środa, 31 lipca 2019

Lipcowe lato
albo
moje krajobrazy podwarszawskie

 
Jak to na Mazowszu.

Czerwiec tegoroczny był piekielnie upalny. Lipiec okazał się być kapryśnym, wpierw rzucił w nas chłodem, potem dołożył upałami, burzowych nawałnic nie oszczędzając. Nad Starym Kontynentem szalało gorące powietrze znad Sahary. We Francji i Hiszpanii termometry wskazywały ponad 40 stopni Celsjusza w wielu miejscach. W Carpentras na południu (region Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże) termometry wskazały 44,3 st.. Zaledwie francuskie media poinformowały o rekordzie z Carpentras, a w niecałą godzinę później w Gallargues-le-Montueux na południu termometry wskazały 45,8 st. Celsjusza - bijąc kolejny rekord.  Nad Loarą z upałów zmarły trzy osoby. Jeden z etapów sławnego Tour de France został przerwany z powodu katastrofalnych opadów śniegu. 
    Nie wyjeżdżałem tegorocznym lipcem  z Warszawy, Mazowsza nie opuściłem, a narzekać nie mogę. Lipiec zaczął się dla mnie w ostatni weekend czerwcowy. Umówiłem się z przyjaciółmi na pieszą włóczęgę. Wstrzeliłem się w nadzwyczajne okno pogodowe; niebo było pogodne, nadal było więcej, niż ciepło, ale nie upalnie, jak dzień przedtem, jak dzień później. W pierwszej części dnia pogoda trwała  wręcz idealna, z lekkim powiewem wiatru w tle. Ale ziemia spalona słońcem. Jeszcze nie hiszpańska meseta, ale wszystko się może zdarzyć.  



Od miesiąca mazowiecka ziemia woła o deszcz.

     Ze stacji Modlin powędrowałem ku zachodowi u stóp twierdzy modlińskiej.   Jednym z miejsc, gdzie moje Mazowsze nabiera barw szczególniejszych, znajduje się właśnie w okolicach Modlina.  Niemal na wyciągnięcie ręki z dużego miasta, o kilka kroków od  międzynarodowego portu lotniczego, tuż obok bardzo ruchliwej trasy, znajduje się  tam jeden z najcenniejszych przyrodniczo terenów w okolicach Warszawy, położony wokół ujścia Narwi do Wisły. To, co znajduje się w tamtej okolicy nieźle jest chronione prawnie, a to Warszawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu, to  Rezerwatu Biosfery „Puszcza Kampinoska” oraz otuliny Kampinoskiego Parku Narodowego,  albo objęte jest granicami europejskich obszarów chronionych siedlisk i ochrony ptaków lub znajduje się na terenach wiślanych rezerwatów przyrody. 

Ujście Narwi do Wisły, a na horyzoncie Puszcza Kampinoska.


    Zdaniem naukowców cała ta okolica jest  ekosystemem, który można w Polsce porównać tylko z obiektami uznawanymi jako bezcenne w skali ogólnoeuropejskiej, z Puszczą Białowieską i Bagnami Biebrzańskimi.  W tych okolicach znajduje się węzeł korytarzy ekologicznych o znaczeniu paneuropejskim, skrzyżowaniem najważniejszych w skali całej Europy tras migracji wielu gatunków roślin i zwierząt. Tutaj jest ważnym węzłem komunikacyjnym: od prawieków szlaków zwierzęcych, od wieków europejskich szlaków handlowych, dawniej wodnych i nadrzecznych, teraz drogowych.  Tak się złożyło, że i dla naszego gatunku to ważny węzeł komunikacyjny.
     
Neorenesansowy spichlerz zbożowy w widłach Narwi i Wisły.

    U stóp modlińskiej twierdzy rzeka Narew wpada do Wisły. Nigdzie chyba nie łączą się z sobą dwie rzeki o tak zupełnie odmiennych dwóch barwach wody jak Wisła i Narew – pisał Zygmunt Gloger.  – Wobec białawej Wisły, Narew można nazwać z Klonowiczem „czarnymi wirami”. Właściwie nie ma w wodzie Narwi nic czarnego, a tylko największa przeźroczystość z lekkim odcieniem siności fal na dnie czarnym. Wisła zaś ma kolor białawy z tego powodu, że zarówno jak San, przy znacznie większej bystrości swoich nurtów, unosi cząstki miałkiej jasnej gliny, po której pokładach w wielu miejscach przepływa. Sienkiewicz powiada, że w Ameryce jest dużo rzek z taką barwą jak narwiana, które tam krajowcy czarnymi wodami nazywają. Woda wiślana jak to mleko, przez czas długi przy zetknięciu z narwianą, faluje w głębi oddzielnie, zanim wreszcie nie zmoże tej ostatniej w dalszym wspólnym z nią biegu.




    Widać to na tym zdjęciu, jakie zrobiłem  z modlińskiej Wieży Czerwonej.
Taras widokowy na jej szczycie wznosi się na wysokość 45 metrów nad poziom rzeki. Fotografia  przedstawia ujście Narwi do Wisły. Narew jest u dołu, poniżej widocznej na zdjęciu malej łódki wędkarskiej. Ma ciemną wodę. Jak w wierszu zapomnianego poety, Władysława Sebyły: „O czarne wody Narwi wiatr szerokim skrzydłem bije / I księżyc – siwy koń – na płytkim brzegu wodę pije”.
    Ba zachód od modlińskiej twierdzy znajduje się  wioska Utrata, tuż obok ruchliwego mostu ma krajowej siódemce. Wioska  powstała jako osada przy karczmie tej nazwy, usytuowanej obok przeprawy przez Wisłę. Całe wieki przez tę przeprawę wiódł szlak z Warszawy do Gdańska. Przeprawiano się łodziami, później promem, piesi, konni, czasem i wozy w konie zaprzężone. Zatrzymywano się w karczmie, pili w niej woźnice i jeźdźcy, tracili w Utracie zarobek flisacy i oryle. Przeprawa straciła znaczenie dopiero w roku 1877, gdy powstał kolejowo-drogowy na Narwi, którym ku północy Polski jeżdżono z Warszawy przez Jabłonnę. Po sąsiedzku powstał most na w roku. W roku 1990 oddano do użytku most drogowy obok Utraty, nazwano go mostem imienia Obrońców Modlina 1939 roku, tym mostem wiedzie najkrótsza przeprawa dla jadących z Warszawy na północ Polski.
     Obok domostw Utraty zaczyna się gruntowa droga, jedyna, którą można wkroczyć na ogromną Kępę Gałaską. Wkroczyłem tą drogą w krajobraz bajeczny. Nie zawsze daje się wejść na tę kępę suchą nogą, jak przy tegorocznej suszy. Kępa Gałaska jest jedną z wielu wiślanych kęp, znajdujących się w okolicach Warszawy. Na północ od Stolicy jest niewątpliwie najbardziej interesującą. Jest przede wszystkim ogromna. I znajduje się w granicach rezerwatu przyrody.
    Piaszczyste kępy na Wiśle są ozdobą krajobrazów podwarszawskich. Współcześni warszawiacy często zwą je piaszczystymi łachami, a to błąd, kępa jest po prostu ławicą z mułów, piasków i żwiru naniesionego przez wodę, natomiast łachą nazywano od bardzo dawna boczne koryto rzeki lub starorzecze, czyli jej dawne koryto, tworzące płytkie jezioro, ale i niekiedy będące już tylko mokradłem. Bywa, i to wcale często, że na ławicach pojawiają się trawy, wiklinowe krzewy, później także drzewa, głównie wierzby i topole, rodzi się wiślany łęg, okresowo zalewany wodą, o charakterze nadrzecznej dżungli, obraz  niezwykle podniecający miłośnika krajobrazu.
  

Wisła w rezerwacie 'Zakole Zakroczymskie
      Ławice zwyczajowo nazywa się na Wiśle - kępami. Niektóre są niemal przyrośnięte do brzegu, najczęściej oddzielone od niego wąskim korytem łachy z okresowo płynąca nimi wodą.  Taką kępą były niegdyś Saska Kępa i Kępa Potocka w Warszawie. Taka też ławicą jest Kępa Gałaska koło Zakroczymia, biorąca nazwę od sąsiadującej z miasteczkiem wsi Gałachy i będąca ozdobą wiślanego rezerwatu przyrody „Zakole Zakroczymskie”.  Ta kępa istnieje już od kilku co najmniej wieków, wspominał ją  Sebastian Fabian Klonowic w wydanym w roku 1595  poemacie „Flis, to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi”. Pisał tam, że obok tej kępy „bzdzielów ujzrzysz długą procesyją”. Bździelami zwano młyny łodne, stawiane na nurcie (bełchu) rzeki. W lustracji królewszczyzn z roku 1617 odnotowano przy Zakroczymiu dwanaście młynów łodnych, a każdy z nich miał młynarza dziedzicznego. 




     Jak wyglądały takie bździele,  można zobaczyć na namalowanym w 1770 r. obrazie Bernarda Bellotto, zwanego Canalettem. "Widok ogólny Warszawy od strony Pragi" (powyżej reprodukcja fragmentu z tymi młynami na łodziach)  znajduje się w galerii malarstwa polskiego warszawskiego Muzeum Narodowego.
     Skąd się wzięła nazwa "kępa"? Od osadników niemieckich się wzięła, oni właśnie albo zasiedlali takie wyspy, albo tylko je użytkowali, całkiem jeszcze niedawno na wiślanych wyspach istniały zagrody w okolicach podwarszawskich. Z czasem niemieckie Kampe zostało polską Kępą. Bo my tak w Polsce mamy, że co rusz to albo rusycyzm, albo germanizm. Acz w przypadku Wilanowa, Marymontu i Żoliborza, także francuskie tony dźwięczą w naszym słowiańskim nazewnictwie.
    Niezwykły jest pejzaż Kępy Gałaskiej. O bździelach dawno już Wisła zapomniała. Po osadnikach niemieckich z okolicy pozostały resztki sadów, pojedyncze, stare drzewa owocowe, najczęściej są to grusze. Byłem na tej kępie ostatniego dnia czerwcowego, od miesiąca Mazowsze nie zaznało łaski deszczu, dręczące Europę niespotykane upały nie ominęły i naszych okolic. Krajobraz Kępy Gałaskiej  zdawał się mi przypominać prerię lub sawannę. 


