wtorek, 20 czerwca 2023

Łosie z Izabelina

Pośrodku podwarszawskiego Izabelina, na niewielkiej wydmie wśród sosen, stoi niezwykły Izabeliński Łoś. Jest imponującym rozmiarami bykiem o rozłożystym porożu. To olbrzym o ponad 600-kilogramowej wadze. Stanął na tej wydmie rok temu, 11 czerwca 2022 r. Odlana w brązie rzeźba  jest  dziełem wspaniałego polskiego artysty Józefa Wilkonia. Stoi ten potężny łoś  dokładnie naprzeciw Urzędu Gminy Izabelin i przystanku autobusowego linii 210, 20 minut jazdy od stacji metra w warszawskich Młocinach.


Otoczony lasami Puszczy Kampinoskiej Izabelin coraz bardziej staje się powoli dzielnicą Warszawy w ostatnich latach. Jest pełen lasu, o utopionej w zieleni niemal wyłącznie jednorodzinnej zabudowie. Zachodzę często w izabelińskie strony. Odwiedzam przyjazne mi dusze w gmachu dyrekcji Parku Kampinoskiego, a potem idę w las. Izabelińskie bory dają się lubić, są tak bardzo oswojone, typowe dla tych podwarszawskich okolic, żadne tam dzikości, niemal same sosny i dużo jałowca i on jest jakby jedynym elementem podszycia.

Od czasu do czasu, nie za często, ale jednak, spotykam tam łosie. Przyzwyczaiły się do ludzkiego sąsiedztwa, spotykałem je zaledwie o dwieście metrów od zabudowań. Spokojnie sobie leżą, skryte w krzewach jałowca. 

    Któregoś dnia bezśnieżnej zimy przed dwoma laty szedłem czarnym szlakiem od dyrekcji KPN ku wsi Sieraków. Gdybym uważniej nie przepatrywał otoczenia, nie zauważyłbym tych uszu. Niemal tuż obok izabelińskich willi pośród jałowców leżał sobie łoś. Nie podchodziłem bliżej, choć pokusa była, bo nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego z teleobiektywu i tylko zwykłym smartfonem moglem sfocić te sterczące uszy. Być może była to ta słynna izabelińska łosza, którą tutejsi nazywają Lucyną. Być może była w ciąży, do porody były jeszcze trzy miesiące, po co miałem ją niepokoić. Dla jednego zdjęcia? 

Zapewne w kwietniu lub początkach maja przyszedł na świat piękny  łoszak. Być może to ten, którego razem z matką oglądałem późnym listopadem też z czarnego szlaku i  zaledwie o kilkaset metrów od tego miejsca, w którym fotografowałem uszy jego matki.  Zapewne tę samą łoszę z łoszakiem spotkałem kilka lat temu, Było nas kilkanaścioro, oba zwierzęta dawały się fotografować, prawie nie zwracając na nas uwagi. Obżerały się igliwiem z nielicznych i akurat tam rosnących świerków i podejrzewam, że były dla nich smakołykiem, jak dla nas markowa, szwajcarska czekolada.


 Jaki z tego wniosek? Ano taki, zostawmy l osie w spokoju. Nie ganiajmy za nimi po puszczy. Zwierzę jak człowiek, spokój w swoim domu mieć musi. Łosi niepokoić się nie powinno, a zobaczyć je można nie opuszczając szlaku turystycznego. Opowiadano mi w Izabelinie, że łosie niekiedy można spotkać, jak chodzą asfaltowymi uliczkami osiedla i zażerają się egzotycznymi iglakami, rosnącymi za ogrodzeniami izabelińskich willi. Sfotografowano łoszę z łoszakiem, gdy zwierzęta stały tuż obok gmachu dyrekcji parku kampinoskiego, obok wejścia do gmachu, pod umieszczoną na murze budynku czerwoną tablicą z nazwą Kampinoski Park Narodowy! Fantastyczna sprawa; symbol parku przyszedł do jego dyrekcji.

