piątek, 19 marca 2021

Frasobliwy...

......................................................................................................................................

 


Nie ulega wątpliwości, że rzeźbiony "świątek" Chrystusa Frasobliwego z przydrożnej kapliczki, jest jednym z symboli naszego, polskiego krajobrazu. W Polsce świątki kojarzą się przede wszystkim z tymi figurkami.

Przywołałem teraz Frasobliwego do swojego blogu, bo pora jest akuratna, zbliża się czas Wielkiego Tygodnia i coraz dramatyczniejsza jest pandemia, z jaką się zmaga świat, a żyć z nią coraz trudniej. Z racji swojego senioralnego wieku jestem już zaszczepiony i to dwoma dawkami, więc powinienem być o siebie spokojnym, ale mój lekarz powiada, że bezpieczny jestem tylko teoretycznie i uważać nadal muszę, również kaganiec na gębie nosić, dystans zachowywać i spotkań z nieszczepieńcami na wszelki wpadek unikać. I jak się tu nie frasować.  

Wróćmy jednak do Frasobliwego, bo o nim ma być w tym poście. Znawca folkloru, prof.Józef Grabowski pisał, że powtarzając w swoistej interpretacji spotykany w kościołach wzór nieludowy, artyści ludowi znaleźli własne rozwiązania formalne i nasilili go spotykanym jedynie u ludowych świątków wyrazem. Powstał więc  twór na wskroś ludowy i tak charakterystyczny, że może być w pełni uważany za symbol polskiej sztuki ludowej. To Polacy ponieśli swojego Frasobliwego na Litwę i z wygnańcami politycznymi przedostał się on do niektórych okolic Rosji.

Z różnych powodów stawiano kapliczki przy wiejskich drogach. Okazji bywało dość: pobożny uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę — pisał Aleksander Brũckner. Figury Matki Boskiej stawiano w podzięce za opiekę, albo po to, aby jej pomoc sobie zapewnić.  Święty Jan Nepomucen był stawiany przy brodach i mostowych przeprawach, strzegł od powodzi, ale i przed suszą również. Od pożarów był św. Florian, a św.Roch od zarazy, ale był też patronem urodzaju.

 


Ten  z powyższego zdjęcia znajduje się obok kościoła we wsi Jeruzal na skraju Puszczy Bolimowskiej. Widocznie dlatego, że pleban uznał, że go nie może zabraknąć obok świątyni we wsi Jeruzal. Jak powiadają ci, co się znają, z powodu upadku Jerozolimy rzeźbiony polski Chrystus się frasuje. Tutaj jest więc całkiem na miejscu, chociaż chyba z nim coś nie tak, ze wszystkich, jakie znam, jest to jedyny Frasobliwy  w rozmiarze XXL.

Z jakiego powodu pojawiał się na polskiej wsi kapliczny Chrystus Frasobliwy? I dlaczego ta  rzeźba została wzorcowym polskim świątkiem?  Myślę, że ten Frasobliwy jest po prostu jednym z nas, chociaż to Bóg, nasz pan i władca w koronie, ale w cierniowej. Jak i my umęczony, zatroskany. Bo my tacy jesteśmy w tej naszej ojczyźnie: umęczeni. Pańszczyźniani. Jak nie dziedzic i jego ekonom, to przemarsz wojsk, najeźdźca i okupant albo i władza zła, chociaż nasza. Zawsze jest  ktoś nad nami. W pobożnych kościelnych pieśniach słychać to nasze umęczenie, w słowach i melodiach.  Frasobliwy opuścił jednak polskie, wiejskie drogi. Spotkać go dzisiaj możemy w galeriach sztuki ludowej i muzeach, zawędrował w sąsiedztwo kościołów, na skraju wiejskich dróg spotkać go już bardzo, ale to bardzo trudno...  



W świetnym albumie Sztuka Kurpiów Jacka Olędzkiego z 1970 roku znalazło się to zdjęcie z  Puszczy Zielonej.  Kurpiowskie piaski były galerią sztuki - pisano. Często nie ustępującą uznanym ekspozycjom, tak jak w przypadku tego Chrystusa Frasobliwego z końca XIX w. przy drodze w Durlasach koło  Lelisa. Nieprzypadkowo użytkowe wytwory wiejskich bogorobów awansowały do miana sztuki dopiero w początkach XX w., gdy uczona sztuka stylowa "dorosła" do odchodzenia od realizmu. Frasobliwego z Durlasów rzeźbił legendarny Łukasz Raczkowski, którego dzieła zdobią najprzedniejsze galerie sztuki i kolekcje nie tylko w naszym kraju.

W tym obrazie z Kurpiów Zielonych jest zawarte to wszystko, o czym tutaj mówimy. Frasobliwy jest jednym z mieszkańców tej ziemi, który zatrzymał się na poboczu piaszczystej drogi (pamiętam z lat dawnych, że tam były wyłącznie piaszczyste drogi. Taką ziemię z Kurpiów zapamiętałem ze swoich pierwszych tam wypraw przed pięćdziesięciu laty. Pamiętam też takie pojedyncze stare sosny na skrajach wiosek, pozostałości ogromnej niegdyś puszczy, która miała nas strzec od północy przed najazdami sąsiadów z ziem nadbałtyckich). Na tym zdjęciu fotograf uchwycił klimat tamtego czasu. Przyznam się, że ze wzruszeniem się tej fotografii przyglądam.


Wiesław Myśliwski w jednym z numerów Twórczości pisał o kresie kultury chłopskiej.  Że z natury rzeczy kultura chłopska to kultura bytu i miejsca, zamknięta w kręgu człowiek – ziemia – przyroda. Że motywacją istnienia było jedynie trwanie i przetrwanie. Kultura chłopska – kontynuował pisarz -  „to kultura zgody z losem, afirmująca życie takie, jakie przypadło człowiekowi w udziale, odpowiadająca na pytanie, jak żyć, kiedy żyć się często nie dawało, jak odnaleźć pył swojego istnienia w chaosie wszechrzeczy, jak przemijać z pokorą. (...) Chrystus Frasobliwy, to arcydzieło polskiej sztuki przestrzennej, jest przecież chłopskiej proweniencji. To Bóg z chłopskiej doli, zatroskany jak chłop i bezradny jak chłop. Synteza losu, nie tylko rzeźbiarska forma. Kto ją pierwszy wyrzeźbił, składał Bogu w ofierze swoje poniżenie, swoją nadzieję”. Dzisiaj – konstatuje Myśliwski – Frasobliwy został „utowarowiony”, stał się przedmiotem handlowym, jako wyraz tzw. kultury ludowej, a owa kultura ludowa nie jest jednoznaczna z kulturą chłopską. 
 

Jakoś tak się ułożyło, że na naszym Mazowszu  nie ma zbyt wielu Frasobliwych. A stąd właśnie, z okolic Garwolina pochodzi znakomity, pełen wyrazu Chrystus Frasobliwy, który na dodatek jest najstarszym z przydrożnych, jakie się zachowały w Polsce. W roku 1650 umieszczono  go w kapliczce przydrożnej we wsi Anielów na poludnie od Garwolina.  Pierwsze informacje o tej wiosce pochodzą dopiero z lat osiemdziesiątych XIX wieku. Figura została wyrzeźbiona ponad trzysta lat wcześniej. Jak to się stało, że tam się znalazła? nie we wsi, lecz na odludziu? czy wtenczas było to odludzie?                     