Krajobrazy Kępy Gałaskiej

    Od strony Zakroczymia na Kępie nad Łachą rośnie dżungla splątanej roślinności, topole czarne i białe, wiązy, jesiony, łozy, wiosną zewsząd słychać głosy godowe kumaków, żab i ropuch, w krzewach kląskają słowiki i jest tu krajobraz zupełnie nieznany mieszkańcom wielkiego miasta. Gdy w tych ostępach się zagłębić i błądzić pośród jej krajobrazu, można doznać uczucia oddalenia w czas tak daleki, że aż niewyobrażalny. O bździelach już dawno okolica zapomniała, nie płyną już Wisłą tratwy, komięgi i dubasy. Ale krajobraz, tak się w każdym razie  wydaje, jakby się nie zmienił od czasów pierwszych Piastów. Gdyby nie
startujące z modlińskiego lotniska samoloty, pojawiające się na niebie. .
     Kępa Gałaska usadowiła się jest u stóp Zakroczymia na wysokiej skarpie. Miasteczko jest niewielkie, w jednej ze swoich książek pisałem o nim - a teraz się przekonałem, że miałem rację - że miasteczko takie to ni to, ni sio, ni to dalekie, jakby zapomniane przez Warszawę jej przedmieście, ni to stolica regionu rolniczego, a ma on czym się pochwalić, bo ziemie wokół żyzne, zboża rosną na nich wysokie, zaś pola truskawkowe w okolicy takie, że aż hej.Wiele starych podań miasto rozciągało się kiedyś niżej, zapewne tuż nad wodą, być może na Kępie. Zwać się miało to miasto Kroczym i dopiero po zupełnym jego zniszczeniu mieszkańcy zaczęli się budować powyżej dawnego miasta i wtedy  powstała nowa osada Zakroczymem zwana.



Rezerwat 'Wyspy Świderskie'  na Wiśle.
     Kilka dni później zawędrowałem na południe od Warszawy, na Urzecze, aby obfotografować piaszczyste ławice w wiślanym rezerwacie niedaleko Konstancina na południe od Warszawy, na Urzeczu.  Powiadają niektórzy, że to jest miejsce, które bardziej przypomina karaibskie plaże niż wiślane widoki, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Fotografowałem te pejzaże jak najęty. Niby każde ujęcie jest prawie takie same, i na tym piasek, i na tamtym, na tym koryto rzeki, i na tamtym, ale przecież wystarczy dobrze spojrzeć, aby się przekonać, że jedno drugiemu niezupełnie podobne. To my zatraciliśmy umiejętność widzenia świata, który nas otacza. Fotografie zatrzymują go w kadrze, pomagają w odzyskaniu naszej uważności.
  Potem poszedłem w kierunku Obór i Konstancina. Ciemne chmury czaiły się na niebie, tylko czekać, jak powinno zacząć padać, ruszyłem w drogę przez taras zalewowy, pośród pól uprawnych (słoneczniki, cebula biała i czerwona, kapusta i koper koło Ciszycy, kukurydza pod Oborami). 





Słoneczniki, koper, kapusta, żyto. Krajobrazy urodzajnej doliny Wisły na Urzeczu



    Kilka dni później, dzień powszedni. Zaprzyjaźniony teatrolog zaproponował: ja wchodzę w to swoim samochodem, ty wymyślasz trasę. Gdzie jedziemy? Pojechaliśmy blisko. W Modlinie dopadł nas  deszcz, ale potem, gdy dojechaliśmy nad Wkrę, pogoda wypiękniała nadzwyczajnie. Akurat znalazłem się tam, gdzie chciałem, a przy tej cudnej pogodzie przeżyłem jedną z lepszych chwil w swoim krajoznawczym życiu. 
    Bardzo chciałem znaleźć się pośród mazowieckich pól w czasie, gdy w lipcu dojrzewają zboża, tuż przed żniwami. No i  to właśnie mi się przytrafiło. Przyjaciel chciał, abym go pilotował  możliwie bocznymi drogami, wyjechaliśmy na takie z Zakroczymia, w Goławicach przejechaliśmy wiszący most nad Wkrą, a potem było to, wokół polnej drogi, jak okiem sięgnąć, rozpościerało się złoto mazowieckich zbóż. 



Swego czasu, a dawno to było, Rzeczpospolita swoim zbożem karmiła połowę Europy...
    Teofila Lenartowicza nie darmo nazywano lirnikiem, dziś z lirenką by się do świata nie przebił, przez literackich krytyków mocno jest dzisiaj obśmiewany. A ja szedłem sobie wśród pól zbożem malowanych koło Goławic i tak sobie Lenartowiczem myślałem, że „…jak z ciepłą wiosną / Pszenice porosną, / A zboże kłosieje, / A wiater powieje, / To zda się w tym zbożu, Że płyniesz po morzu”. Po prostu, najzwyczajniej w świecie, proste to strofy, jak i ten okrzyk pana Teofila: „Mazowieckie zboże, Ach, Bożeż mój, Boże!” I jeszcze to: „A każdziuchne pole / Równe jak po stole”. Ot, niby nic, a poezja najczystsza.
    Zastanawia mnie: dlaczego takimi pejzażami zachwycać się umieli tylko poeci z drugiej, albo i trzeciej linii polskiego panteonu wielkich nazwisk naszej literatury. Tacy, jak Władysław Bełza: „Jakże się oko nasze zachwyca, / Jakże się pieści łanów obszarem! / Tu jęczmień, żyto, a tam pszenica, / Złociste kłosy gną pod ciężarem. / O! dobry Boże! dziękiż Ci, dzięki!”
    Może to i śmieszne, może rzeczywiście démodée, tak bardzo niedzisiejsze, ale ja rzeczywiście miałem ochotę klękać przed tym złocistym krajobrazem. Pytał Wiktor Zin: czy znacie dotyk dojrzałych kłosów zboża pęczniejącego chlebem?  Zanurzyć dłonie w zbożu, zapatrzeć się w łany złota, posłuchać świerszczy, poczuć muśnięcie …    Pogoda przytrafiła mi się teraz wyjątkowa. Ostrość powietrza nadzwyczajna, na niebieskim niebie swoją historię opowiadały chmury bardzo malownicze, były jak te ze słynnego obrazu Józefa Brandta z oraczem. "U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków! Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków! Bo każda chmura inna" - sławił słowiańskie, polskie niebo Tadeusz Soplica w arcypoemacie mistrza Adama. 

    Droga była piaszczysta, pośród dojrzałego zboża o barwie złota, zakręcała łagodnie ku niewielkim wzniesieniom na horyzoncie,  ustawiono na nich białe maszty wiatraków, Stanisław Lem przydał takim nazwę  wiatropędni. 


Zbożowe pola w okolicach Goławic koło Nasielska

    Trzaskałem zdjęcie za zdjęciem. Zdarzyła się rzecz prawie zupełnie niespotykana, tego dnia trafiłem we właściwe miejsce przy właściwej i wprost idealnej pogodzie. Zazwyczaj po powrocie do domu siadam przed komputerem, wprowadzam wykonane dopiero co zdjęcia do jego pamięci i zabieram  do obróbki fotografii. Teraz to wszystko okazało się być zbędnym.
    Sięgnąłem potem po jedną ze swoich książek ulubionych. Ze wszystkich tekstów, wierszy, opisów, najbardziej mi serce głaskały i duszę poruszały właśnie słowa tego znakomitego rysownika i gawędziarza. Książkę Wiktora Zina, zatytułowaną „Piękno nie dostrzegane”, wydały Arkady w roku 1970, zaraz potem ją nabyłem,  a ja dopiero co zaczynałem zaprzyjaźniać się z mazowiecką ziemią nizinną i coraz mocniej przemawiać poczęły do mnie detale otaczającego mnie krajobrazu, Zin w tej nauce bardzo mi dopomógł. Lata upłynęły od tamtego czasu, a ja co jakiś czas po tę książkę sięgam.   Są w niej takie oto zdania.   
    „Kiedyś, gdy będziecie pośród żniwnych łanów, zwróćcie, proszę, uwagę na koloryt pejzażu: gorący, płomienny i złoty. Zboże oczekujące żniwiarzy ma kolor trudny do określenia, można porównać je do starego złota, które błyśnie czasem w zakurzonym, starym ołtarzu, ujawniając czerwony podkład, na którym zostało położone. Ścierniska są też złote, ale już inaczej. Mienią się i wibrują błękitami nieuchwytnych cieni i refleksów nieba, które w czasie żniw jest rozgrzane, niekiedy herbaciane, jakby zestrojone z kolorytem ziemi.”
    Kilka dni później, w dzień świąteczny, wywiozłem rodzinę autem w plener, do Serocka. Na rynku parkować się nie dało, trwał jarmark, na auto znalazłem jakieś miejsce koło plaży, do wody blisko, a bardzo było tam przyjemnie, bo urządzone jest wszystko z pomysłem i starannie. Pobyliśmy tam trochę, ludzi oglądaliśmy na plaży, po wodzie pływały łódki przeróżne, statek z Warszawy dopłynął i pasażerowie wysypali się z niego i poszli w miasteczko.  Zadziwiające, chociaż to tylko podwarszawskie Mazowsze - człowiek czuje się jak na Mazurach, bo te żaglówki na wodzie, te pełne jachtów mariny i wiatr wiejący od wody, i jej zapach... 
Podwarszawskie jezioro

    Jezioro powstało w roku 1963, oficjalnie na 22 lipca, to było święto narodowe ludowej ojczyzny, z tej okazji zawsze coś powstawało, a to jakiś most, albo dworzec kolejowy w Stolicy, albo sztuczne jezioro.  Jak to w tamtych czasach peerelowskich bywało, spieszono się z terminem, uroczystość oficjalnego oddania inwestycji miała się odbyć 22 lipca. Pod wodą zostały resztki domów, płoty, kikuty drzew, po protu zalano łąki, ledwo co krowy z nich spędzono. Ludzie pomstowali, odwoływali się, ale prawo własności miano wtedy za nic. Warto o tym pamiętać nad tym naszym pięknym, podwarszawskim jeziorem.




 
Nad mazowieckim jeziorem obok miasteczku Serock

    Fotografowałem wodę i żaglówki, zdejmowałem przybrzeżną roślinność i kaczory  krzyżówek. Już pozbawione swoich piór godowych tylko nieco większym formatem odróżniały się od swoich samic. Pasażerowie z Warszawy wrócili na statek o nazwie Zefir, statek dał głos i ruszył w drogę powrotną. Poszedłem na obiadek w serockiej restauracji, rybę miała w nazwie, obiadek też rybny, jak to nad jeziorem być powinno.
    Kilka dni później notuję: wakacyjnie jest bardzo, ale gorąco nad normalną, letnią miarę, ale bardziej niż u nas, goręcej jest wciąż w zachodniej Europie. W Paryżu zanotowano 41 stopni, to rekord gorąca dla stolicy Francji,  w Rzymie tylko 38 stopni, bagatelka, u nas 26, powinno się dać żyć. Przyjaciel zaprosił mnie do swojego auta, pojechaliśmy do Puszczy Kampinoskiej, chciałem przejść się nad Wisłą koło Secymina, tam są moje ulubione nadwiślańskie dróżki, ale nie na tegoroczny lipiec one, obaj zresztą mieliśmy na wędrowanie na nogach wyjątkowy napad nieochoty. Ale na Wisłę napatrzeć się nie mogę. To i patrzę...