Łosie zdają się być w Izabelinie codziennością. Chociaż wędrując po okolicy, co czynię zresztą dość systematycznie, nie potykam się o te zwierzęta, ale że są łosie mieszkańcami tej okolicy, przekonują się jednak często. Na początku lutego 2023 roku zobaczyłem minutowy filmik z You-tuba. Coś nieprawdopodobnego. Filmik nakręcony jest przez kamerę, umieszczoną przy przedniej szybie samochodu. Sporo ludzi takie coś montuje w swoich autach. Zapewne na wszelki wypadek, jakby się co zdarzyło, to mają dowód. No i się zdarzyło.

Auto jedzie od Lasek w kierunku Izabelina. Dojeżdża do jedynego w Izabelinie ronda o nazwie „Rondo łosia”. A na rondzie dwa najprawdziwsze, żywe łosie, jeden z nich to młodziak. Drugi to zapewne matka. Zwierzęta zażerają się posadzoną tam kosodrzewiną i zupełnie, ale to zupełnie nie przejmują się tym, co się dzieje. Auta ruchem okrężnym okrążają rondo, swoimi telefonami fotografują zwierzęta. Jakiś facet zaparkował tam, gdzie nie można, zostawił auto i podbiegł do łosi. I tak sobie myślę: zupełnie możliwe, że to Lucyna, która od lat swoje młode wprowadza do wielkiego świata i teraz z kolejnym przyszła po swoje. Ona zawsze lubiła iglaki. Sosną nie gardziła, ale na tym rondzie e posadzono niezwykły dla niej rarytas: nisko płożącą się tatrzańską kosodrzewinę.  

  Dwa łosie na Rondzie Łosia w Izabelinie

..............................................


niedziela, 18 czerwca 2023

 Król Jagiełło pod Samicami.

Ta droga (ze zdjęcia powyżej) prowadzi od wsi Samice ku pozostałościom drewnianego młyna wodnego nad Rawką.  Wieś, której zarysy także widać na tym zdjęciu,  ciągnie się zachodnim obrzeżem doliny Rawki. A tuż za rzeką, na jej drugim brzegu, za plecami fotografującego. zaczynają się lasy Puszczy Bolimowskiej. Niemal  tuż  za rzeką jest wzgórze z krzyżem, prawdopodobne miejsce pochówku żołnierzy z I wojny. Sporo historycznych wydarzeń miało tu miejsce. A jest to, tak naprawdę, poza najbliższymi sąsiadami, mało kto wie o tych Samicach nad Rawką. Nawet ci najbardziej zapamiętali odkrywcy miejsc znanych mało albo nieznanych zupełnie.

Od 5 maja w roku 1410 r. trwała wędrówka króla Władysława Jagiełły z Krakowa pod Czerwińsk, gdzie  z przybyłymi z Jagiełłą wojskami małopolskimi  połączyły się oddziały litewskie, mazowieckie i wielkopolskie, aby wspólnie wyruszyć na spotkanie z Krzyżakami pod  Grunwaldem. 

Król Jagiełło z pomnika we wsi Jedlnia Kościelna pośrodku królewskiej Puszczy Kozienickiej 

W nocy z 26 na 27 czerwca, jeden z obozów na trasie tej wędrówki wypadł nad Rawką pod Samicami.  Jak pisał Jan Długosz, „We czwartek król polski Władysław rusza po śniadaniu z Wolborza z oddziałami i zastępami swoich wojsk. Pierwszy postój urządził w Lubochni, w piątek w Wysokienicach, w sobotę przybył do arcybiskupiej kopalni rudy żelaznej i do wielkiego stawu rybnego zwanego Sejmice".

 Z ową kopalnią rudy darniowej niewątpliwie ma związek nazwa wsi Ruda, na której terenie istnieje dziś przystanek PKP Skierniewice-Rawka. Zaś Sejmice to dzisiejsze Samice. "Tam piorun zabił kilka koni i jednego człowieka, a drugiego pozostawił pół żywego. Misę w namiocie rycerza Dobiesława z Oleśnicy pełną gotowanych ryb zniszczył doszczętnie w obecności wielkiej liczby spożywających posiłek przy stole, nikomu jednak z biesiadujących nic złego nie zrobił". 