Dopiero po II wojnie światowej odkryto wartość tej figury. Jak wiele innych zabytków sztuki na Mazowszu, tak i ten w czasie ich inwentaryzowania odkryły panie Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska. W terenie, na miejscu w Anielinie jest dzisiaj kopia rzeźby, oryginał znajduje się w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Specjalnie tam pojechałem, aby rzeźbę zobaczyć i sfotografować. Jest wielką ozdobą tego muzeum, było nie było jest to najstarsza zachowana w Polsce drewniana kapliczka słupowa. Wyciosana jest w pniu, na frontowej ścianie umieszczono napis będący fragmentem popularnej do dziś pieśni suplikacyjnej: Święty Jezu, święty i mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami. 

Oryginalna rzeźba jest niepolichromowana, wykonana z surowego, spękanego przez lata drewna. Kopia z Anielowa w zasadzie jest wierna oryginałowi, ale nie wiadomo dlaczego pomalowano ją na różowo. Gdy dokładniej się przyjrzeć i porównać zdjęcia obu, na pierwszy rzut oka widać, że kopia wyrazu oryginału nie ma zupełnie.  W Anielowie też byłem, a jakże. Pośród zieleni mazowieckiego pejzażu nie najgorzej  tam wygląda ten na różowo pomalowany Frasobliwy. 

Inwentaryzacja krajoznawcza z czasów PRL odnotowywała  figury Frasobliwego w kilku wioskach Kurpiów Zielonych, we wsi Sul koło Kadzidła, w Brzozowym Kącie... Nie bylem tam całe lata, czy one tam jeszcze stoją? Dobrze byłoby wiedzieć. A były tam kapliczki z Frasobliwym przepiękne. Jak ta poniżej, ona jest z Gąsek koło Ostrołęki, sfotografował ją Jacek Olędzki i w czarno białej reprodukcji pomieścił w swoim albumie z 1970 roku.


Przyglądam się temu świątkowi w zachwyceniu. Kurpiowskim zwyczajem postać Frasobliwego jest obleczona w szatę jakby zakonną, w zakrywającą całe ciało suknię, inaczej niż na środkowym Mazowszu, gdzie Frasobliwy jest półnagi, odziany tylko w przepaskę biodrową, jak ten z Sierpca, ze zdjęcia zaczynającego ten blog, albo jak ten z Anielowa. Największe wrażenie w tej kurpiowskiej  rzeźbie robi na mnie twarz! Zwyczajna, kurpiowska i mazowiecka. Ot, usiadł sobie sąsiad przy drodze i się zadumał. Po prostu, zwyczajnie, jak każdy. Ten usiadł pod dachem pośród krajobrazu wiejskiego w kurpiowskich Gąskach. Taką twarz mógł wyrzeźbić naprawdę wielki artysta. Chociaż nie kończył żadnej szkoły, ani kursów. Jak i kowal, który tak pięknym krzyżem własnej, kowalskiej roboty, przyozdobił szczyt domku, skrywającego głównego kapliczki bohatera. Takie i jeszcze ładniejsze  żelazne krzyże były specjalnością Kurpiowszczyzny. 


Czasem, zupełnie przypadkowo, na Mazowszu wciąż można trafić na kapliczkę, w której skrywa się Frasobliwy. Najczęściej nie jest to żadne dzieło sztuki, ot taki sobie, najzwyklejszy wiejski Chrystus Frasobliwy. Jednego takiego sfotografowałem nie tak dawno we wnętrzu kapliczki na wschodnim Mazowszu.  Ileż ludzkich modlitw  unosi się wewnątrz tej kapliczki! Z każdym świętym obrazkiem związana jest jakaś intencja, podziękowania za okazane łaski, prośba o pomoc w strapieniu. Jaka kryje się za tym Chrystusem Frasobliwym? Dlaczego on się tutaj znalazł, kto go tutaj umieścił i dlaczego?  Tę kapliczkę trafiłem w okolicach Siennicy. Pstryknąłem zdjęcie i swoim małym fiacikiem pojechałem dalej. Nie zapisałem obok jakiej miejscowości ona kapliczka stoi. Nie mam zdjęcia całej kapliczki. Mam do siebie żal.

 

W całkiem sporej wielkości murowanej przydrożnej kapliczce we wsi Lesznowola koło Grójca znajduje się wnęka, a w niej skrywa zachwycający Chrystus Frasobliwy, skromny, taki jak należy. Jest na fotografii poniżej, nie moglem się mu oprzeć, na zdjęciu mieć  go musiałem. Kapliczka w której jest umieszczony, jest wysoką, kilkupiętrową budowlą, wystawioną w roku 1891 i najprawdopodobniej w intencji ustąpienia epidemii cholery; ustąpiła dopiero pięć lat po wystawieniu kapliczki. 

W wieku XIX kilka razy cholera nawiedzała Mazowsze, ostatnia w swoich końcowych latach, zabierała tysiące ofiar. W epidemiach powinniśmy więc być biegli. Dlaczego więc teraźniejsza zaraza tak bardzo  spokoju nie daje? Dziewiętnastowieczna cholera została w jednym z najbardziej popularnych polskich przekleństw: o żesz ty, cholero jedna. Ciekawe, jak wśród polskich przekleństw umości się koronawirus, albo covid. Ty, kowidzie jeden?

Na środkowym Mazowszu kapliczki z Frasobliwym stawiał czasem nie tzw. lud z potrzeby serca, ale dziedzic. Bo przy jego dworze ten symboliczny polski świątek być powinien i basta. Piękna latarniowa kapliczka z figurką Frasobliwego stoi w Żelazowej Woli. Wysiadający z aut i autokarów turyści pędzą do muzeum chopinowskiego, na kapliczkę mało kto zwraca uwagę. Obok dworu w Tułowicach wznosi się tamtej bliźniacza, obecny dziedzic jest artystą malarzem, odbudowywał z ruin zabytkowy dwór, urządzał okolicę jak trzeba, na szlachecką modłę, o kapliczkę zadbał, sam jest zresztą herbowym szlachcicem z dziada pradziada. 

Inny dziedzic Frasobliwemu kazał strzec skrzyżowania dróg w Pilaszkowie koło kampinoskiego Zaborowa; jest na zdjęciu powyżej. Kilka lat temu zbudowano rondo na tym skrzyżowaniu i w jej obecnym usytuowaniu – piszą autorzy tekstu na stronie internetowej pt. Wirtualne Muzeum Ożarowa Mazowieckiego – figura nie wygląda na uszanowaną ani jako obiekt kultu, ani jako leciwy obiekt malej architektury, ani jako ozdoba krajobrazu wsi mazowieckiej. Kapliczka pochodzi z lat 80-tych XIX wieku. Fundatorem był Teodor Ostrowski, o czym świadczy wyryty w kamieniu napis. Figura Chrystusa nie jest rzeźbą o szczególniejszych walorach artystycznych, to praca rzemieślnika, który obsługiwał także cmentarze. przecież jednak nie można jej odmówić wyrazu. 