Wisła koło Secymina

    A Wisła jest piękna niewyobrażalnie. Taka właśnie, jaka jest, dzika, nieuregulowana. Walory przyrodnicze tej rzeki, to absolutny skarb.  Najpiękniejsza rzeka naszej ojczyzny, jej kręgosłup, rzeka o królewskiej urodzie. Była natchnieniem poetów epoki romantyzmu. „Nad twoim brzegiem marzę uczuć tysiącem i długim szeregiem dziwaczne myśli plączę” zwierzał się rzece poeta tamtej epoki, Seweryn Filleborn.  Od tysięcy lat trwa ten wiślany pejzaż przepełniony ciszą.   
       Jakże wspaniała jest ta rzeka ! Przed laty przyjeżdżaliśmy tam dość często z naszego leśnego domu, razem z naszymi siostrzeńcami, oni mieli po kilkanaście lat. Auto stawiało się pod dającą cień kępą topoli, D. siadała na foteliku i czytała sobie, a ja z dzieciakami wędrowałem po okolicy. Jednego lata woda była też tak niska, jak teraz. To było chyba w roku 1997. Na boso wędrowaliśmy piaszczyskami, jakie utworzyły się pośrodku koryta rzeki. Było wielką sztuką odnajdywanie podwodnych przykos, którymi dawało się przechodzić z wyspy na wyspę. Ależ to była przygoda ! Gdy ja byłem dzieckiem nie miałem takich przygód jak te dzieciaki w czasie pobytów u nas, pośród dzikiej puszczy, rosnącej nad fenomenalnej urody wielka rzeką, na dodatek królową rzek polskich. Chyba im zazdroszczę. Teraz całe to towarzystwo ma już swoje dzieci. Czy będą mogły brodzić w nurcie wielkiej, dzikiej rzeki europejskiej i czy w kominie ich domu będzie mieszkać puszczyk i czy tak, jak rodzice gdy byli mali, będą wyczekiwać tej godziny wieczornej, gdy wielka sowa wyrusza na nocne łowy?
    Polska Akademia Nauk w swoim oficjalnym stanowisku wskazuje człowieka jako główną przyczynę globalnego ocieplenia. Ostrzega też, że jeżeli nie uda się zahamować zmian klimatu, rozwój ludzkości zostanie zatrzymany. Lodowce w Alpach o Himalajach topnieją, okres wegetacji roślin wydłużył się w Polsce o ponad 25 dni, licząc od 1970 roku, w ślad za tym wydłużyło się także zagrożenie alergiami. W 2019 roku pylenie roślin dało o sobie znać już w styczniu. Wiem to, odczułem na sobie, bardzo mi moja astma alergiczna dała znać o sobie i nieźle mnie wymęczyła. Nauka dysponuje dzisiaj niezbitymi dowodami na szybki wzrost temperatury, który występuje na Ziemi (obecnie średnia temperatura jest o jeden stopień Celsjusza wyższa niż w czasach poprzedzających gwałtowny rozwój przemysłu) oraz fakt, że emisja gazów cieplarnianych powstałych w wyniku działalności człowieka jest głównym czynnikiem wywołującym zmiany klimatu. Zmiany te już dziś mają negatywny wpływ na społeczeństwo. Między innymi ciągną za sobą ogromne konsekwencje dla naszego zdrowia. Europa odnotowuje setki tysięcy zgonów przez zanieczyszczone powietrze. Skutkiem spalania paliw kopalnych jest nie tylko emisja gazów cieplarnianych, ale też zanieczyszczenie powietrza. W krajach Unii Europejskiej odpowiada ono za około 350 000 zgonów rocznie.
     Tegorocznym latem Wisła niesie bardzo mało wody, widać to gołym okiem w Warszawie. Ze swojego mieszkania na Żoliborzu mam do rzeki  tylko kilka kroków. Na tyłach Centrum Olimpijskiego przy Wisłostradzie królowa rzek polskich przybiera charakter przełomowy, tworzy niewielkie szypoty, głównie bliżej brzegu praskiego w jej korycie ścielą się liczne głazy narzutowe, miejscami tworząc niewielkie ławice. Poszedłem tam w tych dniach lipcowych, fotografowałem pejzaż niecodzienny. Taki widok bardzo jest  egzotyczny, rzeka jest pełna głazów i głazowisk, prezentuje urodę dunajcową raczej, nie wiślaną.  


 
Na żoliborskim brzegu Wisły.

   Nadzwyczajnie świetnym pomysłem była budowa przechadzkowych ścieżek, wiodących nadwiślańskimi łęgami w Warszawie. Jeden z najlepszych pomysłów stołecznego ratusza z czasów, gdy prezydentem miasta była pani Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej prezydenturze zawdzięczamy także eleganckie bulwary nad Wisła i przyłączenie kilku podwarszawskich miejscowości do strefy, objętej miejską, warszawską  komunikacją. Dzięki temu z warszawską kartą miejską można teraz dojeżdżać m.in. do Kampinoskiego Parku Narodowego. Ale, niestety, wszystko co dobre, przesłoniła afera reprywatyzacyjna. I z tym piętnem zostanie pani Hania zapamiętana. 

Mazowiecki Bug w Nadbużańskim Parku Krajobrazowym

         W ostatnią lipcową sobotę z gronem przyjaciół  byłem nad Bug około Kamieńczyka, w Nadbużańskim Parku Krajobrazowym. W trzystopniowej skali ocen ta moja wycieczka lipcowa niewątpliwie zasługiwała na piątkę. Okolica jest albowiem nadzwyczajna, a widoki są tam najbardziej naj, na polskim niżu się nie spotyka się podobnych zbyt często. Bugowi wody ubyło, wyłoniły się piaszczyska, nad którymi przeszłymi laty pływałem kajakiem, ale tak w ogóle rzeka nie wyglądała najgorzej. Przez pięć godzin wędrowałem jedną z najładniejszych tras, jakie zostały  mi dane na podwarszawskim Mazowszu. Z biegiem rzeki wędrowałem wolno od Szumina ku Kamieńczykowi, zatrzymując się co chwilę, fotografując. Nigdzie nie było mi spieszno, pogoda była w sam raz, letnia i lipcowa, białe obłoki płynęły po niebieskim niebie, zieleń była zielona, a Bug nieprawdopodobnie urodny. Takich widoków się nie zapomina, takie  panoramy zapisuje się głęboko w pamięci i jak już nie ma ich w naturze pod bokiem, zaczyna się marzyć, aby zobaczyć je raz jeszcze.


Bug w okolicach Szumina

        „O Bugu! O czysty wód świętych krysztale!”  zachwycał się rzeką  poeta polskiego baroku, Maciej Kazimierz Sarbiewski, najznakomitszy ze wszystkich poetów polskich, piszących po łacinie.  Zadziwiające, rzeka tak urodziwa, duża, a jakoś się uchowała przez literatami. Tak się bowiem złożyło, iż z trzech dużych rzek, płynących przez ziemię mazowiecką, wiele wierszy poświęcono Wiśle i niemało Narwi, a prawie nie ma poezji, poświęconych urodzie Bugu. Może dlatego, iż niewiele znaczących grodów pobudowano na niskich brzegach tej rzeki, że przez setki lat płynęła przez peryferie państwa polskiego, że nigdy nie należała do głównych jego arterii. W literaturze tak naprawdę pozostały tylko te strofy łaciną piszącego przed wiekami Sarbiewskiego. Zadziwiające, prawda? 
       Wróciłem na swój Żoliborz przed wieczorem. Dwie godziny później zaczęła się burza i to taka na 24 fajerki. Była gwałtowna, której towarzyszył jej porywisty wiatr. Najwięcej szkód burza wyrządziła na Bielanach i na Żoliborzu. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami.  Takie to lipcowe lato latoś mamy...

    

sobota, 22 czerwca 2019

Rósł sobie dąb w Natolinie

Dąb Mieszko w Natolinie przed pożarem.
Pośrodku upalnego lata, jakie spadło na Polskę tegorocznym czerwcem,  pod osłoną nocy z niedzieli na poniedziałek, 17 czerwca nieznany sprawca podpalił dąb Mieszko z ulicy Nowoursynowskiej na warszawskim Natolinie. Paliła się głównie martwa część dębu. Przez cztery godziny gasili ogień strażacy, zaczęli o 3 w nocy, skończyli o 7-ej rano.
    Przez wiele lat ten najstarszy mieszkaniec Warszawy nie był celem turystycznych wędrówek. A rósł przecież na szlaku o ogromnych walorach historycznych, wiodącym z  Warszawy na południe wzdłuż krawędzi doliny nadwiślańskiej. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich w tomie VI z roku 1885 o dębie nie wspominał, chociaż mówił o tym, że pałac w Natolinie jest celem wiosennych i letnich wycieczek z Warszawy. 
    Wydany w roku 1961 przewodnik "Województwo warszawskie" dla ludzi mojego pokolenia był niemal biblią krajoznawczo turystyczną, ale niewiele miał do powiedzenia o tym ogromnym drzewie. Za zabudowania wsi Wolica - napisali autorzy przewodnika - z prawej strony mijamy stary dąb, a po lewej  pomiędzy drzewami prześwituje biel natolińskiego pałacu. I dalej jest opis rezydencji, ale już ani słowa o zabytkowym parku, licznych tam zabytkowych drzewach, przyrodzie. Tylko ten "stary dąb". I to wszystko. Zaskakajująco mało...
     A przecież natoliński olbrzym to niewątpliwie najpotężniejsze drzewo w Warszawie, a na Mazowszu drugie co do wielkości po Upartym Mazurze spod Młocka (jest w tym blogu, warto zajrzeć do postu o nim). Gdy w latach 1972–1974 dąb w Natolinie przeszedł konserwację, umieszczono po niej tabliczkę informacyjną na drzewie: Dąb Mieszko I Ostaniec Puszczy Mazowieckiej wiek około 1000 lat.   Zapewne dlatego, że tak oceniano wiek drzewa, tak go nazwano. Być może wtedy, ale nie wiem jednak, kiedy i kto jako pierwszy nazwał ten szypułkowy dąb  imieniem pierwszego władcy Polski. Późniejsze badania wykazały, że drzewo jest młodsze. Ile ma lat naprawdę?
     Nigdy nie był drzewem bardzo wysokim. Cała jego energia poszła w szerokość. Wydaje się, że rósł wśród otwartego krajobrazu, a nie w lesie, że w swoich młodych latach nie musiał walczyć o światło z rówieśnikami.
Cezary Pacyniak (Najstarsze drzewa w Polsce. Przewodnik. Wydawnictwo PTTK Kraj, Warszawa 1992) podawał 836 cm dla obwodu pnia, wysokość 16 metrów, a wiek oceniał na 591 lat (co znaczy, że  w roku 2019 madrzewo lat 618).  W różnych źródłach podawano różny obwód jego pnia, na tablicy informacyjnej umieszczonej przy dębie przez Biuro Ochrony Środowiska Urzędu m.st. Warszawy widnieje informacja o obwodzie, wynoszącym 864 cm.  
    Stan zdrowia dębu od dawna we wszystkich źródłach określano jako fatalny, także w rejestrze polskich drzew pomnikowych.W pozbawionym niemalże kory pniu znajduje się ogromna betonowa plomba, a jedyny żywy konar trzyma się prawdopodobnie tylko dlatego, że jest podparty metalowym wspornikiem, zaś martwe konary spięto wieloma linami. Mimo wszystko jednak Mieszko nadal jakoś się trzymał. Co więcej, robi on ogromne wrażenie swoją monstrualną posturą z ogromnym pniem i potężnymi konarami. Nie ukrywajmy jednak, że nie jest to drzewo specjalnie urodne, jak np. sławny Bartek ze świętokrzyskiego Zagnańska.  Mieszko I ma skręcony w dolnej części pień, niską o nieregularnym układzie koronę o średnicy 12 m, którą w górnej części opinają stalowe linki.
        Jeszcze w roku 1994 dąb miał zieloną koronę. Trzy lata później już tylko jedna czwarta korony była ulistniona. W 2015 wykonano kolejną konserwację podczas której m.in. zbudowano całkowicie nowe podpory i założono pasy podtrzymujące koronę dębu. Przed pożarem zaledwie  jeden konar był  zdrowy, ten podtrzymywany przez stalowe podpory.
 