Można się domyślać jakie wrażenie uczyniło to na kilkunastotysięcznym wojsku Jagiełłowym, skoro Długosz - piszący wiele lat później, wszak urodził się w 1415 r. - tyle miejsca poświęcił Samicom. W gruncie rzeczy zupełnie niczym od innych nie wyróżniającej się wiosce pośrodku nizinnej Polski. Zapewne, tak sobie myślę, na tych polach, które widzicie na tym zdjęciu, stanęły tabory królewskie. 

A w tej samej rzece, którą  w tym blogu umieściłem poniżej tego tekstu, a więc w tej wodzie Rawki, poili swoje konie i siebie ci wszyscy, którzy z królem wtedy wędrowali. Chociaż monarsze i towarzyszącym mu znaczniejszym rycerzom i dostojnikom zapewne wodę do ich namiotów przynoszono z pobliskich wiejskich studni. Na pewno wyglądało to wszystko inaczej, to zrozumiałe, było to wszak bardzo dawno, niemal dokładnie przed siedmiuset dwoma laty. Ale przecież to były te same pola i ta sama rzeka. I tak sobie dumam; niby nic ciekawego fotografowałem, ot, po prostu zwykłe pola, brukowana polnym kamieniem droga, granatowa woda rzeki pośród bujnej zieleni. Niby nic. A przecież... No właśnie.   


......................................................


sobota, 17 czerwca 2023

U ujścia Raszynki do Utraty


Blisko Pruszkowa, na południe od wypasionych willi w osiedlu Malichy. jest miejsce w którym Raszynka uchodzi do Utraty. To podmiejska okolica, i  terra incognita dla większości z uprawiających turystykę warszawiaków.  O Utracie wie niemal każdy Polak, zna jej nazwę, jest związana z Fryderykiem Chopinem. Stamtąd, gdzie Raszynka do Utraty uchodzi, jeszcze daleko do chopinowskiej Żelazowej Woli. Zanim tam dopłynie będzie jeszcze Pruszków na obu jej brzegach i kilka innych miejscowości, które powodują, że Utrata jest jedną z najbardziej zanieczyszczonych rzek w województwie mazowieckim. O Raszynce wie się mniej, o rozbudowanym nad nią Raszynem więcej, a tak w ogóle to w przeszłości sporo się tej  okolicy działo. 

Falęcka Grobla na Stawach Raszyńskich, na niej miało miejsce decydujące starcie sławnej bitwy w 1809 roku


Okolice te były  teatrem jednej z najważniejszych bitew, jakie zostały stoczone na ziemiach polskich. To pole bitwy raszyńskiej, gdzie „Woyska Narodowe oparły się mężnie ogromney Nieprzyjaciół Potędze”. 19 kwietnia 1809 roku  w okolicy starły się wojska ks. Józefa Poniatowskiego w sile 12 tysięcy żołnierzy z dwukrotnie liczniejszą armią austriacką Ferdynanda d'Este. W ścianach raszyńskich zabytków są wmurowane kule armatnie z czasu bitwy. Raszyn wciąż jeszcze tą bitwą żyje. Wciąż trwają szańce artyleryjskie wojsk polskich, w samym centrum osiedla.

Pamiętam czas, dawno to było, ponad sześćdziesiąt lat temu, przyjeżdżało się na łąki nad Raszynką, aby przyglądać się tokowiskom batalionów bojowników. Na przelotach ku swoim miejscom lęgowym zatrzymywały się na kilka dni nad Raszynką, zbierały siły przed dalszą podróżą, a barwne samce, każdy w innej szacie godowej, walczyły ze sobą zawzięcie, jak to one mają w zwyczaju. Całymi szykami, batalionami, jak to ptaki te mają w zwyczaju... 