   Ustawiono kapliczkę z Frasobliwym w parku otaczającym siedzibę Zespołu Pieśni i Tańca "Mazowsze" . Zapewne  to praca artysty, a nie wiejskiego świątkarza (chociaż kto wie, nie zasięgałem języka). Wyciosany w pniu, bardzo sympatycznie prezentuje się pośród parkowego otoczenia, przygląda się czasem mazowszańskiej młodzieży, prawie tuż obok są budynki w których zespołowicze mają swoje kwatery i tam są miejsca, gdzie ćwiczą. Park jest teraz otwarty dla zwiedzających, można się po nim przechadzać i przypatrywać miejscu, gdzie powstawała legenda Zespołu, jako najbardziej znanej wizytówki polskiej kultury ludowej. To wspaniałe, że nie zabrakło tu tej kapliczki. Przy mazowieckich drogach takich już nie spotkacie. Jedźcie więc, drodzy państwo, do Karolina koło Otrębusów! 

Niewiele dzisiaj przy wiejskich, mazowieckich drogach kapliczek z wprawiającymi w zachwyt rzeźbami Chrystusa Frasobliwego. Gdyby nie muzea, w których znalazły schronienie przed kradzieżą, nie mielibyśmy żadnej szansy o nich wiedzieć. Niektóre pozostały nadal na Mazowszu, jak te, a najbardziej ze wszystkich wstrząsający naturalizmem Frasobliwy, który znalazł schronienie  w Muzeum Diecezjalnym w Płocku. 

Albo ten  ze zdjęcia otwierającego post, Frasobliwy z sierpeckiego Muzeum Wsi Mazowieckiej, gdzie prócz drewnianych, wiejskich domostw, takich jakie się w każdym skansenie znajdować powinny, znajduje się również zachwycająca galeria sztuki ludowej. Frasobliwy z mazowieckiego Anielowa zawędrował do muzeum w Krakowie, a do muzeum etnograficznego w Toruniu  dzieło Józefa Soboty z Reguta (pisałem o nim m.in. w poście Lipa Czesława Łaszka). Takich wspaniałych rzeźb, całkowicie osobnych, niepowtarzalnych, ukazujących ogromny talent twórców, na pewno nie spotkamy już w przydrożnych kapliczkach mazowieckich...

 

    Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o jednej rzeźbie z piękniejszych, rzeźbionych, kaplicznych figur Chrystusa Frasobliwego, którą oglądałem przy leśnej drodze o pół kilometra od Karczewa, jest współcześnie wykonana z drewna przez rzeźbiarza Stefana Lisowskiego z Góry Kalwarii. Na urokliwym obiekcie, nazywanym kapliczką leśnych rowerzystów, umieszczono tabliczkę z mottem: "W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy; leśni rowerzyści". Bardzo to mądre zdanie. Wzruszające, że powstają takie rzeźby. Ta jest pełna wyrazu, zarówno tradycyjna, jak  i  nowoczesna w formie, jest po prostu świetna!  


.................................................................... 

  








środa, 3 marca 2021


Przygoda krajoznawcza: Lipa Czesława Łaszka.

 

To świetne zdjęcie jest z portalu ndl.Celestynów


Ta ogromna lipa drobnolistna jest pomnikiem przyrody i Ozdobą Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Z Celestynowa idzie się do niej 5 km, zrazu niebieskim szlakiem do wsi Regut, a od Żółwiowego Stawu dalej prosto ku południowi. Drzewo jest oznaczone na mapie tego parku wydawnictwa Compass, można ją znaleźć na internetowej mapie Googli, trzeba tylko wywołać nazwę wsi Regut i z niej powędrować ku południowi drogą gruntową. Drzewo jest w wieku ok.400 lat i ma charakterystyczny, mocno rozgałęziony pień, nie przypominam sobie innego zabytkowego, wiekowego drzewa o podobnym wyglądzie na Mazowszu. Rośnie na prywatnej działce leśnej p. H. Szuchnika, w pobliżu Maćkowej Strugi w uroczysku Majdan, pośród sosnowego boru, na stoku wydmy o dość łagodnym nachyleniu. Obwód pnia wynosi 820 cm,  a wysokość około 19 metrów. 

Wyjątkowo urodziwa jest ta pozostałość dawnej Puszczy Osieckiej, której starodrzewy zostały tak dokładnie wyrąbane, że pozostał po nich tylko potężny dąb w Górkach koło Osiecka i właśnie ta lipa.  Chwalą ją w Internecie, pisząc, że wrażenie robi nie tylko obwód pierścienicy jak i kształt pnia, który daleko odbiega od typowego dla drzew walca, sprawiając przy tym wrażenie drzewa wyciągniętego wprost z baśni. Niełatwo trafić do tego drzewa, które nosi imię wieloletniego wojewódzkiego konserwatora przyrody na Mazowszu, Czesława Łaszka.

Jego imię zyskał też Mazowiecki Park Krajobrazowy, w którym ta lipa rośnie. Park został utworzony z jego inicjatywy. Zmarł 28 czerwca 2000 r., przeżywszy niepełne 70 lat. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w kwaterze nr 28c. Nawet nie ma swojego hasła w Wikipedii ten najlepszy konserwator przyrody w historii Mazowsza. I ja nigdy nie zrobiłem mu zdjęcia, chociaż dziesiątki razy się widywaliśmy, zarówno w terenie i na różnych konferencjach. Muszę więc skorzystać tutaj z fotografii dość kiepskiej technicznie, ściągniętej ze strony internetowej parku, który nosi jego imię. 

Był mazowszaninem z krwi i kości, urodził się w Mińsku Mazowieckim  i dla mazowieckiej przyrody okazał się być darem niebios.  Doprowadził do powstania nie tylko tego parku, także i innych, jego dziełem jest również kilkadziesiąt rezerwatów przyrody i dziesiątki pomników przyrody. On także ratował Las Bielański od rozcięcia trasą Wisłostrady bo i taki pomysł był mocno forsowany przez władze. Bardzo pana Czesława brakuje, a właśnie szykuje się kolejna autostrada, tę również, jak koło radości, chcą prowadzić w bliskiej okolicy, przecinać ma ten park właśnie.

Tak już jakoś jest, że cele swoich wędrówek umieszczamy najczęściej w podwarszawskich fragmentach Kampinoskiego Parku Narodowego. Nie tylko teraz, w czasie pandemii, wędrujemy koło Izabelina, Truskawia, Wólki Węglowej, tam najchętniej. I ja często gęsto ulegam tej pokusie, skądinąd nawet jestem autorem przewodnika po tamtej okolicy, ale – przyznam się bez bicia – zawsze mnie pociągał teren mniej znany, rzadziej uczęszczany. Na przykład okolice Celestynowa i Ponurzycy, której poświęciłem cały rozdział w jednej ze swoich książek. Najpiękniejszą ze swoich zimowych wycieczek po Mazowszu odbyłem w jej krajobrazie.

Aż trudno mi uwierzyć, że w swoim archiwum nie mam wciąż jeszcze fotografii Lipy Czesława Łaszka. A tyle razy tam łaziłem, szlaki projektowałem, wycieczki prowadziłem, samojeden się tam błąkałem, bo przecież lubię tę okolicę. A przy tej lipie z aparatem fotograficznym mnie nie było. Zdjęcia jej nie zrobiłem. Po prostu: krajoznawcza porażka.