Zdjęcie wykonane przez Straż Pożarną w czasie akcji gaśniczej


     Przy końcu tegorocznego maj odwiedziłem Kadyny na   Wysoczyźnie Elbląskiej. Rośnie tam Dąb Bażyńskiego,  najtęższy dąb szypułkowy w Polsce. Jest siedemsetletnim olbrzymem o obwodzie 1003 cm. On też ma ogromną dziuplę, już przed stu latu była, nie jest zacementowana, robi wrażenie.Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich z 1884 roku tak go opisywał: “dąb, zapewne więcej niż 1000 lat liczący, w obwodzie ma stóp 80. Do spróchniałego wnętrza prowadzą drzwi pod kluczem, niby do pokoju oświetlonego. Stoi stół we wnętrzu i 4 osoby wygodnie mogą się zmieścić." Podobno miesciło się w dziupli 11 żołnierzy w pełnym umundurowaniu, z plecakami i bronią.  Korona drzewa, wciąż zdrowa, mnogie gałęzie i liście wydaje.”
       Dąb z Natolina, jak się zdaje,  nie ma swoich legend. Wydaje się, jakby zupełnie nie interesował znakomitych właścicieli i gości Natolina. Natomiast Kadyny zebrały sporo legend i opowieści, są rajem dla szperacza krajoznawcy.  Gdy właścicielem majątku w Kadynach był ostatni cesarz niemiecki Wilhelm II, w cieniu dębu przechadzali się wraz z cesarzową Augustą Wiktorią, a obok nich wnuk Ferdynand z księżniczką rosyjską Kirą i najznamienitsi goście z całej Europy. Na zlecenie cesarza wybudowano stróżówkę, w której umundurowany strażnik dbał o bezpieczeństwo drzewa. 
        Po drugiej wojnie światowej drzewo  dostało imię lokalnego bohatera narodowego Jana Bażyńskiego, dawnego właściciela Kadyn. Jan był rycerzem i politykiem, dzięki któremu znaczne obszary Prus przyłączone zostały za panowania Kazimierza Jagiellończyka do Korony. Dąb rośnie w bezpośrednim sąsiedztwie dość ruchliwej szosy. Dzisiaj nie czasy cesarskie, specjalny stróż drzewa nie chroni...

Dąb Bażyńskiego w Kadynach.


       A tak na marginesie pożaru Mieszka z Natolina. Takie widno czasy nastały. W blasku reflektorów, na oczach telewizyjnych kamer i tysięcy ludzi zabija się prezydentów miast, dźgane są nożami niewinne dziewczynki, podpala się bezbronne, stare dęby, a susza wielka i męczący upał dręczą naszą ziemię, takie to bowiem czasy nastały, coś się czai niechybnie w powietrzu... 

środa, 22 maja 2019

Muzeum Ziemi Sadowieńskiej

  Wybrałem się do Sadownego z gronem znajomych i przyjaciół z turystycznych szlaków. Za cel całodziennej wyprawy wybrałem muzeum ziemi sadowieńskiej. Z czego, jak z czego, ale z tego muzeum wieś może być dumna. Powstało dzięki zbierackiej pasji jednego człowieka, nauczyciela i długoletniego dyrektora miejscowej szkoły, Bogusława Kicia. 
Do Sadownego z Warszawy w dwie godziny można dojechać, autobus rusza z ulicy Wileńskiej, przystanek w Sadownem jest tuż obok zespołu szkolnego, na którego terenie znajduje się muzeum. Szybciej  niż autobusem, da się dojechać pociągiem  z dworca Wileńskiego, ale stacja kolejowa o nazwie Sadowne Węgrowskie oddalona jest o blisko 4 km od wsi,  wędrować trzeba per pedes, bo jakoś w gminie sadowieńskiej nie pomyślano o komunikacji między wsią, a stacją.  Za komuny, to panie dzieju, były pekaesy, ale tera to już nie - mówił mi napotkany tubylec. On jechał akurat rowerem, ja drałowałem pieszo. Można iść szosą, ja wybrałem wędrówkę  duktami pośród boru.  
Niemiłosiernie tną leśnicy bór koło Sadownego, zrębowiska są ogromne. Zapewne dlatego, że akurat wiek rębny weszły drzewostany sadzone w międzywojniu.  Ja wiem, rozumiem, tak ma być, leśnik jest od hodowli lasu, więc jak las jest w wieku rębnym, ciach go siekierą, tak ma być, rozumiem, ale nie mogę na to patrzeć obojętnie, za dużo tego, denerwująco za wiele. Tak, jak przed laty nie było praktycznie kleszczy, tak i drwali chyba jakby mniej pracowało, ja w każdym razie tego rąbania tak nie odczuwałem.

Nazwa wsi Sadowne pochodzi od „posadowienia”. Posadowiono ją bowiem "na surowym korzeniu", pośrodku przeznaczonej do karczunku puszczy. Założenie i urządzanie takiej wsi powierzano najbardziej doświadczonemu osadnikowi, który zostawał wójtem. Wójt zbierał kandydatów do osiedlenia się, którym następnie wyznaczał miejsca pod budynki oraz działy do karczowania. Sam otrzymywał dział największy. Nim osadnicy oczyścili pola i zagospodarowali się, korzystali z "woli" i byli zwolnieni od wszelkich danin. Po wygaśnięciu owej "woli" pełnili świadczenia na rzecz pana ziemi. Daniny płacono w zbożu, w zwierzętach lub drobiu. Dodatkowo należało płacić dziesięciny, czyli powinności na rzecz parafii. W Sadownem umowę zawarto z wójtem w roku 1514, a osadnicy otrzymali "wolę" na lat dwadzieścia.  Lasy były gęste, bardzo błotniste, trudne do wykarczowania, które trwało wiele lat.

Dzisiejsze Sadowne ma ponad tysiąc mieszkańców i jest siedzibą urzędu gminy. Składa się z dużego centrum, które ma charakter miasteczka oraz z kilku pomniejszych wsi: Drak, Gaj, Kuźnica i innych. Muzeum znajduje się na terenie zespołu szkół gminnych w południowej części wioski.



Opiekun sadowieńskich zbiorów, p.Juliusz Urbankowski
Muzeum nie jest profesjonalne, wszystkiego tam jakby za dużo, zbyt wiele, jeden przedmiot obok drugiego, drugi na trzecim, to po prostu zbiór rzeczy wszelakich. Większość zgromadzonych tam rzeczy została przyniesiona przez szkolne dzieci.  Sadowieńskie muzeum jest zaludnione wytworami kultury materialnej, używanymi przed laty przez mieszkańców okolicy. To jest największym jego walorem. Tłoczą się tam niemożebnie niezliczone przedmioty duże i małe, ważne bardzo i tylko tak sobie, wszystkie jednak kawał historii reprezentują. Jest tam wydziana przez ośmiuset laty barć i są ozdobne tyłki do metalowych łóżek, jest drewniana brona, są radło i socha, i nawet prymitywny telewizor, w jakim oglądało się kiedyś tylko czarno białe obrazy, i tysiące rzeczy innych. W tych przedmiotach kawał życia się kryje. 

Opiekun muzeum, pan Janusz, pokazuje jak się na ligawce grało. Fot.L.Herz
       Oto na powyższym zdjęciu jeden z cennych eksponatów tego muzeum - ligawka, instrument znany na ziemiach polskich od XI wieku i spotykany głównie na Mazowszu i Podlasiu, miewał ponad metr długości. Ligawka to już całkowicie zapomniany instrument, a zapewne – jak przypuszczał Zygmunt Gloger – „najstarsze to z narzędzi muzycznych” w Polsce. Przenikliwy głos ligawek dało się słyszeć na Mazowszu i Podlasiu dosyć często: nawoływano ligawkami bydło po polach i lasach, a przy domach grywano na nich codziennie przez cały okres adwentowy „dla przypomnienia sądu ostatecznego, do którego pobudkę zatrąbi światu archanioł”. Ligawka jest z pewnością  jednym z najstarszych instrumentów charakterystycznych dla Słowian. Arab Al-Behri, podróżujący po Polsce i terenach Słowian w wieku X-XI odnotowywał, że ludy zamieszkujące te tereny: „mają różne instrumenta ze strunami i dęte, mają instrument dęty, którego długość przechodzi 2 łokcie”. 
       Pisał Kolberg, że jest to trąba „z drzewa za pomocą toporka i cyganka wystrugana, zwykle z dwóch połówek dla łatwiejszego wewnątrz wyżłobienia złożona, na słoju pakiem zalana, chrapliwym głosem przeraźliwie razi uszy, z bliska; z odległości zaś dochodzące uszu naszych, ton jej jest, jak powiedziano, wieczorną modlitwą pasterzy, trwożącą drapieżnego zwierza, a polecającą Bogu straż i opiekę dobytku ubogiego wieśniaka”.  W późniejszym okresie wraz z wytępieniem wilka i postępującym zmniejszaniem się obszarów puszczańskich gra na ligawce stała się przede wszystkim jednym z najoryginalniejszych zwyczajów adwentowych, charakterystycznym dla całego Mazowsza i Podlasia i Litwy. Gra na ligawce miała być „symbolem trąby Archanioła, mającego zwiastować światu rychłe przyjście Zbawiciela.

