Jeszcze tu i tam widnieją drewniane stodoły kryte strzechą, ale długo już nie pożyją. 


     Na opuszczone tereny porolne wkraczają sosnowe samosiejki, lasu coraz więcej i bardzo brakuje polnych enklaw wśród lasu. Rolnictwo w Ponurzycy przestało się  opłacać. Za wiele roboty, za mało zysku. Większość gruntów rolnych zalesiono. Z roku na rok więcej tu lasów. Ich fragmenty czynią wrażenie nawet na wyrafinowanych smakoszach przyrody. Najbardziej wartościowe są znajdujące się pośród tych lasów wysokie torfowiska. W okolice Ponurzycy chętnie prowadzę swoich gości, którym chcę pokazać zaczarowany, pełen ciszy, spokoju, tchnący dziwną melancholią świat. I samotnie też wcale często wędruję w tamte strony. Może kiedyś się tam spotkamy? Może akurat będzie to dzień zimowy, śnieżny jak należy, malowniczo malowniczy.










sobota, 26 listopada 2016



Kampinos

Puszcza  Kampinoska sąsiaduje z Warszawą, zaczyna się tuż za granicami miasta. Swoją nazwę wzięła  od wsi Kampinos. Wieś Kampinos jest oddalona od Warszawy o 40 kilometrów. Większość z warszawiaków nawet nie wie, że jest jakaś wieś o tej nazwie. Ludzie w Warszawie najchętniej Kampinosem nazywają całą puszczę, a przede wszystkim podwarszawską część Puszczy Kampinoskiej. Tę albowiem znają najlepiej. Tak naprawdę, to dla Warszawy cała puszcza była „od zawsze" - Kampinosem. W okresie powstania styczniowego w 1863 roku krążył po Warszawie wiersz: "Hej rodacy, kto u wroga / Nie chce szukać losu,/ Komu święta wolność droga,/ Śpiesz do Kampinosu". W czasie II wojny światowej w kampinoskich lasach działała Grupa "Kampinos" konspiracyjnej Armii Krajowej. 

W Warszawie mówi się: "jedziemy na wycieczkę do Kampinosu", chociaż się jedzie np. do bliskich miastu Palmir, od których do wsi Kampinos jest ponad 40 kilometrów. Tak samo się mówi "jedziemy w Tatry", a nie: "do Tatrzańskiego Parku Narodowego". Autor tych słów jest od pół wieku związany z tym terenem i wolałby czytać i słuchać równie krótkich lecz lepiej brzmiących sformułowań, np.: "jedziemy do Puszczy" lub "do Parku". Koniecznie z dużej litery, bo na ternie puszczy od lat kilkudziesięciu znajduje się Kampinoski Park Narodowy. Widocznie tak musi zostać. Te trzy nazwy - Kampinos, Puszcza Kampinoska, Kampinoski Park Narodowy - potocznie traktowane są wymiennie i w gruncie rzeczy oznaczają to samo. Czy to się podoba purystom, czy nie, tak właśnie jest.
Droga do cmentarza Palmiry. To jej okolice najczęściej zwane są "Kampinosem". Fot.L.Herz


Wielu warszawiaków ogranicza się w swojej przyjaźni do fragmentów znajdujących się w najbliższym sąsiedztwie Warszawy. To już Kampinoski Park Narodowy, ale jeszcze nie Puszcza Kampinoska. To młode lasy, w większości monokulturowe bory sosnowe. Przez wiele dziesiątków lat, praktycznie przez cały wiek dziewiętnasty i jeszcze trochę dwudziestego, był to teren całkowicie niemal pozbawiony lasu, mapy z połowy XIX wieku ukazują to wyraźnie. Prawdziwie stare bory i trudno dostępne lasy bagienne zaczynają się dalej. Są i w okolicy wsi Kampinos i to od niej bardzo blisko, koło Granicy, Józefowa, Nartów. 
 
Starodrzewy sosnowe okolic wsi Kampinos.