Absolutna przeszłość. Bataliony bojowniki powoli też już stają w Polsce przeszłością. Podobno nawet nie zatrzymują się u nas na lęgi. Nawet na słynnych biebrzańskich bagnach.

e t
Rezerwat Stawy Raszyńskie

Dzięki Raszynce powstały raszyńskie stawy hodowlane,  stawów jest jedenaście, pierwsze z nich powstały już w roku 1784. W stawach hoduje się ryby, istotą istnienia raszyńskich stawów jest hodowla ryb, ptaki są tylko dodatkiem, jednak z biegiem lat dodatek ten przestał już grać role epizodyczne i to z powodu  ptaków, które na tych stawach bytują, w roku 1978 utworzony został rezerwat przyrody i dla podziwiania tych ptaków, a nie karpi, została urządzona nad stawami ścieżka turystyczna z pobudowanymi na niej ambonami obserwacyjnymi, pozwalającymi znakomicie na obserwację ptasiego towarzystwa, pływającego i fruwającego w rezerwacie.  na co popatrzeć, rozkoszne to widoki. Ptasia arystokracja tam bytuje, jest nawet Wyspa Kormoranów, jak na Mazurach. 

Wyspa Kormoranów na Stawach Raszyńskich

Nie wiecie, co posiadacie, drodzy warszawiacy. Sporo egzotyki da się odnaleźć o kilka kroków od swojego domu. Sporo niespodzianek kryje się tu jeszcze przed nami. Zadziwiający bywa świat wokół nas. Może niekoniecznie trzeba daleko wyjeżdżać? 

Podmiejska zabudowa wchłania okolicę, ale przyroda wciąż się trzyma i to wcale dzielnie. Chociaż to już całkiem inna okolica. A była wiejska, polna i łąkowa. Przeszło pół wieku temu na jej szczątki się jeszcze załapałem. Okolicę tę, taką jaka kiedyś była,  najpiękniej opisał  w „Popiołach” Stefan Żeromski; on miał wyjątkowe ucho na krajobraz, znał swoją ojczystą ziemię jak mało kto, także i tę ziemię nad Raszynką. 

 „Zaraz pod Puchałami zaczynały się torfowiska, w których koń od samego brzegu po tybinki zapadał... Długie rudawiska ciągnęły się stamtąd aż po wieś Tworki i Pruszków. Ogromny park, drzewa dzikie, rozrosłe w las nad stawami Pęcic; ginęły jeszcze w śniadych tumanach. Kiedy niekiedy wynurzały się z nich wielkie zastępy drzew i kryły znowu w tajemnicze półmroki. Tylko aleje starych lip na piaszczystych wzniesieniach, prowadzące w stronę Komorowa, stały już w błękitnym przestworzu.... Nad długimi szyjami i gardzielami torfowia, które warzyło się w cieple wstającego dnia i kurzyło od oparów; śmigały wciąż wesołe pokrzyki i radosne loty czajek.” 

Współcześnie nad Utratą koło Pruszkowa


Szedłem z jej biegiem nad wpuszczoną w kanał chopinowską Utratą, rosły nad nią stare drzewa, woda płynęła wcale czysta i pod Malichami, Tworkami, Pruszkowem szalały nad Utratą bobry, co drugie drzewo siatką zabezpieczono przed ich żarłocznością. A  później były znane nam (szczęściem tylko teoretycznie) Tworki, a za nimi (nadal nad Utratą) Park Potulickich, duma władz Pruszkowa. 

Dróżka nad stawem w Parku Potulickich w Pruszkowie

Zaprzyjaźnieni ptasiarze mi mówią, że rzadko widywane ptaszywo  zalatuje do miasta Pruszków; na pruszkowskich stawach  pojawia się ślepowron i śmiga zimorodek nad pruszkowską Utratą w parku pośrodku miasta. To zdjęcie użyczyła mi do tego blogu zaprzyjaźniona ptasiarka, która specjalnie do Pruszkowa po tego zimorodka pojechała; dziękuje ci Ulu za tę fotografię. Ja tam też byłem nad Utratą w Pruszkowie,  zaraz po tobie, ale ptaka nie zoczyłem. 

Rzadka rzadkość, czyli zimorodek w centrum Pruszkowa

  ...............................................................



piątek, 16 czerwca 2023

 Stara wierzba z Żelazowej Woli.