Radło i socha z okolic Sadownego





Radło i sochę można też zobaczyć.  To były bardzo ważne sprzęty rolnicze. Zapomniano już o nich w Polsce. W Sadownem o nich się pamięta. Nie wiem, czy gdziekolwiek indziej na Mazowszu można te sprzęty zobaczyć. Radło to najstarsze narzędzie rolnicze, jakiego używał człowiek, jeszcze w epoce brązu, a było przecież w okolicy używane jeszcze lat temu kilkadziesiąt ! Do odwracania skib służyła socha.  Rozwinięciem radłla i sochy był pług. On jest wciąż używany, chociaż bardzo już rzadko orkę przy użyciu pługa prowadzi się z pomocą ciągnącego pług konia. 
   W wioskach sadowieńskiej okolicy orka jeszcze niedawno przeprowadzano przy pomocy sochy, a nie pługa.  Socha była  dla Polaków ważnym zabytkiem cywilizacyjnym. To dawne, drewniane narzędzie do orki jest młodsze od radła. O ile jednak radło rozpowszechnione było na ogromnym obszarze euroazjatyckim, włącznie z północna Afryką i wyspami wschodnioazjatyckimi, o tyle socha jest narzędziem wyłącznie słowiańskim i tutaj na północnej Słowiańszczyźnie się rozwinęła. Również nowocześniejszy od sochy pług przywędrował do nas.
    Wielowiekowe istnienie sochy najwymowniej przemawia za jej racjonalną budową i praktycznością. Michał Oczapowski w "Gospodarstwie wiejskim" z roku 1856, pisał o sosze: "Zastanawiając się, w rzeczy samej, nad jej składem, nie można nie przyznać jenjuszu dla jej pierwszego wynalazcy". Mieszkaniec wsi, chodzący po otaczającym go lesie, wybierał odpowiednio rozwidlone drzewo na swoją sochę, bo właśnie takie drzewo, na kształt wideł rosochate drzewo dało jej nazwę. "Ileż to narzędzi rolniczych już za naszych czasów zostało zrzuconych z powodu wadliwej budowy, lub udoskonaleń technicznych; tymczasem socha, przetrwawszy wieki, dziś jeszcze współzawodniczy o pierwszeństwo z pługiem przy uprawie gruntów kamienistych i nowin. I trzeba przyznać, że w tych razach okazuje się lepszą od pługa i w zupełności go zwycięża" - czytamy w "Encyklopedii Staropolskiej" u Zygmunta Glogera.
    "Choć na wierzchu piasek, w środku mokro. Na taką ziemię nie ma jak socha. Lżej się orze, prosto trzymasz pan bruzdę, jeden koń pociągnie. Spróbuj pan pługiem... Wyrzuci w bruzdy, a jak ziemia zaparzona, to nic, koń się nie zmęczy, szybciej idzie" - zanotował Przemysław Burchard w swojej wspaniałej książce "Za ostatnim przystankiem",wydanej w roku  1985]. Pisał, że sochy w wielu gospodarstwach można było wtedy obejrzeć, że starczy poprosić, a mieszkańcy pokażą, gdyż są ze swoich soch dumni. 

   Nazwa sochy pochodzi od tego, że w przeciwieństwie do pojedyńczego radła, najdawniejszego słowiańskiego narzędzia rolniczego, które wykonywano z drewna, socha była rosochata, miała dwa ostrza. Pierwsze sochy były zresztą też drewniane. Później dodawano do nich żelazne ostrze. Sochy pojawiły się na przełomie wieków, przed stu laty. Jeszcze po wojnie, po 1945 roku były wyrabiane we wsiach Grabiny, Prostyń, Sadowne, Morzyczyn, Wielgie-Topór. Najwięcej soch do niedawna jeszcze spotykano we wsi Grabiny.
   Żyjemy w czasach gwałtownych zmian cywilizacyjnych i tzw.nowoczesność bardzo szybko wkracza również w okolice Sadownego. Tak, jak zaledwie kilkudziesięcioletni był w gruncie rzeczy żywot zdobionych obfitą ornamentyką drewnianych chałup i kurpiowskich, również tutejsza socha stosunkowo krótko służyła nadbużańskim rolnikom. Socha pojawiła się po raz pierwszy w roku 1911 w Stoczku, a w Gwizdałach w roku 1917 i w okolicy Prostyni w 1926. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku oglądałem sochy w tej okolicy. Dziesięć lat później Piotr Antoniak z  Oficyny Wydawniczej „Rewasz” o sochę dopytywał bezskutecznie. 


Ozdobne tyłki do metalowych łóżek
Na tym zdjęciu, tuż za za trójkątem mierniczym, wspaniałym, prościutkim w pomyśle, nieskomplikowanym i bardzo kiedyś powszechnym urządzeniem, znajdują się w sadowieńskim muzeum dwa ozdobne tyłki do łóżek. Kiedyś metalowe łózka były w powszechnym używaniu. 
    Zapamiętałem je ze swoich lat szkolnych, gdy jeździłem na letnie kolonie, w izbach wiejskich szkół,  w których kolonistów kwaterowano, stały takie metalowe łóżka, na żelaznym stelażu kładziono włosiane materace, a niekiedy sienniki; na siennikach bowiem wcześniej się sypiało, nie na materacach, materace pojawiły się później. Sienniki były praktyczne i wcale wygodne, siano przyjemnie pachniało. A że czasem coś tam z nich wyłaziło i dziabało, cóż z tego, uważaliśmy to za rzecz normalną, że na wsi coś zawsze dziabać musi. Wiem, co piszę, przerabiałem to na swoich szkolnych koloniach.
   Raz jeden byłem na kolonii, na której wśród kolonistów znajdował się chłopak wyjątkowo mało sympatyczny, ale niesympatyczny był tylko w dzień, w nocy spał jak kamień. I zrobili mu koledzy kawał nielichy. Wynieśli go w nocy z całym łóżkiem na zewnątrz,  do pobliskiego, płytkiego wiejskiego potoku i w tym potoku pozostawili, Potem sami poszli spać do swoich łóżek, zupełnie ich nie ciekawiło, jaką on będzie mieć minę, gdy się obudzi. 
    Żelazne łóżka wciąż są używane, najczęściej można je spotkać  w co uboższych szpitalach. Te łóżka też mają tyłki, zwane chętniej pleckami, wyższe po stronie głowy, niższe u nóg, tam wiesza się historię choroby i pielęgniarki zapisują nw niej temperaturę pacjenta. Plecki z Sadownego są ozdobne, na blasze są malowidła, wszystko wskazuje, że zdobiły łóżko w dostatnim domu, u godnego gospodarza, może nawet u wójta.
    Metalowe łóżka wcale nie są archaizmem, wciąż można je kupić, m.in. w Ikei 9 nie tylko, a ich ceny kształtują się od 400 do 2000. złotych. Kupić je można przy pomocy internetu.  Niektóre mają ozdobnie powyginane plecki, w przeróżne esy floresy. Na siatkach wszystkich można kłaść najlepsze, jakie są, materace. Też za grube pieniądze kupione. Ale żadne z tych łóżek nie ma tak ozdobnych tyłków, jak te, które można obejrzeć w Sadownem.Żaden kraj europejski nie dorównał w hodowli pszczół okolicom nadwiślańskim.
                                         

Zabytkowa barć z okolic Sadownego

Nadzwyczajną pamiątką dawnych czasów z okolic Sadownego jest osiemsetletnia barć z jednej z okolicznych wiosek. Można przypuszczać, że zanim ten fragment sosny z otworem barci zaczął służyć jako ustawiony w sadzie ul, był częścią wysokiej sosny. Nie byle jaka była to sosna, tęga jak nie wiadomo co. Dziś takich sosen na Mazowszu już się niemal nie uświadczy. Piszę "niemal" bo jednak są, choć nieliczne,  w kilku rezerwatach, pozostałościach dawnej Puszczy Kurpiowskiej koło Myszyńca rosną jeszcze drzewa  dostojne, wiekowe, a wygląda na to, że wcale nie zdradzają ochoty do śmierci. Sosny bartne  można  wciąż oglądać w rezerwacie „Czarnia”. Jest jednym z pięciu najważniejszych rezerwatów mazowieckich, należy do  najpiękniejszych  w całej nizinnej części Polski. Jedna z bartnych sosen rezerwatu jest wciąż jeszcze zdrowym drzewem w pełni sił, wyraźnie są widoczne otwory „wydzianych" barci, wciąż przez pszczoły używanych.
     W połowie XVI wieku w Puszczy Kamienieckiej nad Bugiem znajdowało się ponad tysiąc barci! Nie do wiary, jakie musiały rosnąć w niej bory! Jakież sosny w nich żyły! Zachowała się po nich tylko ta jedna barć, fragment jednej sosny z tej puszczy. Chuchać i dmuchać trzeba na tak drogocenną pamiątkę. W przeszłości hodowla pszczół na ziemiach polskich stanowiła rozwiniętą gałąź gospodarki.  „Od czasu jak okolice Polski piśmiennym narodom znane się stały, pszczoły tej krainy w pismach na wzmiankę szczególną zasługiwały”  - pisał Joachim Lelewel w swej pracy „Pszczoły i bartnictwo w Polszcze.”
        Pierwsze wzmianki historyczne o bartnictwie w Polsce sięgają wieku XII. Barcie objęte były >prawem królewskim<, a w XIII wieku powstało >prawo bartne<, biorące pod opiekę bartników. W wieku XVI powołano sądy bartne, rozstrzygające spory związane z zakładaniem i użytkowaniem barci. W starej Polsce miód i wosk były produktami niezwykle cenionymi. Mało kto dzisiaj wie o tym, że używano miodu jako jedynego środka słodzącego. Sławnym polskim napojem alkoholowym był miód pitny. O ile piwem raczono się na co dzień, o tyle miód pijano w niedziele i od święta.
        W złotym okresie Rzeczpospolitej Jagiellonów eksport miodu i wosku miał duże znaczenie, jednak już w 2 poł. XVI wieku ilość bartników poczęła się zmniejszać. Pozbawieni barci bartnicy zmieniali się w pańszczyźnianych chłopów. Na Kurpiowszczyźnie przetrwało do początków wieku XIX. Zostało zabronione administracyjnie. Wtedy też rozpoczęła się kariera pszczelarstwa, a jeszcze przez wiele lat jako ogrodowych uli używano fragmentów ściętych sosen z "wydzianą" barcią.  Taką jak ta z Majdanu Kiełczewskiego w gminie Sadowne, znajdująca się w zborach sadowieńskiego, wiejskiego muzeum.  