Nazwa Puszczy Kampinoskiej wiązała się ze wsią Kampinos, ośrodkiem dóbr, do których należała okoliczna puszcza.Dzisiejszy Kampinos jest wcale sporą wsią gminną, ale nie wygląda na „stolicę” pobliskiej Puszczy Kampinoskiej. Skąd się wzięła nazwa - Kampinos? Na pewno wpierw tyczyła wsi, dopiero potem od niej poszła nazwa przynależnego do majątku puszczy. Pierwsza wzmianka o osadzie tutaj się znajdującej, pochodzi z roku 1377, ale w dokumentach zapisano nazwę Białe Miasto. Dopiero w roku 1489 po raz pierwszy użyto nazwy Kampinosu, lecz po łacinie i w formie - Capinoss. Jeszcze w 1557 roku Capinos wymieniany był jako miasto, lecz w 1579 roku był już tylko wsią. Pozostał nią do dzisiaj. Po raz pierwszy nazwę miejscowości złączono z puszczą w lustracji królewszczyzn w roku 1566: ... „jest tam w ziemi sochaczewskiei u Kapinossa puscza wielka”, sto lat później podobna lustracja z roku 1661, podała już pełne brzmienie nazwy: ... „Puszcza Kapinoska jest niemała”.

W roku 1712, w przywileju królewskim ,,na robienie Potaszów” udzielonym Podkanclerzemu Koronnemu Szembekowi po raz pierwszy użyto formy używanej obecnie, tj. „Puszcza Kampinoska”. Niewykluczone, iż pierwotna nazwa osady od której poszła nazwa puszczy, tj. Kapinos, wiązała się z sączącym się z kapiącym źródłem na krawędzi tarasu erozyjnego, przy którym postawiono dwór w osadzie. Do dzisiaj "kapinosem" lub "łzawnikiem" nazywany jest na wsi, także we wsi Kampinos i jej okolicach, rowek do skapywania wody w drewnianych budynkach bez rynien i termin ten wciąż odnotowują wszystkie współczesne słowniki języka polskiego.

Puszczę Kampinoską ominął przywilej bycia puszczą królewską, jak np. służące królewskim rozrywkom i utrzymaniu dworu Puszcza Białowieska lub Kozienicka i  Niepołomicka. Puszcza Kampinoska została królewszczyzną, a dochody z królewszczyzn przeznaczano na rzecz skarbu państwa. Że skarb ten wciąż potrzebował pieniędzy, królewszczyzny były najczęściej puszczane pod zastaw, w zamian za pożyczki. Jako zastawu  królewszczyzny kampinoskiej używano wielokrotnie. Posesorami kolejno byli: Katarzyna Jasieńska z synem Pawłem – wdowa po kasztelanie sandomierskim (1497), a po niej sam Paweł Jasieński, dworzanin Jana Olbrachta, później jeszcze wojewoda rawski Prandota z Tarczyna, kasztelan wiślicki i starosta sochaczewski Piotr Szafraniec z Pieskowej Skały, wojewoda płocki Ninogrzew z Kryska, kasztelan sochaczewski Andrzej z Radziejowic oraz Piotr, Bartłomiej, Paweł i Stanisław z Kryska (1511). W tym też roku po raz pierwszy miejscowość została określona jako główny ośrodek dóbr. Od 1512 roku przez dłuższy czas dobra pozostawały w rękach Radziejowskich. Cały ten kontredans królewskich wierzycieli poczynił wielkie szkody w drzewostanach i zwierzostanie puszczańskim, gdyż każdy z nich, co zrozumiałe, starał się wyciągnąć z posiadłości maksymalny zysk.

W wieku XVII posesorką dzierżawy kampinoskiej była m.in. królowa Maria Ludwika (1649). Dzięki lustracjom wiemy co takiego znajdowało się w Kampinosie. Na przykład z lustracji w roku 1661 roku dowiadujemy się, że był tu drewniany kościół, 18 dymów pańszczyźnianych, 1 dym wójtostwa, folwark, młyn i karczma. W 1765 roku wymieniano już dworek z gankiem, mający trzy ściany obmurowane do połowy, była karczma z izbą, komorą i stajnią oraz browar o dwóch izbach i gorzelnia. Czternastu gospodarzy w ramach pańszczyzny było zobowiązanych m.in. poprawiać drogi, groble i mosty oraz „lipy przy drogach sadzone publicznych poprawiać i zasadzać”. Prócz starej, wymagającej remontu karczmy była też wtedy austeria kilkupokojowa, w której podawano „tronki”.