Dawno mnie nie było w tamtych stronach. Ostatnim razem pod koniec listopada 2017 roku, wędrowałem wtedy z Grzegorzem. Dwie godziny w pociągach tam i z powrotem, cztery w terenie, w sam raz na krótkie dnie przedzimia. Gdy szukałem tras do wyznakowania w tej okolicy, w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku zawędrowałem do wsi Regut w regionie kołbielskim. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, wydawany w latach 1880–1902, podaje w tomie IX hasło Regut, albo Regały. Ta druga, wcześniejsza chronologicznie forma nazwy wiąże się z faktem, że to była wieś królewska. Regut powstał w XVI wieku i należał wtedy do starostwa osieckiego, to była królewszczyzna. Według zapisków z 1660 roku Regut został całkowicie spalony podczas wojen szwedzkich. 

W Regucie, jako pierwszej miejscowości w starostwie osieckim, zmieniono mieszkańcom pańszczyznę na czynsz. Dzisiaj obok wsi śmigają samochody tranzytową szosą nr 50, zasuwają nią ogromne ciężarówki, a szykuje się tuż obok jej śladu nowy ślad dwujezdniowej, szerokiej na sto metrów autostrady A-50. Zapewne wyrosną koło niej wysokie ekrany, zbuduje się nad autostradą szerokie przejście dla zwierząt. Tak to nasza cywilizacja sobie poczyna, jeden jej element wymusza następny, nieuchronnie kończy się krajobraz sielski i anielski w okolicach Warszawy. Co będą z tego mieli mieszkańcy wioski Regut? Niewiele dobrego będą mieli. Co pan na to, panie Czesławie?

W czasie pierwszych swoich odwiedzin tej wioski zobaczyłem niewielkie, skrzynkowe kapliczki, przybite do drzew. W wnętrzach znajdowały się sceny Ukrzyżowania, postacie były przedstawione bardzo prymitywnie, wręcz symbolicznie. Bardzo mnie ujęła wtedy ich symboliczna prostota. Znacznie później dowiedziałem się z lektur, że reguckie kapliczki są dziełami Józefa Soboty (1984-1979). Był miejscowym rolnikiem, podejmował się też różnych zajęć sezonowych, pracował w lesie, w tartaku. Z powodu wypadku na wiele lat stracił czucie w nogach. Nie umiał czytać i pisać, prawie osiemdziesięcioletni począł rzeźbić wierząc, że wyzdrowieje realizując wolę Bożą, przekazaną mu we śnie przez anioła. Warunkiem było rozwieszenie i ustawienie we wsi, w której mieszkał, kilku kapliczek. Takich, jak ta poniżej.

 

Kapliczka Józefa Soboty z Reguta.

Dziś jego dzieła znajdują się u prywatnych kolekcjonerów, m.in. u prof. Mariana Pokropka, który w swojej książce "Życie i twórczość rzeźbiarska Józefa Soboty" odkrył go dla miłośników sztuki ludowych prymitywistów. Prace artysty można też oglądać w muzeach etnograficznych, np. w Toruniu lub Krakowie. A sam Sobota, wskutek wielu pomyślnych zbiegów okoliczności i pomocy ludzi z miasta, którzy dostrzegli i zachwycili się jego sztuką, wrócił do zdrowia. Rzeźbienie do końca życia było jego wielką pasją.

Cztery lata temu, gdy  o pandemii nikt z nas jeszcze nie myślał wtedy, że coś takiego może się zdarzyć, a więc dwa lata temu,   listopadową sobotą zawędrowałem do dawno nie odwiedzanego Reguta. Nim wszedłem do wioski zatrzymałem się z przyjacielem na chwilę odpoczynku nad Żółwiowym Stawem wśród sosnowych borów na południe od wioski. Opowiadałem przyjacielowi o moim spotkaniu z kapliczkami Józefa Soboty. Potem, w naszej wędrówce ku stacji w Celestynowie, mijając boisko Reguckiego Klubu Sportowego "Bór", wyasfaltowaną ulicą Turystyczną weszliśmy do wsi Regut. Przy pierwszym domu po lewej stronie drogi, zobaczyłem przybitą do drzewa niewielką szafkową kapliczkę, a w niej scenę Ukrzyżowania, dzieło Józefa Soboty. Kilka miesięcy potem znalazłem się w etnograficznym muzeum na krakowskiej Wolnicy i tam przyglądałem się uważnie jednej z jego kapliczek. Ta, która w Regucie jeszcze przetrwała (chwała tym, co o to zadbali!) jest niemal tamtej bliźniaczą.

Niby niczego wielkiego nie odkryłem, przecież jednak w Regucie zawrzała we mnie z radości krew krajoznawcy. Kto wie, czy nie największe wrażenie czyni na mnie załamująca ręce w smutku i rozpaczy postać Matki Boskiej, której świętość rzeźbiarz podkreślił absolutnie niebanalnie przedstawionymi promieniami, okalającymi postać. Absolutnie doskonały przykład sztuki naiwnej. Jak mówi encyklopedia PWN, najważniejszą cechą sztuki naiwnej jest szczerość i prostota wypowiedzi plastycznej. Nie usiłuje zbliżyć się do uznanych wzorów artystycznych, lecz odnajduje własny sposób przedstawiania świata.

Wpuściłem opowieść o kapliczkach Józefa Soboty do swojego internetowego blogu i doczekałem się komentarza. "Pan Józef Sobota ma w pewnym sensie następcę – napisał mi w blogu nieznany z nazwiska HobbyHouse.pl.  –  Od kilku lat wokół Ponurzycy pojawiają się nowe kapliczki. Rzeźbione w jednym kawałku drewna. Przeważnie Chrystus Frasobliwy. Widać, że wykonane tymi samymi rękami. Znalazłem już około dziesięciu, m.in. przy Lipie Łaszka, nad Maćkową Wodą i nad Ślepotą". 

Wiem teraz, że czeka na mnie kolejna przygoda, trzeba pójść w tamte strony, sfotografować tę lipę, poszukać tych wszystkich rzeźbionych Frasobliwych.  Bardzo mi brakuje Lipy Łaszka w swojej fototece. Bardzo chętnie poszukałbym sobie w terenie onych Frasobliwych. Wrócę tam chętnie, to przecież i moje lubiane strony, oby tylko sił starczyło. Nie wiem więc, czy prędko tam pójdę, jeśli w ogóle pójdę, bo mój pesel właśnie zaczął mi mocniej dawać się we znaki. W tej sytuacji liczę na Was. Przygoda krajoznawcza na Was czeka. Co Wy na to?

 

środa, 3 lutego 2021

Pośród sosnowych starodrzewów...
..............................................................................................
 
"Gdyby człek znał po świadomu, Ile skarbów leży w domu, 
I co tworów Bożych w borze, To by więcej było, może 
Na tym świecie gwiazd szczęśliwych, 
Ludzi dobrych i prawd żywych."  
 
Wielki romantyk wiedział co pisze. Wincenty Pol czuł Polskę i jej skarby, jak niewielu.  Polska jest krainą borów sosnowych. Czym byłoby bez nich nasze nizinne Mazowsze? Zapach sosnowego boru w rozgrzanym słońcem dniu letnim jest nie podrobienia. Gdy kładzie się dłoń na spękanej starością korze wiekowej sosny, można poczuć  jej ciepło i dotknąć wszechświata. 