 

To i owo z sadwieńskiego muzeum. Fot.Lechosław Herz
   O zbiorach sadowieńskich można nieskończenie, o Sadownem można niemal bez końca, ale przecież ten blog jest jednak tylko internetowym blogiem, a nie książką, więc na zakończenie opowieści, którą czas kończyć, tylko te kilka powyżej pomieszczonych fotografii. Ileż historii może opowiedzieć tych kilka zdjęć. 
    Proszę zwrócić uwagę na to rozpaczliwe pismo z pierwszego zdjęcia, pismo niewątpliwie sporządzone przez zawodowego pisarza podań, nora bene posiadającego wyjątkowo urodziwy charakter pisma. Uzdolniony literat na kanwie tego pisma mógłby niezłą stworzyć nowelkę.  Ogromnie wiele refleksji to pismo budzi, miejsce na nie  pozostawiam Czytelnikom tego blogu i mam nadzieję, że doczekam  komentarzy; bardzo na nie liczę.
     A ileż można opowiedzieć nam o swoich czasach ta żeliwna tablica, wystawiona carowi w hołdowniczym geście akurat w rok po stłumieniu przez niego postania styczniowego. Albo ta pikelhauba z austriackim orłem na czole, stosunkowo niedawno znaleziona w czasie prac archeologicznych przy budowie współczesnej szosy. Czy też te lampy naftowe, dobrodziejstwo dla  ludzkości, które jej ofiarował Ignacy Łukasiewcz spod Gorlic; w marcu 1853 pierwsza lampa naftowa zabłysła we Lwowie, a do powszechnego użytku tego rodzaju lampy weszły w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Piszący te słowa tego rodzaju lampami oświetlał sobie izbę, gdy z rodziną zatrzymywał się na letniej kwaterze w góralskiej chałupie w czasach swojego dzieciństwa, a w wieku już mocno dorosłym izbę chałupy w Czaplowiźnie koło Sadownego. 
     Sporo może nam opowiedzieć sadowieńskie muzeum. Czy przetrwa? Los jego jest zagrożony, całkiem poważnie rozważa się w gronie gminnych decydentów, że to muzeum tylko zajmuje lokal, który mógłby służyć innym, ważniejszym celom, można by na ten przykład zamiast muzeum, umieścić na jego miejscu przedszkole, wieś bardzo odczuwa brak stosownego lokalu. Zamiast muzuem? A dlaczegóż by nie? Dzieci są, jak wiadomo, przyszłością narodu, a w tym muzeum to tylko  jakieś starocie... 


wtorek, 7 maja 2019

Dąb Broniewskiego w Płocku



Odwiedziłem go niedawno. Pogodną wiosną ładnie wygląda w kwitnącym otoczeniu. Wciąż rośnie w Płocku ten potężny, kilkusetletni dąb, „co od wieków nic się nie zmienił i błogosławiąc wznosi ramiona”, a obok stoi dom, w którym urodził się Władysław Broniewski. Życie miał niełatwe, pokomplikowane, zakręcone. „Starzeję się, jak płocki dąb, silny podobnie, z czasem i z losem ząb za ząb” pisał. Jego biografia była pełna skomplikowanych zwrotów ideowych, opowiadał o tym swoimi wierszami, językiem prostym, czasem bez ogródek, jak się dało, a nie zawsze się dawało. Jego wiersze towarzyszyły młodości mojego pokolenia. Znało się je na pamięć. Na wyrywki.
W domu, obok którego dąb rośnie, ojciec poety, Antoni, obchodził swoje wesele po ślubie córką właściciela domu, młodziutką Zofią Lubowidzką. W tym domu mały Władysław uczył się patriotyzmu i poświęcenia dla ojczyzny. Niedaleko stamtąd wznosi się teraz współczesny pomnik poety, Jest za duży, zbyt wiele artysta chciał przez ten pomnik opowiedzieć o poecie, ale jest, wrósł w płocki krajobraz. W rocznicę urodzin i śmierci poety kładzie się bukiety kwiatów u stóp pomnika. Także na początku kwietnia, wtedy gdy 17-letni Władysław wraz z innymi młodymi płocczanami wyruszył ze swojego rodzinnego miasta w daleki świat, wpierw do Legionów Piłsudskiego, aby bić się z bolszewikami, on, przyszły sztandarowy poeta polskiego komunizmu, topiący w alkoholu swoje życiowe pomyłki.

                    Mnie ta ziemia od innych droższa,
ani chcę, ani umiem stąd odejść,
tutaj Wisłą, wiatrami Mazowsza
przeszumiało mi dzieciństwo i młodość.
W moim oknie pole i topole,
i ja wiem, że to właśnie – Polska.
 
Nie urodziłem się na Mazowszu, przyznaję się nieustannie do swojej Galicji. Małopolska jest moją ziemią rodzinną, tam się wychowałem. Dopiero po studiach przybyłem na Mazowsze. Okazuje się jednak, że ma w sobie ogromną się, że mnie wchłonęło. Że jestem już jego, całkiem i bez wyjęcia. Chociaż dopiero od sześćdziesięciu lat. Nie, nie uważam się za Mazowszanina. Ale - może to również dzięki Broniewskiemu - nie wyobrażam sobie piękniejszej rzeki, niż Wisła, ale koniecznie być to musi Wisła mazowiecka. Tutaj jest niewątpliwie najpiękniejsza.  





poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Wszystkie stworzenia duże i małe

Otrzymuję listy elektroniczne, w nich zdjęcia, a są to nie tylko krajobrazy, to również sfotografowane w mazowieckich plenerach zwierzęta duże i małe. Niektóre ze zdjęć są nadzwyczajne. Chciałbym się nimi podzielić, w miarę swoich możliwości uzupełniając każde z nich jakimś komentarzem. Oto kilka zdjęć tegorocznych.
 
 
       Ania z Sadyby w dniu 23 marca przewspaniale sfotografowała rudzika. Aż przykro pomyśleć, iż ten niewielki, a piękny ptaszek, był w przeszłości uważany za przysmak polskich stołów. W podręczniku kucharskim z XVIII wieku wspomniano, że „są to ptaki tłuste i delikatne; dają się pieczone". Ów, wcale liczny lokator mazowieckich lasów, należy do najwcześniej powracających z zimowej wyprawy na południe; jak angielscy arystokraci, od lat najchętniej spędza zimę na Riwierze i europejskich wybrzeżach Śródziemnomorza. Mimo że liczny, nieczęsto jest spotykany, jako ze zazwyczaj ukrywa się w ciemnych zaroślach. Szaro ubarwiony nie zwracałby w ogóle uwagi, gdyby nie i rdzawoczerwona plama pokrywająca przód ptaszka, od czoła przez podgardle aż po pierś. Śpiewa słodko i melodyjnie, najchętniej w porze zachodu słońca, wtedy gdy już umilkły inne ptaki. W takich chwilach śpiew jego rozbrzmiewa w ciszy leśnej szczególnie nastrojowo - twierdzą znawcy i niewątpliwie mają rację.
         Nazywa się u nas rudzikiem, niegdyś zwano go także raszką lub ludarką. Jest ptakiem bardzo przyjacielskim. W pięknym filmie Agnieszki Holland „Tajemniczy ogród”, zrealizowanym według popularnej powieści dla dzieci i młodzieży, rudzik gra rolę niepoślednią. Tyle, że autorzy polskiego tłumaczenia tekstu, nazwali rudzika – gilem. Zapewne przez podobieństwo barw na piersi, albo raczej dlatego, że o gilu przeciętny Polak czasem nawet i słyszał, zaś o rudziku prawie na pewno nie. W filmie rudzik pojawia się wśród krzewów, zasłaniających furtkę do tajemniczego ogrodu, na głucho zamkniętego po śmierci młodej żony wciąż rozpaczającego po jej stracie pana domu, a który to ogród był dla niej ulubionym zakątkiem I oto ptaszek pokazuje drogę do ogrodu malej dziewczynce i jest w tej drodze jej przewodnikiem. Nie bez powodu przed małą Mary pojawia się właśnie rudzik.
       Anglicy o rudziku wiedzą znacznie więcej, niż my. W języku oryginału rudzik nosi więc angielską nazwę, a nazwa ta to  — Robin. To także imię leśnego duszka, elfa, skrzata, zwanego tez Robinem Goodfellow lub Pukiem, tym samym Pukiem z szekspirowskiego "Snu nocy letniej" i z kiplingowskiej Pukowej Górki. Jest ten rudzik także owym chochlikiem leśnym, wyrosłym z tradycji angielskich legend i angielskiej literatury jest ptakiem, a przecież ptak od czasów najdawniejszych był uważany za upostaciowanie duszy ludzkiej. 
       „Dusza naszej babki może najwygodniej zamieszkać w ptaku”  powiadał szekspirowski bohater, Malvolio. Niewątpliwie jest więc ten rudzik także wcieloną doń duszą zmarłej właścicielki ogrodu i z jej to woli mała Mary przywraca mu piękno i radość życia mieszkańcom ponurego dotąd domostwa. Jest wreszcie ten rudzik-Robin mistrzem ceremonii, wprowadzającym dziecko w tajemnicę odradzającego się życia, w ręce dziewczynki, niby mitycznej Kory, składający dar czynienia dobra i obdarzania życiem tego, co dotąd było uśpione.





       Tego samego pogodnego, ciepłego dnia marcowego ulicą Szkolną w Hornówku wracałem z Lipkowa do Izabelina w towarzystwie kilku sympatycznych niewątpliwie osób. Po drodze spotkaliśmy ropuchę szarą.  Ula ze Słodowca miała ze sobą aparat fotograficzny, więc wzięła się do pracy: czołgając się po asfalcie sfociła tę urodziwą, senną jeszcze po zimowym letargu i nie do końca rozbudzoną ropuchę. Zwierzątko zdawało się nie wiedzieć na jakim świecie się znalazło. 
       Słoneczko przygrzewało, asfalt był rozkosznie ciepły. A tu samochód jeden, drugi, kolejny, śmierć czyha co chwilę. Płazy należą do najbardziej narażonych na śmierć naszych małych braci i sióstr. One zresztą wcześniej od nas zagospodarowywały glob ziemski. Pobudowaliśmy swoje domy na ich terytoriach, zagrodziliśmy asfaltowymi szosami tysiącletnie szlaki ich wędrówek ku miejscom, w których odbywają miłosne gody.
      Gdzie się da, pomagamy im jednak, jakby chcąc im wynagrodzić swoją wobec nich agresywność. Tam, gdzie już od wczesnej wiosny przez ruchliwe szosy przechodzą setki płazów (m.in. grzebiuszki ziemne, rzekotki drzewne, kumaki nizinne, ropuchy szare), tam są specjalnie stawiane płotki, zapobiegające wejściu płazów na asfalt. Dzięki pomocy młodzieży szkolnej płazy są odławiane i przenoszone bezpiecznie na drugą stronę jezdni.          
       Jeszcze do niedawna uważano, że płazy są zwierzętami pospolitymi. Niestety, stają się coraz mniej liczne. Polskie płazy są objęte ochroną. Są zwierzętami bardzo pożytecznymi, ważnym elementem ekologicznego łańcucha natury. Szczególnie ropuchy, zjadające duże ilości owadów. Tak, tak, szanowni państwo, to nasi sprzymierzeńcy. 
      A my, w Hornówku, po sfotografowaniu tej ropuchy, zabraliśmy się do dyskretnego usunięcia stworzenia z asfaltu. Właściwością skóry ropuszej jest to, że parzy, nie należy więc jej dotykać goła ręką, aby przykrego sparzenia uniknąć. Ale, że nie miałem rękawiczek, wziąłem w ręce dwa kijki do trekkingu i lekko stworzenie popychając, namówiłem je do opuszczenia asfaltu. Kto jednak wie, co jej za moment strzeli do głowy? Może zechce na asfalt powrócić? Niełatwe jest życie bowiem życie ropuchy w Hornówku koło Izabelina na skraju Puszczy Kampinoskiej.



Przyroda podwarszawska potrafi robić miłe niespodzianki. W wielkanocnym czasie Ula z warszawskiego Słodowca wybrała się na ornitologiczną wycieczkę do Parku Potulickich pośrodku 55-tysięcznego Pruszkowa. Przez ten park przepływa rzeka Utrata, ta sama która wiele kilometrów później będzie przepływała przez park w Żelazowej Woli. Był dzień niedzielny, w parku sporo ludzi, chodzą sobie ścieżką wzdłuż rzeczki, a tam, jakieś 10 m od tej ścieżynki, coś kolorowego lata nad wodą. Zimorodki ! No i zostały sfotografowane.