 


   Rośnie ta wierzba w parku, otaczającym dom urodzenia Fryderyka Chopina  w Żelazowej Woli. Ten park, w obecnym kształcie skomponował  po 1931 r. prof. Franciszek Krzywda-Polkowski. Zgromadzono  w nim rośliny z całego świata, w ten sposób symbolicznie składającego kompozytorowi. Ale jest i ona,  jedno z najbardziej polskich drzew – wierzba. Godnie się starzeje ta dwupienna wierzba krucha  o imponującej urodzie.     

Wierzbo ty moja, którą wiek on stary Mianem przyodział najpiękniejszej wiary - pisał Teofil Lenartowicz. - Pszczoła na ciebie nie zabiega skrzętna I chrząszczyk tylko twych się czepia liści, A ty mi przecież najwięcej pamiętna I ty mi jedna szumisz najojczyściej. Drzewino biedna.”

Wierzba jest jednym z  bardziej pospolitych drzew w Polsce. W Polsce rośnie 28 gatunków wierzb oraz ich liczne mieszańce, na świecie około trzystu. Wierzby kruche rosną przede wszystkim w lasach łęgowych wzdłuż rzek, często tworząc tam wraz z topolami duże skupienia. Występują również wzdłuż dróg, nad stawami. Często są sadzone i na miedzach i przy drogach bywają ogławiane.  W pniach wierzby kruchej nader często tworzą się dziuple, chętnie wykorzystywane przez gniazdujące w nich ptaki. Z ukryć w popękanych pniach korzystają zające, jeże i liczne drobne gryzonie. W próchnie zimują padalce. Na przedwiośniu pyłek z kwiatów wierzbowych jest ważnym pożytkiem pszczelim. Wierzba krucha jest też rośliną leczniczą. Zielarze wykorzystują jej korę. W medycynie ludowej wykorzystywano korę wierzby jako środka ułatwiającego zasypianie i uspokajającego. 

Jarosław Iwaszkiewicz pięknie pisał o Żelazowej Woli i Chopinie, poeta żył jego muzyką. O ziemi mazowieckiej też pisał pięknie. "Myślę, że nie doceniamy mazowieckiego pejzażu.  Przyznać trzeba, że jest on mało efektowny. Ale tai w sobie te drobne niuanse, te delikatne odcienie kształtów i barw, które się dopiero widzi i ocenia, kiedy się z tym pejzażem zżyje tak głęboko, jak tylko może się zżyć stały mieszkaniec tych okolic.

Wierzba, jak i sosna, to dwie siostry naszego pejzażu, jest ważnym jego akcentem. Czymś więcej, niż tylko drzewem. Wierzbie poświęcił odrębny cykl zatytułowany Garść liści wierzbowych  w tomie Mapa pogody. W jednym z wierszy jest taki wers: „Straszno wszystkim kto nie wierzy w wierzby łaskawego ducha”. Dobrze, że ona tu jest, że ta wierzba wciąż żyje i duma w żelazowolskim parku. I ja, patrząc na nią, mogę sobie podumać. Nie tak, jak  poeta, aleć zawsze. Napatrzeć się więc na tę wierzbę nie mogę, na ten cały chopinowski,  towarzyszący jej zakątek mazowiecki. I nie wiem, czy jeszcze ją zobaczę. Niestety, mój pesel nie daje się oszukać, a piasek w mojej klepsydrze nieubłaganie się przesypuje...

...........................................................


czwartek, 8 czerwca 2023



Boże Ciało w Łowiczu

     Cały Łowicz kolorowy - w jednym ze swoich wierszy wołał w zachwycie Jan Lechoń. I miał rację, gdy dalej pisał w tym wierszu tak: Nie gardenie ani lilie, Nie Italie, nie Brazylie, Tylko jaskry, tylko mlecze  Wśród zielonych trawy smug. Ziemia Łowicka jest synonimem Polski. Jak Podhale określa nasz krajobraz górski, tak łowickie polskie niziny. Administracyjnie łowickie leży na terenie województwa łódzkiego, nie mazowieckiego, ale to Mazowsze w każdym calu. A co w Łowiczu najbardziej polskie i mazowieckiego, to dochodzi do głosu w uroczystość Bożego Ciała. Słynie Łowicz z procesji kościelnej w której uczestniczą Księżanki w barwnych strojach ludowych. Może nie tak okazałe, lecz równie interesujące są procesje eucharystyczne w niektórych podłowickich wioskach, w Złakowie Kościelnym i w Lipcach Reymontowskich.