Tak, jak łoś jest królem wśród mazowieckich zwierząt, tak sosna jest królową pośród drzew. Wygląd i postawę ma królewską, pełną godności. Są takie fragmenty w mazowieckich puszczach, gdzie przy dwustuletnich sosnach milkną trzystuletnie dęby i graby. Na Mazowszu sosna panuje niemal  wszechwładnie, innym gatunkom przeznaczając, przeważnie ze swojej woli, role li tylko paziów i giermków. Wśród kilku gatunków sosen, jakie rosną u nas najpowszechniejsza jest sosna pospolita, zwana też zwyczajną, przez botaników określana uczenie łacińską nazwą Pinus sylvestris. O pożytkach z sosny dla człowieka płynących, mówić można nieskończenie...
 
Prasłowiańskie słowo „sosna", a jest to rzeczą bardzo prawdopodobną,  znaczyło niegdyś tyle co "drzewo wydziane", drzewo z barcią. Wyrabianie barci, przeważnie w sosnach, nazywano „dzianiem", zarówno w Polsce, jak i na sąsiedniej Białorusi. Pierwotnie wyraz ten znaczył tyle, co „robota". Drzewo - sosnę dawniej nazywano „sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. Pospolicie ten gatunek nazywano  „choją"; stąd np.Lasy Chojnowskie pod  Warszawą. Jest rzeczą bardzo prawdopodobną, że wyraz „sosna" znaczył niegdyś tyle co „drzewo wydziane". Dosłownie: „so-sn" znaczyło tyle, co drzewo „wykłute".  Las bartny zwany był „borem". Władał nim bartnik. Bór bartny obejmował zazwyczaj sześćdziesiąt barci. 

Z czasem każdemu lasowi sosnowemu, lub innemu iglastemu nadawano nazwę boru. Z wyrazu "bór" powstały imiona: Borysław, Borys, i także Boruta. Zygmunt Gloger tłumaczył, „że zaś w dawnych pojęciach narodu, przechowywanych dotąd przez lud wiejski, istniał zły duch, czyli czart borowy, leśny, borowiec, borowik, skutkiem więc podobieństwa w brzmieniu i w związku z pojęciem boru, lud przeniósł nazwisko ludzkie Boruta na diabła, zwanego także borowym"... 
 

Borowik to także grzyb, a borowym zwano też pracownika leśnego. Bartnik zajmował się hodowlą pszczół leśnych, czyli tzw. borówek. Borówkami zwane są również rośliny, charakterystyczne dla borów, rosnące w ich runie, np. borówka czernica - w centralnej Polsce uparcie zwana czarną jagodą - oraz borówka brusznica i borówka bagienna, czyli łochynia. Dodajmy, że w Czechach i Słowacji sosnę nazywa się borowicą, a pyszną miejscową wódeczkę - borowiczką. W miarę upływu czasu pozacierała się różnica pomiędzy borem, a lasem i w tej materii panuje już całkowite materii pomieszanie.

Przyrodnicy wyraźnie oddzielają bór od lasu. Najprościej rzecz ujmując, bór jest iglasty, las liściasty. Ale – żeby nie było laikowi za łatwo – powiedzmy jeszcze, że  bywają bory mieszane i lasy mieszane, i te i te drugie z udziałem sosen, ale opowieść o tym pozostawmy sobie na inną okazję.  A na zdjęciu poniżej jest dwustuletni bór sosnowy świeży, czasem zwany też czernicowym, bo kobierzec borówki czernicy ściele się u stóp sosen.

 

Jakby nie było, lud zawsze odróżniał bór od lasu. "Idzie żołnierz borem, lasem"; tak przecież brzmią słowa starej, polskiej pieśni, które o tym rozróżnieniu przypominają dobitnie. Bardzo interesujące było tradycyjne, ludowe spojrzenie na sosnę, stare słownictwo i terminologia. Jeżeli w gąszczach rosły tylko młode drzewa, taki bór lud zwał głuchym borem. Starszy las, rzadszy i przeczyszczony, to bór rozmowny. Taki, jak ten na poniższym zdjęciu, blisko dwustuletni drzewostan rozmownego boru sosnowego w obszarze ochrony ścisłej  Kampinoskiego Parku Narodowego.
 

 
Sosna w Polsce była bardziej znaną, jako towarzyszka życia człowieka, niż jako składnik przepastnych lasów i puszcz. W cieniu rozłożystych sosen budowano wiejskie zagrody i dla ich mieszkańców sosna miała znaczenie głównie jako drewno na budulec i na opał.  Tak mi się widzi, że podobny mógł być widok karczmy "Pociecha" w Puszczy Kampinoskiej, jak ta z obrazu Jana Feliksa Piwarskiego z 1845 roku, przedstawiającym karczmę "Ostatni grosz". 
 

Sosna sośnie, bór borowi nie równy, zależy to od siedliska, klimatu i wielu jeszcze innych czynników, także i od woli człowieka. W lasach gospodarczych, nie tylko na naszym Mazowszu, sosna pełni najczęściej wyłącznie taką rolę, jaka z woli człowieka została jej przeznaczona. Ma rosnąc, przybierać na objętości i wadze, dać się ściąć bez krzyku i dostarczyć gotówki hodowcy. 

Któregoś roku znalazłem się zimą w mazurskiej Puszczy Piskiej. Pośrodku lasu pracowali drwale. Dźwięczały mechaniczne piły, ich wizgot był  przenikliwy,  wreszcie potężne, stupięćdziesięcioletnie sosny poczynały jęczeć, a potem z ogromnym westchnieniem waliły się na ziemię.
Podszedłem do drwali, wszcząłem rozmowę, wreszcie zapytałem: nie żal wam, panowie, ścinać takiego pięknego, starego drzewa.
Jeden z drwali popatrzył na mnie, wyjął pudełko papierosów, zapalił, zaciągnął się dymem, wreszcie odpowiedział: starego nie żal.

 
 
 

Na Mazowszu zachowało się wiele leśnych kompleksów, noszących nazwę puszcz. Najbardziej znaną jest niewątpliwie Puszcza Kampinoska, rosnąca u wrót Warszawy. Nic dziwnego, na jej terenie przed ponad 60 laty utworzono park narodowy. Największą była zawsze Kurpiowska Puszcza Zielona, zwana też Myszyniecką. Jeden z jej najefektowniejszych fagmentow udalo mi się złapać na zdjęcie, które pomieściłem  powyżej tego tekstu.

Przez setki lat była ta puszcza własnością książąt mazowieckich i niemal bezludną, naturalną zaporą graniczną przeciw najazdom sąsiadów z północy. Później była puszczą królewską, a władcy polowali tutaj na tury, żubry, łosie i niedźwiedzie. Dopiero od wieku XVII  lasy północnego Mazowsza poczęli kolonizować Mazurzy znad Wisły. Od plecionego z lipowego łyka obuwia, zwanego „kurpiami”, tak nazwani. Korzystali z puszczańskich zasobów tak, jak należy. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że w myśl zasad zrównoważonego rozwoju. Za ich sprawą rozkwitło tam bartnictwo. Ale to już przeszłość...