Wcale niełatwo zobaczyć zimorodka. Najczęściej mają przyjemność spotkania z ptaszyną kajakarze na rzekach pomorskich i mazurskich. Na Mazowszu zimorodek jest ptakiem niezwykle rzadkim. Widywałem go nad Świdrem koło Mlądza, mad Rawką w Grabskich Budach, spotykałem go nad Pilicą, ale pośrodku miasta, jak dotąd, jeszcze nie.

Zimorodek jest niewątpliwie jednym z ładniej ubarwionych ptaków krajowych. Znakomity ornitolog, prof. Jan Sokołowski pisał o nim, że jego wierzch wraz ze skrzydłami i ogonem lśni w tonach niebieskich; gdy oglądamy ptaka pod światło - szafirowych, jeżeli patrzymy od strony światła - szmaragdowych. Jest ptakiem niewielkim, jego ciało ma kilkanaście centymetrów długości, skrzydła rozpinają się na dwadzieścia parę centymetrów.
Najczęściej można go ujrzeć, gdy szybko przelatuje nisko nad wodą. Wygląda wtedy „jakby przeleciała błękitna iskra". Żywi się rybkami i owadami. Niekiedy można go ujrzeć, gdy siedzi nieruchomo na gałęzi, wypatrując w wodzie zdobyczy. Pożywienie zdobywa z trudnością i to powoduje, że nawet w parze lęgowej silniejszy samiec przepędza samicę z zasobniejszych terenów łowieckich. Żywi się głównie rybami, a więc: słynąca dotąd z zanieczyszczonej wody rzeczka Utrata już odzyskała swoją naturalność i musi być rybna, skoro są nad nią zimorodki! Jak poinformowali mnie ptasiarze w internecie, zimorodki w Pruszkowie obserwowane są już od kilku lat. A więc: niech żyje ochrona przyrody!


       I jeszcze jedno spotkanie z mazowiecką fauną. Spotkanie z puszczykiem. Zdjęcie to przysłała mi Maria z Mrozów. W czasie  przechadzki rodzinnej po parku w warszawskich Łazienkach Królewskich była  świadkiem ptasiego dramatu. Wokół jednego z drzew uwijało się stado wrzeszczących wron. Obserwowało to dwoje ludzi - ornitologów z profesjonalnym sprzętem fotograficznym, którzy poinformowali moją znajomą, że wrony właśnie usiłują atakować pisklę puszczyka. Jak się domyślam w celu skonsumowania pisklęcia. Wiele pożytku mieć nie będą, puszczyk składa się głównie z piór, ciałka pod nimi bardzo, ale to bardzo niewiele.
      Właśnie pisklę opuściła jego matka, która przed chwilą siedziała na tym drzewie, zaś z sąsiedniego drzewa obserwowało to zdarzenie drugie przerażone pisklę - o ile w ogóle mogło coś widzieć w oślepiającym słońcu. Państwo owi martwili się, że nie było nigdzie widać samca puszczyka, mimo że stali tam już od dwóch godzin. W końcu wrony odleciały i maluchy na razie były bezpieczne. 
    Moja znajoma zastanawiała się, dlaczego matka nie broniła swoich piskląt, ale - pomyślała -  gdyby sowa rzuciła się na którąś z wron, na pewno wszystkie (a były ich ponad 20) rozszarpałyby i ją i oba maluchy, a tak, jakimś cudem agresja wron opadła. Może to nauka dla nas, ludzi? Chociaż trudno było patrzeć spokojnie na ten atak. 
      I pomyśleć, jeszcze całkiem niedawno wrony do miast prawie  nie zaglądały. Były ptakami pól, wiosek i lasów. W miastach królowały gawrony, krewniacy wron, jak i one z rodziny krukowatych. Ba, nawet poeci się mylili. Niejeden z nich, i to o sławnym nazwisku, czarne gawrony poetycko zmieniał we wrony, bo tak mu się wydawało, a gawronia czerń piór, z fioletowym na dodatek połyskiem,  bardziej romantycznie złowieszczą pojawiała się w wierszach. Gawron jest ptakiem użytecznym, ze zwierząt poluje na myszy, ale przede wszystkim niszczy ogromne ilości różnych niekoniecznie pożytecznych pędraków. Wrona jest drapieżcą, pisklęta innych ptaków są dla niej przysmakiem, uwielbia dobierać się do ptasich jaj w  gniazdach. 






     Kilka lat temu, w połowie listopada, zaprzyjaźnione małżeństwo było na przechadzce w podwarszawskich lasach Kampinoskiego Parku Narodowego. W uroczysku Opaleń spotkali się wtedy oko w oko z potężnym łosiem o ogromnych łopatach poroża. Stał o kilka metrów od nich i zupełnie się nimi nie przejmował. Został obficie  obfotografowany. Zdjęć jednak nie ma. Łoś poszedł w swoją stronę, oni w swoją. Przy szlaku była ławeczka, usiedli na niej, aby odpocząć i uspokoić się po tym nadzwyczajnym spotkaniu z królem podwarszawskiej puszczy. A potem wstali z ławeczki i poszli dalej. 
      Dopiero po kilku minutach dotarło do nich, że na tej ławeczce zostawili swój aparat fotograficzny ze zdjęciami tego łosia. Powrócili na to miejsce, ławeczka stała, aparatu nie było. Zostawili go przy bardzo  uczęszczanym szlaku. Telefonowali do leśniczego, mieszka niemal tuż obok ławeczki. Uczciwy znalazca się nie znalazł, niestety. A oni, po tej smętnej przygodzie ze zgubionym fotoaparatem w Opaleniu, mieli przykrą przygodę kolejną: włamano się do ich mieszkania w Warszawie i to w środku dnia. Nie było ich przez  trzy godziny południowe,  dzień był powszedni. Zastali w domu straszny kipisz, zginęło kilka rzeczy, m.in. laptop. Z nadzwyczajną pogodą ducha opowiadali mi o tym wszystkim, co ich spotkało.
      Łoś z tego zdjęcia został złapany  przez przyjaciela w obiektyw innego, następnego aparatu. Przy końcu zimy kilka lat później, tego łosia spotkał Grzegorz i to mniej więcej w tym samym rejonie, co tamtego, w bliskim sąsiedztwie szlaku turystycznego. 


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Białobrzegi z nad Jeziora Zegrzyńskiego


Białobrzegi nad Jeziorem Zegrzyńskim

Wciąż tam powracam. Teraz znów tam zawędrowałem na początku kwietnia, jeszcze przed sezonem. Pusto tam jeszcze, ale to się skończy, latem będzie tu tłok niemożebny.  Chociaż to tylko podwarszawskie Mazowsze - człowiek czuje się tam jak na Mazurach, bo te żaglówki na wodzie, te pełne jachtów mariny i wiatr wiejący od wody...
    Na wschodnim, niższym brzegu jeziora pośród lasów znajdują się Białobrzegi. W wydanym w roku 1880 pierwszym tomie Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich o miejscowości jest krótka tylko wzmianka o znajdującym się tutaj folwarku na piaszczystej i mokrej nizinie na lewym brzegu Narwi na krawędzi puszczy nieporęckiej na prawo od drogi bitej z Jabłonny do Serocka. 
    Osada powstała na kilkunastometrowej wysokości krawędzi doliny Narwi. Tam, gdzie w Białobrzegach dzisiejsza ulica Kąpielowa dochodzi do brzegu Jeziora Zegrzyńskiego, po wschodniej stronie tej ulicy, znajdował się białobrzeski folwark. Widok stąd na jezioro jest teraz pyszny, ale zanim ono w roku 1963 powstało, wtedy widok od folwarku też był ładny, a kto wie czy nie bardziej. O kilkanaście metrów niżej rozpościerały się ogromne łąki, aż ku korytu rzeki, płynącej u stóp Zegrza na jej drugim, wysokim brzegu, o półtora kilometra stąd. Wtedy to musiał być rzeczywiście "biały brzeg", piaszczysty, widoczny z daleka, od Zegrza, tam mieszkał dziedzic i stamtąd dobrze ten biały brzeg musiał widzieć, i swój folwark na nim, słusznie osadę obok niego Białobrzegami nazwano. Poniżej skarpy widniało starorzecze o kształcie trójzęba. O przedwiośniu odległa stąd rzeka występowała często z koryta, w maju łąki zamieniały się w dywan kwietny, w czas sianokosów sianem e pachniało. Zapewne bardzo sielsko tu było i ludzi niewielu, jeno wiejskie konie i krowy, i ptactwo dzikie.     



        Mogło tak być tutaj? Przedtem, zanim powstało jezioro?

     Nazwę Jezioro Zegrzyńskie wprowadzono urzędowo w roku 1963, potem jeszcze w roku 2007 potwierdzona została przez Komisję Nazw Miejscowości i Obiektów Fizjograficznych. Jednakże bywa  często używana również inna nazwa - Zalew Zegrzyński. Gmina Nieporęt złożyła nawet wniosek o zmianę oficjalnej nazwy, zalew im bardziej od jeziora pasował, ale został odrzucony.  Starsze pokolenie mieszkańców tej okolicy - pisał w "dziejach Nieporętu" Włodzimierz Bławdziewicz - krytycznie opowiada o krzywdzie, jaka ich spotkała przy okazji budowy tego zalewu.     Jak to w tamtych czasach peerelowskich bywało, spieszono się z terminem, uroczystość oficjalnego oddania inwestycji miała się odbyć 22 lipca. Pod wodą zostały resztki domów, płoty, kikuty drzew, po protu zalano łąki, ledwo co krowy z nich spędzono. 
    Ludzie pomstowali, odwoływali się, ale prawo własności miano wtedy za nic. Jeden z rolników z Nieporętu położył się pod spychacz, na kilka dni zabrała go ludowa milicja. Ci ludzie żyli z tych łąk nadnarwiańskich, one nie potrzebowały nawozów, rzeka je niemal co wiosnę użyźniała, tu natura pomagała człowiekowi, a człowiek natury nie musiał gwałcić i do swojego przymuszać, aby na jego wyszło. Nakaz przyszedł w czasie sianokosów, ludzie w polu, a tu woda bije. Po tygodniu całkiem naszła. Przyjechali urzędnicy, to chłopi ich chwycili i chcieli potopić. Opowiadała pani Smoczyńska z Nieporętu, że dali po 25 groszy za metr - na sznurek, żeby się powiesić. Mieszkańców z zalanych terenów przenieśli pod "dachówkę". Nie przewidziano, że dno zacznie kiedyś gnić, a to się stało i ostatnimi laty na powierzchnię zaczęły wypływać nie tylko glony, również i ślimaki, w niektórych latach tysiące, co kilka godzin jak liście zgrabiano je z plaż i nim zdążono uprzątnąć stare, pojawiały się nowe.    
    Dzisiaj Białobrzegi oficjalnie są wsią, sołectwem gminy Nieporęt, lecz już od dawna wsi nie przypominają. Mają około siedmiuset mieszkańców, to w większości nietutejsi, rodziny wojskowe, bo przez wiele dekad obiekty militarne były tu najważniejsze. Jeszcze od carskich czasów.     Dzisiaj tu i tam można jeszcze napotkać po lasach ślady cywilizacji wojskowej, bo nim pojawili się letnicy, wczasowicze i turyści, wpierw w tej okolicy byli wojskowi.
   