W XVIII wieku dzierżawa kampinoska była w rękach ludzi wybitnych, m.in. późniejszego kanclerza wielkiego koronnego Jana Szembeka (1703), podkomorzego Wielkiego Księstwa Litewskiego Jerzego Mniszcha z małżonką Bithildą z Szembeków (1735), generała artylerii i pierwszego ministra króla Augusta III Henryka hr. Brühla (1764), hetmana wielkiego koronnego Franciszka Ksawerego Branickiego (1766), który „wedle wiarygodnych podań” polował tu na niedźwiedzie.

Ostatnim dzierżawcą, aż do upadku Rzeczpospolitej w 1795 roku, był starosta czerwiński i szambelan królewski Ludwik Gutakowski. Wspominano go mile. Przy końcu XVIII w. jego kosztem, „ze znacznem dołożeniem się teraźniejszego Plebana X. Żegoskiego”, postawiono na miejscu starego i zrujnowanego nowy kościół i to ten kościół wciąż tutaj można oglądać. Później ekonomię Kampinos oddzielono od lasów, na których terenie w czasie krótko trwającego zaboru pruskiego utworzono Królewski Urząd Leśny, a w zaborze rosyjskim – Leśnictwo Koronne z siedzibą w Grabinie.
Kościół kampinoski, ilustracja z internetowego blogu miejscowej parafii
Drewniany kościół parafialny jest najważniejszym zabytkiem wioski Kampinos. Parafia kampinoska jest znacznie starsza od kościoła i istniała już wtedy, gdy Kampinos był jeszcze Białym Miastem. Charakterystyczne jest jednak, iż – jak to odkryła i opisała Maria Kann – parafia od początku zwana była „kapinoską”, a nie „białomiejską”. Podobnie starostwo niegrodowe w Białym Mieście zwano „kapinoskim”. Kościół, jaki oglądamy obecnie, zbudowano z sosen kampinoskich w latach 1773–82. Jego fasada jest  przykładem wpływu, jaki na budownictwo drewniane wywierała architektura murowana: powtarza formy barokowe i w pewnym stopniu klasycystyczne. Bryła kościoła oglądana z zewnątrz nie jest efektowna i tylko fasada nadaje jej rys indywidualny. Wnętrze jest skromne, a wrażenie czyni. Jest sympatyczne, jasne i rozświetlone. Rozdzielone jest kolumnami na trzy części, przedłużeniem nawy głównej jest prezbiterium, naw bocznych zakrystia po lewej i skarbczyk po prawej. Wyposażenie neobarokowe z lat 1866-69.
Ołtarz główny. Fot.Ula Kaczyńska

Interesująco zakomponowany jest ołtarz główny. To elegancki klasycyzm z małym ukłonem w stronę baroku. Jak i reszta wyposażenia kampinoskiej świątynki, powstał w wieku XIX.  W polu głównym ołtarza jest obraz Chrystusa na Krzyżu. Czytałem, że jego autorstwo jest przypisywane Franciszkowi Smuglewiczowi, wziętemu malarzowi dziewiętnastowiecznemu, specjalizującemu się w obrazach religijnych. Sporo ich po sobie zostawił w mazowieckich kościołach, nie tylko tam zresztą. Wokół kilka rzeźb.
W zwieńczeniu ołtarza Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny; pod takim wezwaniem jest kampinoska parafia.Po bokach rzeźby świętych Piotra i Pawła nad bramkami, wiodącymi do obejścia ołtarza. A do tego jeszcze rzeźby aniołów i pelikan nad tabernakulum.  Jak z wycieczką byłem w kościele ostatnim razem dopytywali się mnie wycieczkowicze dlaczego tutaj jest pelikan i to w tak ważnym miejscu na ołtarzu. Że symboliczne znaczenie pelikana na ogół jest nieznane, opowiedzmy sobie zatem o nim.

Pelikan był zawsze w ikonografii chrześcijańskiej symbolem miłosierdzia, >caritas<. Wedle legendy, znanej już z  II wieku, . pelikany wyróżniają się wielką miłością do swych piskląt. Gdy jednak młode dorastają i zdarzy się, iż uderzą skrzydłem rodziców, wtedy rodzice mogą uderzenie odwzajemnić, a przy tym uderzeniem swoich dużych skrzydeł zabić maleństwa. "Rodzice żałują tego, co uczynili, i na trzeci dzień matka (według innych przekazów - ojciec) otwiera swój bok, a krew spływa na martwe ich ciała i przywraca im życie. Podobnie Bóg odrzucił ludzi po ich upadku i wydał ich śmierci. Potem jednak ulitował się nad nimi jak matka, umarł za nich na krzyżu i swoją krwią obudził ich do życia wiecznego. (...) W średniowiecznych utworach poetyckich podaje się jeszcze inną wersję tej legendy. Nie mówi się już o śmierci młodych pelikanów, opowiada się natomiast, że stare pelikany tak długo karmią swe pisklęta własną krwią, aż wycieńczone same umierają - symbol Chrystusa, który ofiarował za nas swe życie" [Dorothea Forstner OSB: "Świat symboliki chrześcijańskiej". 1990].