Dziś już tylko w kilku rezerwatach Puszczy Zielonej  chronione są dostojne pozostałości dawnej Puszczy. Sosny bartne  można  wciąż oglądać w rezerwacie „Czarnia”. Jest jednym z pięciu najważniejszych rezerwatów mazowieckich, należy do  najpiękniejszych  w całej nizinnej części Polski. Jedna z bartnych sosen rezerwatu jest wciąż jeszcze zdrowym drzewem w pełni sił, wyraźnie są widoczne otwory „wydzianych" barci, wciąż  używanych przez pszczoły. Na zdjęciu powyżej to drzewo jest właśnie w trakcie podziwiana. Potężnym sosnom towarzyszą niemal na równych prawach równie potężne świerki.  
 
 
 
Zupełnie inaczej prezentuje się starodrzew sosnowego boru w Puszczy Kampinoskiej, jak ten na zdjęciu z okolic Palmir.  Tak on, jak i inne leśne kompleksy podwarszawskie znajdują się w krainie w której dorodnych świerków nie zobaczymy, bo tak sobie życzy natura. Ale zacne sosnowe starodrzewy rosną w Puszczy Kampinoskiej. Gdyby nie park narodowy, dawno by ich nie było. Gdy opracowywałem treść turystyczną pierwszej po II wojnie światowej mapy Puszczy Kampinoskiej, którą w skali 1:60 tys. PPWK wydało w roku 1973, zaproponowałem oznaczanie na niej ciemniejszą zielenią obszaru drzewostanów ponad stuletnich. Zwyczaj się przyjął i wciąż tak są starodrzewy oznaczane, także na mapach innych wydawców. 
Sosna kampinoska była znana i wysoko ceniona na rynkach drzewnych. Rosła  na nieurodzajnym podłożu, więc jej przyrosty roczne były bardzo drobne, ale drewno bogate w żywicę, stosunkowo twarde, sprężyste, poszukiwane w przemyśle stoczniowym. Puszcza Kampinoska jest w tej chwili puszczą sosnową i ponad 70% powierzchni leśnej zajmują drzewostany z sosną jako gatunkiem dominującym, a mimo to brakuje tu szczególnie okazałych sosen. 
Podobno w Puszczy Białowieskiej rośnie sosna o wysokości 42 metrów.  Cenione na świecie sosny taborskie z ndl.Miłomlyn na Mazurach wykorzystywane były do budowy masztów żaglowców o dochodzą do 30–40 metrów wysokości. Na mazowieckich piaskach takich nie spotkamy, najwyższa, jaką oglądałem, miała 35 metrów, od wielu lat już nie żyje. Można ją było oglądać przy Drodze Wareckiej w Lasach Chojnowskich, miejsce jej usytuowania można odnaleźć na starszych wydaniach map turystycznych. Wysokość sosen w Puszczy Kampinoskiej może dochodzić teoretycznie do 30 metrów, 22 metry  ma najtęższa z żyjących sosen kampinoskich, jest nią Sosna Królowej Bony przy Górczyńskiej Drodze, w obszarze ochrony ścisłej „Nart”. Około dwustuletnia ma 330 cm obwodu. Potężniejsza od niej była mająca 350 cm obwodu 170-letnia Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, zanim śmiercią naturalną umarła w roku 1984;  na poniższej fotografii została zdjęta w 2018 roku.  
 

Puszcza Kampinoska kryje zazdrośnie swoje tajemnicze piękno. Jej osobliwy urok i bogactwo form krajobrazowych nie rzucają się od razu w oczy – pisał Kazimierz Saysse Tobiczyk w roku 1973. Miał stokrotną racje. Od pięćdziesięciu lat znam tę puszczę, wrosła w moje życie. Bez niej, cóż to byłoby za życie... 

Wielu warszawiaków ogranicza się w swojej przyjaźni do fragmentów znajdujących się w najbliższym sąsiedztwie Warszawy. To już Kampinoski Park Narodowy, ale jeszcze nie Puszcza Kampinoska. To młode lasy, w większości bory sosnowe. Przez wiele dziesiątków lat, praktycznie przez cały wiek dziewiętnasty i jeszcze trochę dwudziestego, był to teren całkowicie niemal pozbawiony lasu, mapy z połowy XIX wieku ukazują to wyraźnie. Prawdziwie stare bory i trudno dostępne lasy bagienne zaczynają się dalej. Przez najładniejsze  prowadzą znakowane szlaki turystyczne.



Najstarsze zwarte drzewostany dosięgają już lat dwustu w sąsiedztwie Granicy,  w partiach, rosnących m.in. wokół Sejmikowej Drogi niedaleko palmirskiego cmentarza oraz w obszarach ochrony ścisłej koło Rybitwy i Wilkowa. Teoretycznie sosny mogą dożyć czterystu lat. Siekiera drwala im nie grozi. Umrą, kiedy zechcą i jak same zechcą.  
W lasach gospodarczych ostatnimi laty niemiłosiernie są wycinane sosnowe starodrzewy, gdzie tylko sto lat zaliczą.  Bolesny to widok dla zwykłych ludzi, ale przecież na tym polega zawód leśnika. A o pożytkach dla człowieka z sosen płynących można nieskończenie. Na Mazowszu za sosnę dojrzałą do wycięcia uważa się drzewo stuletnie, na niektórych siedliskach  w niektórych nadleśnictwach osiemdziesięcioletnie. Zdaniem drzewiarzy, starsze egzemplarze drzew tracą wartość techniczną. Jak i my, ludzie, którzy w swojej starości techniczną wartość miewamy już dość marną...


Są takie drzewostany w Puszczy Kampinoskiej, do których nie wypada wchodzić inaczej, niż na palcach, z najwyższym szacunkiem. Mają one w sobie coś, co gnie nam kolana. Przypominają się słowa poety, nazywał się Zbigniew Herbert: Wchodząc do takiego starego boru złóż ręce tak by sen zaczerpnąć, tak jak się czerpie wody ziarno.
  
O Boże, jakaż ona jest ogromna! Jakże wspaniała! Żyje od niespełna dwustu lat, a przecież sosny w naszym kraju mogą dożywać lat czterystu. Tak, jak dąb powszechnie uważany jest za groźnego monarchę, za  ojca, tak sośnie przydziela się rolę matki, u różnych ludów była drzewem świętym. W drzewostanie borowym zdecydowanie matriarchat obowiązuje. Panowie nie mają tu na ogół dostępu, co najwyżej w charakterze sług pomniejszej rangi. Tę fotografię  w starodrzewie pod Kaczubalską Górą wykonała jedna z  towarzyszek moich wędrówek i jestem jej za to bardzo wdzięczny. Nikt mi nigdy nie zrobił zdjęcia, na którym byłbym w takim towarzystwie.
  
Powalone olbrzymy. Nadszedł ich kres i teraz te umarłe drzewa, zalegające dno rezerwatowego boru, rozpoczęły już drugie życie, dziesiątki żywych stworzeń będzie się żywić ich truchłami w nieskończonym, zadziwiającym cyklu życia przyrody. Po to również istnieją rezerwaty, ale i po to, byśmy mogli sobie to uświadamiać, także i po to aby móc podziwiać to piękno...
 
..............................................................
         