    Pośrodku Białobrzegów jest pomnik, w roku 1931 wzniesiony "niezłomnym żołnierzom Józefa Piłsudskiego, więzionym w Beniaminowie w roku 1917". Byli to oficerowie Legionów internowani przez Niemców, bo odmówili złożenia przysięgi na wierność i braterstwo broni wojskom Niemiec i Austro – Węgier oraz państw z nimi sprzymierzonych. Wśród internowanych był późniejszy generał Stefan Grot-Rowecki. Na szczycie cokołu z głazów polski orzeł zrywa kajdany niewoli. Wzniesiono ten pomnik z inicjatywy pułku radiotelegraficznego w roku 1931. W czasie okupacji hitlerowskiej orzeł i brązowa tablica z inskrypcją zniknęły. Po zakończonej wojnie, w czasach Polski Ludowej, cokół rozebrano. Pomnik powrócił w roku 2004.
     Wojskowa kariera Białobrzegów zaczęła się w roku 1907, kiedy to Rosjanie zaczęli budować tutaj koszary. To w tych koszarach Niemcy internowali polskich legionistów w latach 1917-1918. W jedenastu budynkach przebywali oficerowie, cztery zajęli szeregowcy. We wszystkich niemal źródłach pisanych, taka jest też treść tablicy na pomniku, znajduje się informacja, iż Polacy byli internowani w Beniaminowie, a to dlatego, że w tamtych czasach tam znajdowało się dowództwo garnizonu, a koszary w Białobrzegach Rosjanie zbudowali  dla oddziałów pułku piechoty fortecznej, mającej bronić fortu Beniaminów.
    Fort ten znajduje się w odległości około trzech kilometrów z Białobrzegów. Wygodna, przyzwoicie utrzymana asfaltowa szosa wybiega w stronę Radzymina, pośród  sosnowych borów wiedzie ku wschodowi, dwoma ostrymi zakrętami pośród lasu opuszcza taras wydmowy i sprowadza ku terenom niżej położonym. Przejeżdżający te zakręty na ogół nie wiedzą, że tam właśnie mijają jeden z bardziej interesujących zabytków militarnych całej, rozległej okolicy nad Jeziorem Zegrzyńskim. Fort wzniesiono w wybornym miejscu, świetnie panował nad otwartą niziną z uprawnymi polami i łąkami. Dzisiaj przesłonięty lasem jest z szosy niewidoczny. To, co z fortu zostało nie jest zabytkiem znaczącej klasy, acz obiekt znajduje się pod opieką konserwatora zabytków. 


    Beniaminowski fort jest przede wszystkim zabytkiem historii. Miał być fragmentem linii fortów mających osłaniać od wschodu twierdze w Warszawie,  Modlinie, Zegrzu. Rozkaz wykupu gruntów pod budowy fortu podpisał car Mikołaj II w roku 1903, sześć lat potem budowę przerwano, nigdy jej nie ukończono, zmieniał się sposób wojowania, fortyfikacje traciły na znaczeniu, więc dziesięć lat po carskiej decyzji fort został rozbrojony, a przed opuszczeniem go Rosjanie wszystkie istotne elementy wysadzili. Dokończyli dzieła powróciwszy w te strony w roku 1944, ale to nie była już armia carska, lecz sowiecka Armia Czerwona. 
    W roku 1915 zajęli fort Niemcy i włączyli w skład linii Brukenkopf Warschau (Przedpole Warszawy). Polscy oficerowie, internowani w koszarach białobrzeskich  w roku 1917, trzy lata później bronili niepodległej Polski przed bolszewikami. Fort był wtedy obsadzony przez polskie wojska, a w okolicy trwały zacięte walki. Z rejonu tego fortu wyszło polskie natarcie w dniu 15 sierpnia 1920 roku, które doprowadziło do odzyskania Radzymina i dalszych zwycięstw polskiej ofensywy w dniu „Cudu nad Wisłą” .
  



    W czasie drugiej wojny światowej, w latach 1941 -1944 roku więziono w Białobrzegach ponad 30 tysięcy jeńców radzieckich, dziesięć tysięcy z nich pomordowano. Cmentarz urządzono tuż po wojnie w czasach Polski Ludowej, wtedy o cmentarz dbano, dzisiaj nie za bardzo, wysoka trawa rośnie na mogiłach z wymalowaną na  nich czerwoną, sowiecką gwiazdą.   Takich cmentarzy w Polsce się nie spotyka. Żadnych nazwisk. Żadnych krzyży. Tylko mogiły, mogiły, nic tylko mogiły. Nad nimi mazowieckie sosny. Prawie nikt nie odwiedza tych grobów. Rodziny pochowanych tu żołnierzy mieszkają daleko stąd na wschodzie, o setki i tysiące kilometrów i - jak wiadomo - najczęściej nadal ich życie nie jest łatwe.
    Zbudowany na planie pięcioboku ziemno-betonowy fort w Beniaminowie, chociaż bardzo zniszczony, wciąż robi wrażenie. Największą jego część zajmuje ruina koszar od strony zachodniej fortu, stamtąd najczęściej się tu dociera i ona jest pierwszym z czym w pozostałościach fortu przybysz się spotyka. Po wojnie teren przez jakiś czas zajmowało wojsko, w pomieszczeniach fortowych hodowano pieczarki, obecnie od zwiedzających znacznie częściej docierają tu szukając adrenaliny posiadacze samochodów terenowych, rozjeżdżających ziemne umocnienia fortowe, a taggerzy niestrudzenie pokrywają betonowe ściany niezliczoną ilością wypisanych sprayem słów, najczęściej pojawia się wśród nich nazwa pewnego wojskowego klubu z Warszawy, wojsko w tym forcie jest więc wciąż obecne, przynajmniej w taki sposób. 
    Powstanie jeziora całkowicie zmieniło życie tej okolicy. Zaledwie przy trzech uliczkach stoją domy rdzennych mieszkańców, którzy chyba już zapomnieli że nie tak dawno podstawowym źródłem utrzymania ich rodzin było rolnictwo. To już czas przeszły. Także i sąsiednia Rynia była wsią rolników. Dzisiaj we wsi dominują wille i domki letniskowe.  Nad wodą pobudowano ośrodki wypoczynkowe, latem plaże zapełniały się plażowiczami, żeglarze żeglowali żaglówkami po wodzie, bojerami po zimowym lodzie, pojawiły się działki letniskowe i pojawiają  wciąż następne. Ale to już nie to, co w pierwszych latach, wtedy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jezioro przeżywało oblężenie, sezon zaczynał się już na początku maja i trwał do połowy października, na plażę trzeba było wychodzić z samego rana, żeby w ogóle znaleźć na niej jakieś miejsce dla siebie.  Prywatnych samochodów nie było zbyt wiele, w letnie weekendy do plenerów podwarszawskich dojeżdżało się zielonymi liniami autobusów miejskich z pl.Defilad, jedna linia docierała stamtąd do Białobrzegów. 
 
 Plaża i restauracja "Mazowsze" w Białobrzegach. Tak to wyglądało w Polsce Ludowej

  A tak to wygląda teraz, widok z tego samego miejsca ujęty.


 I jeszcze resztka murów słynnej restauracji, w której Maklak z Himmilsbachem wchłaniali piwko.
.
  Niedawno odwiedziłem miejsce, gdzie stała restauracja „Mazowsze”, miejsce wówczas najpopularniejsze. Tam z żoną przywieźliśmy maluchem świeżo nabyty kajak-składak marki Neptun, uboczną produkcję zakładów w Niewiadowie, specjalizujących się w jakiejś super tajnej produkcji militarnej. Wypłynęliśmy z tamtejszej plaży na jezioro, ktoś nas ostrzelał z przeciwnego brzegu, pewnie przypadkiem, ale kto wie, to był militarny teren to całe Zegrze z przyległościami, od carskich jeszcze czasów. 
    Nie ma już tamtego „Mazowsza”, które wtedy poznałem. W latach dziewięćdziesiątych ono padło. A potem się rozpadło. Została sterta kamieni, obiekt archeologiczny. Zdjęcie znalazłem w internecie. Na nim imponujący tłum plażowiczów. „Mazowsze” w Białobrzegach było jednym z najpierwszych ośrodków rekreacyjnych nad powstałym w roku 1963 zalewie. Na wodach okolicy kręcił  „Rejs” Marek Piwowski. W  przerwie zdjęć tu cumował statek z aktorami i ekipą filmową. W kawiarni ośrodka spotykali się wówczas Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz. W 1988 r. „Mazowsze” wraz z hotelem „grały” w filmie „Piłkarski poker” Janusza Zaorskiego. Podobno nadal można stąd podziwiać najpiękniejsze zachody słońca nad zalewem. 

    Nad jezioro docierają dzisiaj miejskie autobusy od stacji metra w Warszawie,  w pogodne dni weekendów na parkingach dla samochodów miejsc brakuje na parkingach. Białobrzeski proboszcz mówi, że chociaż na weekendy przyjeżdżają do Białobrzegów tysiące osób, co można wnioskować po liczbie aut, nie przekłada się to na frekwencję osób uczestniczących we  niedzielnej mszy. W miesiącach letnich przychodzi zaledwie o kilkadziesiąt osób więcej.



        Parów Karaski o kwietniowej porze, w charakterystycznym przedwiosennym kolorycie.

   Na wschód od Białobrzegów jest Parów Karaski wśród wydm, ostatnio trochę bez sensu ochrzczony na niektórych mapach Parowem Karski.  Stała na nad nim gajówka Kempiste, a gdy powstało to duże jezioro w sąsiedztwie, wtedy  małe jeziorko pojawiło się w parowie, bowiem podniósł się poziom wody gruntowej w okolicy. Jeziorko w parowie jest malownicze, śródleśne. Wojskowi ogrodzili go płotem, wybudowali domek myśliwski, odwiedzali go m.in. twórcy stanu wojennego w Polsce roku 1981, generałowie Jaruzelski i Siwicki. Chyba już sobie wojskowi odpuścili jeziorko, domek myśliwski wciąż stoi, na nim napis "Leśne rancho", zapach zdradza, że to ranczo mało używane, a ogrodzenie już znikło, została tylko jego podmurówka. 
     Las wokół tworzą głównie sosny, drzewostan nie wszędzie budzi entuzjazm, średniej raczej jest urody, ot, taki zwykły monokulturowy bór sosnowy, jak to na piaszczystym Mazowszu, tam gdzie laski, piaski i karaski, jak powiada kurpiowskie porzekadło. Ale trafiają się fragmenty znakomite. Uroczyska jak z obrazów Szyszkina. Trudno się oprzeć ich urodzie i wdziękowi. Odchodzić się stamtąd nie chce. 




O otoczeniu jeziora pisałem więcej w swojej książce, wydanej w roku 2016 nakładem wydawnictwa Iskry, książka nosi tytuł "Podróże po Mazowszu", w pomieszczonym tutaj tekście wykorzystałem fragment tej książki, zachęcam do skorzystania z fragmentów pozostałych.