Patronem kościoła jest św. Izydor Oracz. Przedstawiający go obraz znajduje się w prawym ołtarzu bocznym, malował go Rafał Hniedziewicz ok. roku 1867. Święty ten, pochodzący z Hiszpanii,prawie całe życie pracował jako robotnik rolny, w pracy miał wizje i mówiono, iż pomagali mu w niej aniołowie. Zastanawiające, że w miejscowości, której nazwa daje miano pobliskiej puszczy, patronem świątyni zostaje patron rolników. Jak widać w pojęciu naszych przodków, w każdym razie na pewno tych, którzy są z Kampinosem związani, nie puszcza była ważna, a uprawa roli. Co zrozumiałe, położone na Równinie Łowicko- Błońskiej gleby okolicy Kampinosu są jakby stworzone dla rolnictwa. Puszcza była skazana na wyrąbanie. Człowiek wdzierał się w głąb puszczy, osuszał bagna, zajmował wyniesienia pośród mokradeł, sadził na nich ziemniaki i owies, próbował gospodarować. Gdyby nie bezużyteczne dla rolników wydmy, w ogóle nie byłoby lasu w okolicy kampinoskiej.

W lewym ołtarzu jest pochodzący z 2 poł. XVIII wieku obraz Matki Boskiej, Pani i Królowej Ziemi Kampinoskiej. Jest miejscową relikwią. Parafianie są bardzo doń przywiązani. Jest im potrzebny. Zaświadczają o tym liczne wota, umieszczone poniżej. Jako zasłony używany jest obraz św.Zofii z jej trzema córkami: Wiarą, Nadzieją i Miłością. I o tej świętej jest legenda, bardzo piękna zresztą.

Na tyłach kościoła jest cmentarz, a na nim powstańcze mogiły z 1863 r. (w części południowo-wschodniej), groby żołnierzy polskich z 1939 r. (przy alei głównej) oraz 343 osób cywilnych poległych w czasie tych walk. Jest też grób inż. Stanisława Richtera (1891–1978), nadleśniczego kampinoskiego, zaangażowanego w ochronę przyrody leśnika, który pracę w Puszczy Kampinoskiej podjął w 1927 roku. We wrześniu 1939 roku, dzięki jego staraniom zebrano w jedno miejsce poległych w walkach pod Górkami i Demboskiem polskich żołnierzy i założono cmentarz wojenny w Granicy. Inż. Richter działał potem aktywnie w konspiracyjnej Armii Krajowej. Chociaż trudno w to uwierzyć,  właśnie jemu udało się w roku 1940 nakłonić władze hitlerowskie do ochrony wyjątkowo dorodnego drzewostanu. W ten sposób powstał rezerwat "Nart", ogromna dzisiaj przyrodnicza atrakcja Kampinoskiego Parku Narodowego! Naprzeciw kościoła, po drugiej stronie ulicy, rosną dwa zabytkowe dęby. Są pięknymi drzewami. Jeden nosi imię prymasa Wyszyńskiego, drugi kompozytora, który urodził się w pobliskiej Żelazowej Woli. Bezszypułkowy „Fryderyk” jest wyższy (28,5 m), za to szypułkowy „Stefan” tęższy, ma 475 cm obwodu w pierśnicy i szczególnie piękny pokrój korony. 
Turyści przed dębem "Stefan" w Kampinosie.

Zadbana jest wieś Kampinos Ledwo się wyjdzie z autobusu, już widać tablice informujące o znajdującym się w sąsiedztwie wsi Kampinoskim Parku Narodowym, o przyrodzie gminy kampinoskiej, wszystko bogato ilustrowane. Na tablicach informacyjnych obok kościoła  jest omówiona świątynia i wydarzenia historyczne z okolic wsi. Początek Kampinosu jako osady miał miejsce gdzieś około kościoła, może tam, gdzie wznosi się dzisiaj dwór, tam zapewne było źródło pitnej wody, zwane kapinosem, ono zapewne było powodem, dla którego koło niego postawiono budynki, które dały początek osadzie i jej nazwie, a potem i całej puszczy. Dzisiaj wznosi się tam dwór klasycystyczny, jak i pozostałości parku wokół niego, datowany jest na początek wieku XIX wieku
Kampinoski dwór. Oglądać go można tylko zza płotu.