Post scriptum. Napisała mi serdeczna moja znajoma po zajrzeniu do tego blogu:"Leszku, czy nie czujesz, że samo słowo "sosna" ma w sobie coś ciepłego (jak rozgrzany piasek w zagajnikach sosnowych), wonnego (jak unoszący się wszędzie zapach żywicy), swojskiego i polskiego (bo polska sosna to nie to samo co angielska, niemiecka, włoska czy ukraińska)?"   
..............................................................

 

wtorek, 12 stycznia 2021

Niezwykła chałupa z Rząśnika 



Ta chałupa, pobudowana w kurpiowskim stylu,  od roku 1929 stoi we wsi Rząśnik  na północnych obrzeżach Puszczy Białej. Stoi tam, gdzie ją postawiono, a nie w żadnym skansenie. To nadaje jej rangę szczególną. Stoi w otoczeniu współczesnej, dostatniej zabudowy wiejskiej. To dodaje jej jeszcze większej wartości.  Chałupę tę zbudował dla siebie cieśla Jan Zaręba po pierwszej wojnie światowej. Budynek jest konstrukcji sumikowo-łątkowej, ma 9,25 m długości, 4,4 m szerokości i 2,6 m wysokości. Jest typowy dla ostatniej generacji domów kurpiowskich.

Odwiedzałem ją kilka razy, pierwszy raz sfotografowałem tę chałupę w roku 1995, z tamtego czasu pochodzi to zdjęcie u góry. Ostatnio byłem obok niej tego roku, jesienią 2020. Chałupa trwa i ma się dobrze. Lepiej nawet jak wtedy, gdy ja oglądałem po raz pierwszy. Belki zostały oszalowane, pomalowane, ogrodzenie też nie to, co było i chałupa niby taka sama, a już inaczej wygląda, na pewno efektowniej, chociaż jednak...  Gdyby nie blacha na dachu, byłoby więcej niż nieźle. Jest jedną z bardzo już nielicznych chałup, zbudowanych w tradycyjnym stylu kurpiowskim we wsiach okolicznych. 

Miałem to szczęście, że mogłem jeszcze oglądać takie drewniane chałupy we wsiach pośród Puszczy Białej. Jeszcze pół wieku temu było ich niemało, na mapach turystycznych pod nazwami wiosek stawiano piktogram, oznaczający, że we wsi są zabytkowe budynki wiejskie. Teraz to z lupą w ręku trzeba ich szukać w terenie, a z oznaczań na mapach dawno już zrezygnowano. Śmierć przychodziła na te chaty w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, w ostatnich latach trzydziestu wioski wewnątrz Puszczy Białej niemal całkowicie pozmieniały swoje oblicze. 

Z tych, co jeszcze ocalały, rząśnicka chałupa jest najdorodniejsza. Rzadki to przypadek, aby jednej chałupie temat poświęcać. Jakiejś budowli sakralnej, okazałemu kościołowi albo pałacowi, to i owszem. Ale chałupie? A jednak tej chałupie trzeba się przyjrzeć ją  podziwiać. Tym bardziej, że nie znajduje się w żadnym skansenie. Stoi pośrodku długiej, dwustronnie zabudowanej ulicówki o siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Przy tej ulicy jest domów kilkadziesiąt, a wszystkie współczesne, jakby dopiero co starannie zbudowane,  murowane, na ogół kryte świetną dachówką, a nie jakimś tam byle eternitem, otaczają je porządne ogrodzenia. Pośród tego wszystkiego, w tej dostatnio prezentującej się gminnej wsi w wyszkowskim powiecie, stoi ta chałupa. I jak się na nią patrzy, przed nią jedną, jedyną, ręce się same składają do oklasków.

 

Budownictwo ludowe mieszkańców nizinnych ziem polskich urodą i zmyślnością na ogół nie dorównuje wiejskiemu budownictwu z Karpat. Tak jakby zmysł estetyczny i uzdolnienia Mazurów z Mazowsza nie dorównywały Podhalanom. Widać tak być musi. Z mazowieckiego budownictwa ludowego najmocniej swoje indywidualne cechy miało to, co budowali dla siebie Księżacy z Łowickiego i Kurpiowie. 

Podhalanie wciąż budują w swoim stylu, acz teraz więcej w ich budynkach zakopiańszczyzny niż podhalańskości. Łowickie i kurpiowskie wsie już od dawna zatraciły swój charakter. Domy są wygodne, murowane, czasem bardzo okazałe, lecz nic nie mają wspólnego z tradycją. Ba! tak jak Kurpiowie, podobnie budowali mieszkańcy Podlasia, ale tam nadal można oglądać całe wioski w drewnianych, w starym stylu pobudowanych i obficie zdobionych chałupach. W powiecie hajnowskim stworzono nawet tzw.produkt turystyczny, nazwano go "krainą otwartych okiennic" i ludzie z całego świata przyjeżdżają, aby obejrzeć wieś o trudnej do wymówienia przez cudzoziemca nazwie: Trześcianka.  

W Zielonej Puszczy Myszynieckiej, najlepsze przykłady budownictwa spotkać można już tylko w skansenach w Nowogrodzie i w Kadzidle. Ostatnie dwadzieścia lat niemal ze szczętem wymiotły drewniane chałupy. Na Kurpiach Białych bardziej, niż na Zielonych, zanikły kurpiowskie obyczaje, chociaż czasem trafi się zespół ludowy, który tańczy i śpiewa po staremu, po swojemu, to w Obrytem, to w Pniewie, i jeszcze gdzie indziej sztuka ludowa tu i ówdzie egzystuje. Trwa też śladowo budownictwo, bo wciąż można zobaczyć chałupy zbudowane, jak tradycja nakazuje, jeno zbudowane przed wielu laty i dożywające ostatnich swoich dni, jedne w Porządziu, inne w Sieczychach,  przetrwały w Ochudnie, jeszcze inne w Białym Błocie lub Porębie Kocębach i w sąsiednim Udrzynku. Czeka je zagłada nieuchronna, obok wielu już zgromadzono  na nowe budowanie sterty cegieł lub pustaków. Mówiło się o skansenie w Popławach koło Pułtuska, jakoś nie wyszło. Kiedyś – tak mówiono – zabrakło woli politycznej. Dzisiaj się mówi, że brakuje pieniędzy. Woli też zresztą brakuje, nie tylko politycznej. 





Tak się kiedyś budowało, jeszcze się na trochę na takie budowanie załapałem. Na tych fotografiach udało mi się uchwycić szczyt w geometryczne wzory na budynku ze wsi Porządzie Góry, i w wyższej jego części motyw słońca z promieniami. A we wsi Dąbrowa Trzecie Pole ten motyw słońca jest już zgeometryzowany i nad tym drugim rogale, kończące deski wiatrownic, przytrzymujących strzechę  od zewnętrznych boków. To były malownicze wioski, trochę ich żal, nowe jest jakieś takie bez wyrazu. Warto jednak szukać po przysiółkach, koloniach pod lasem, tam jeszcze coś z dawnej atmosfery puszczańskiej wsi się ukrywa.

Zanim wymyślono rakotworczy eternit, którym epoka gierkowska w PRLu pokryła całą Polskę jak długa i szeroka, budynki wiejskie kryto przede wszystkim słomianą strzechą. Taka bardzo okazała strzecha jest na zdjęciu najniższym, to już nieistniejący dom we wsi Sadykierz koło Obrytego. Stał po drugiej stronie drogi obok kościoła. był przedwojennym dworem i to nie była zwykła chałupa, choć budynek nakrywała słomiana strzecha. Po wojnie służył jeszcze jako wiejska szkoła. Budynek stał jeszcze około roku 2000. Sfotografowalem go kilka lat wcześniej; zdjęcie jest poniżej. 

 

Dzisiaj rolnicy po wsiach nie budują domostw z drewna, pozostawiając tego rodzaju budowanie przybyszom z miasta, osiedlającym się na wsi po to, by wypoczywać i sadzić kwiatki, a nie siać i zbierać zboże. Drewniane jest dzisiaj droższe od murowanego,  budarzy też brakuje i nawet do stawiania letniaków sprowadza się cieśli z Podhala. Szkoda, bo chałupa kurpiowska była udanym tworem, zwracała uwagę doskonale wyważoną proporcją pomiędzy dwuspadowym dachem, a bryłą budynku. Najstarsze chaty nie miały fundamentów i stawiano je wprost na piasku. Później zrąb opierano na luźnych kamieniach lub podmurówce z kamieni. Ściany zrazu stawiano z ociosanych pni sosnowych, później wiązano z cieńszych belek, stosując konstrukcję sumikowo-łątkową, a jest to konstrukcja bardzo stara, znana m.in. z terenu Biskupina z wieków VII-XV przed n.e. Wobec rosnącej ceny drewna poczęto później stosować "sialunek", szalując, tj. obijając ściany pionowymi deskami z zewnątrz. 




Szczyt chałupy kurpiowskiej odróżnia ją od wszystkich innych w kraju i jeżeli np. na Mazurach zobaczy się podobny, nie ulega wątpliwości, iż został tam wprowadzony przez Kurpiów.  Przeciwnie, niż dwory szlacheckie, zawsze niemal stojące do drogi frontem, chałupy kurpiowskie były zwrócone do drogi szczytem. Dlatego też ten szczyt był bardzo ozdobny. Wierzchołek wieńczyły ozdobnie wycięte zakończenia desek "wiatrówek", tzw. rogale. "Śparogi" to określenie z Puszczy Zielonej, w Puszczy Białej nazywano je "rogalami". Były one ważnym elementem zdobnictwa, jak i nieco późniejsze "pazdury".

Rogale miały być może znaczenie kultowe, a swoim zasięgiem przekraczały granice Polski, sięgając Wielkorusi i Skandynawii. Różnorodność form rogali wynikała najczęściej z indywidualnej interpretacji motywów głów zwierzęcych i ptasich. Najpopularniejszym był motyw rogów baranich, także motyw końskich głów, niekiedy toporków. Rzecz charakterystyczna;
ze wszystkich elementów tradycyjnej chałupy kurpiowskiej z Puszczy Białej to był bodajże najpierwszy element, który zaniknął. Cały trójkąt szczytu, zwłaszcza część górną, pokrywano motywami geometrycznymi z niewielkich, heblowanych desek, pojawiał się też niekiedy motyw słońca. Również ozdobne bywały deski i belki konstrukcji, drzwi i okiennice, deski "kożuchowania" tj. okładzin węgłów chałupy, a wreszcie tak wspaniały element zdobniczy, jak gzyms nadokienny.   Różnorodność tego gzymsu, tzw. "koruny", była tak ogromna, że w jednej wsi o stu domach, żaden z motywów się nie powtarzał! Nigdy za mało ozdób - to było naczelne hasło snycerki, używanej w chałupie kurpiowskiej. 





Niezwykłość zjawiska, jakim była chałupa kurpiowska, podkreślony jest przez fakt, iż ten rodzaj budowania trwał niesłychanie krótko, właściwie zaledwie około pół wieku! Chałupy z połowy XIX wieku jeszcze nie miały ozdób. Bogate zdobienie tutejszych chałup zostało przejęte z rozwijającego się zdobnictwa miejskich domów drewnianych i drewnianych willi podmiejskich. Było to echo modnej na przełomie wieków XIX i XX  interpretacji budownictwa letniskowo uzdrowiskowego. Na zachodzie Europy styl ten znalazł najsilniejszy wyraz w pawilonach wystawy wiedeńskiej w 1873 roku i wystawy paryskiej w roku 1878. W Rosji carskiej pojawiło się dodatkowe natchnienie w specyficznym zdobieniu budownictwa ludowego. Zwłaszcza po zakończeniu I wojny światowej, gdy wiele wsi uległo zniszczeniu, pojawili się różni rzemieślnicy oferując usługi, przynosząc nową technikę i nowe wzory zdobnicze, a miejscowi fachowcy musieli się do tego dostosowywać. 




Chałupa rząśnicka ma niewątpliwie najbogatszy program zdobniczy w całym regionie — rzeźbione belki "szczytówki" i "opasia" i imponującą polichromowaną snycerkę. Są w tej chałupie „koruny" ozdobnych gzymsów, z symetrycznie rozmieszczonymi kogutkami i ukwieconymi gałązkami, inne nad oknem ściany szczytowej, inne ponad oknami frontowymi. Jest tutaj zdobione kożuchowanie węgła, a przede wszystkim ganek przyzbowy i drzwi wejściowe, rzeźbione i polichromowane. W stosunku do budowli pierwotnej brakuje zniszczonej już furtki ganku, która była utrzymana w tym samym stylu; widoczna ona jest w wydanej w roku 1972 książce Marii Żywirskiej „Puszcza Biała, jej dzieje i kultura”.


Po zakończeniu pierwszej wojny światowej w budownictwie ludowym nastąpiły wielkie zmiany z powodu zniszczenia wielu wsi. Jak pisał Przemysław Burchard, wtedy z różnych stron zbiegli się rzemieślnicy oferując usługi. Fachowcy ci przynieśli nową, jeszcze doskonalszą technikę budowlaną — i nowe wzory zdobnicze. Miejscowi rzemieślnicy musieli naśladować te wzory, by nie stracić chleba.  Niezwykle często tymi fachowcami byli cieśle i snycerze żydowscy, jak przez Burcharda wymieniony Jankiel Ogórek z Ciechanowca. Jan Zaręba z Rząśnika dobrze podpatrzył modne wzory. Proszę się przyjrzeć tym drzwiom, są niepowtarzalne, nigdzie indziej nie spotykane.  


Do tych wspaniałych drzwi Jan Zaręba dodał jeszcze jeden element: jest to biały orzeł, widniejący pośrodku urodziwej snycerki pod szczytem dachu przyzbowego ganku. Ten orzeł jest niewątpliwie wyrazem radości autora tej realizacji, radości z długo oczekiwanej niepodległości, którą przyniosły ojczyźnie rezultaty dopiero co zakończonej wojny. To również dowód patriotyzmu, tak mocno zakorzenionego wśród Kurpiów. Na coś więcej, niż tylko na oklaski zasługuje ta rząśnicka chałupa.  Czapki z głów, proszę państwa, tak przed budowniczym, jak i przed obecnymi gospodarzami tej chałupy. Bo ona wciąż jest zamieszkała.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


..............