W czasie powstania styczniowego 1863 roku mieściła się w dworze siedziba sztabu Zygmunta Padlewskiego i Mieczysława Romanowskiego, którzy przybyli z Warszawy, aby organizować powstańcze oddziały. Na ścianie jest tablica, wmurowana przez Oddział PTTK w Sochaczewie w 70. rocznicę powstania „pamięci tych, co w boju za Polskę ginęli, pamięci tych, co wśród cierpień i niedoli sztandarom wierni pozostali”. W czasie II wojny światowej w dworze działała placówka graniczna żandarmerii hitlerowskiej; wzdłuż kanału Łasica przebiegała wówczas granica pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem, a terenami włączonymi do Rzeszy Niemieckiej. Mieszkańcy wsi musieli nosić specjalne opaski. W parku dworskim rozstrzelano wielu Polaków.

Od lat pięćdziesiątych XX w. wieś była ważnym ośrodkiem turystycznym: w dworze istniało schronisko PTTK, organizowano kuligi i jazdy konne, później można było zanocować również w hoteliku i sezonowym schronisku szkolnym. W III Rzeczpospolitej PTTK pozbyło się swego obiektu, gmina sprzedała dwór w prywatne ręce, a obecny właściciel nie jest chętny turystom.

W roku chyba 1961 po raz pierwszy wędrowałem obok długą trasą z Czerwińska (z przeprawą przez Wisłę łodzią, był wtedy przewoźnik w Czerwińsku, takie to czasy były) do Kampinosu. Z całej trasy pamiętam tylko mgłę wieczorną, a to była jesień i mgła była taka październikowa. Pierwszy raz miałem kontakt z taką mgłą na nizinach. Przez te mgłę zobaczyłem posuwające się do przodu końskie uszy i za tymi uszami jechał na mgle tułów faceta bez nóg, z batem w ręku. To, co poniżej, tonęło w mgle. Do Kampinosu doszedłem późno, trzeba było zanocować w schronisku, autobusu już nie było. Wtedy nie było szosy do Leszna i do Żelazowej Woli, autobusy jeździły kocimi łbami do Szymanowa, tam się trzeba było przesiadać na pociąg do Warszawy. Dla jej mieszkańców wyjazd do Kampinosu był w tamtych czasach ogromną wyprawą. Potem wiele razy odwiedzałem gospodarujących tam państwa Pudłowskich. Ją nazywało się „mamą”. Lubiła to. 

Okolice Kampinosu 

W okolicach wsi Kampinos jest wiele miejsc, przyciągających uwagę turystów. W jednej wycieczce nie da się tego wszystkiego obejrzeć. Ale chociaż schroniska już nie ma w dworze, na szczęście są pośrodku wioski wygodne kwatery agroturystyczne. Miejskim autobusem z centrum Warszawy też dojechać można, ale z dwoma przesiadkami, a więc jedzie się długo, coś około dwóch godzin, prawie tyle co pendolinem do Krakowa. Wieś Kampinos wciąż jest daleko, chociaż to tylko 40 km z centrum Stolicy, ale bez własnego samochodu wyprawa tutaj zdaje się być niemal egzotyczną.

Żyzne pola na skarpie i podmokle łąki w sąsiedztwie. Pejzaż listopadowy (0,5 km od Kampinosu). 
Malownicze torfianki koło pozostałości wsi Narty (3 km od Kampinosu).

Takie obejścia stały niegdyś w Kampinosie. To jest w skansenie koło Granicy (3,5 km od Kampinosu).
Pomost widokowy wśród bagien  na Olszowieckich Błotach (3,5 km od Kampinosu).
Dąb Powstańców 1863 r. pod Bielinami (10 km od wsi Kampinos).
Cmentarz wojenny z 1939 r. (4,5 km od Kampinosu).
Trzystuletnie graby w Nartach (6 km od Kampinosu).
Chata Kampinoska w Granicy, siedziba regionalnego towarzystwa z Kampinosu (4 km od wsi).