      „Niech pan przyjedzie do nas na procesję w Boże Ciało - mówiła mi jedna z lipeckich niewiast, gdy byłem tam zeszłą jesienią. - Kolorowe wtedy są Lipce, wszystko się kolorami mieni, niech pan przyjedzie i zobaczy. Koniecznie. Cały nasz zespół w procesji idzie, pięćdziesiąt osób, wszyscy na ludowo.”  Ten wiejski zespół regionalny o nazwie "Wesele Boryny" został założony w roku 1932. Kawał czasu ! Śpiewają i tańczą w nim mieszkańcy Lipiec i okolicznych wsi, ojcowie i ich dzieci, a potem dzieci tych dzieci. Lipecki zespół jest niewątpliwie zjawiskiem niezwykłym i jest poruszająca ta świadomość konieczności nieustannej prezentacji tego samego od lat widowiska, nawiązującego do tradycji i do narodowego dzieła literatury. 
 

 
        W Łowiczu uroczystość w świąteczny dzień Bożego Ciała jest   nadzwyczajna. Słyną swoimi świętami i obrzędami miasta europejskie, w Sewilli jest Santa Semana, Fallas są w Walencji, cud świętego Januarego w Neapolu, kwietne dywany na rynkach swoich miast tworzą Flamandowie... Podziwiałem na ulicach Arles piękne  Arlezjanki w swoich strojach.  Łowicz jest tej samej klasy. Łowiczanki nie gorsze od Arlezjanek. Od Andaluzyjek również. Inne są Księżanki. Nasze są one. Polskie.  
Podniosła uroczystość religijna i wielkie święto księżackiej kultury i tradycji, cały jest Łowicz kolorowy. Fot.L.Herz

       W dzień Bożego Ciała wszystko jest w Łowiczu nieprawdopodobnie polskie i bardzo cudne jest pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Bo to przede wszystkim podniosła uroczystość religijna, gdy procesyjnie miasto obchodzi Pan Jezus w monstrancji. W Łowiczu towarzyszą  mu biskupi w czerwieni, kanonicy w fioletach, kawalerowie maltańscy w bieli długich płaszczy z krzyżami maltańskimi oczywiście, jakiś ambasador w galowym mundurze się trafi poniektórymi laty. Idą w procesji kombatanci ze sztandarami. Orkiestra  gra jak należy, choć kolejarska, a nie strażacka. I bernardynki w swoich habitach idą procesyjnie. I wyrasta nad łowickimi ulicami las feretronów, niesionych w asyście sznurów pięknych niewiast w ludowych strojach, a każda ma na sobie kilogramy wełniaków. Hafty oko oglądających cieszą, a hafty na nich wspaniałe i wstążki przy gorsetach czerwone. Starsze panie chusty mają pięknie na głowie zawiązane. I tę ludowość uzupełniają niektóre niewiasty pierścionkami, po jednym na każdym palcu, a każdy palec ozdobiony pazurami długimi prosto od pazurzystki, czerwienią z onymi wełniakami się uzupełniając. Ot, współczesność... 

Święto wielkie jest w Łowiczu. Fot.L.Herz

       A potem jest jarmark na błoniach nad Bzurą. Chociaż w porównaniu z przeszłymi laty bardzo się wszystko zmieniło,  wciąż jest to ludowe i przaśne, acz  mocno współczesna jest ta przaśność. Setki kramów z plastikową tandetą, lody waciane na patyku, karuzele, nawet młyn diabelski jeszcze bardziej diabelski niż zwyczajnie diabelski. Piszczący ludzie głowami zwisają u zenitu diabelskiej drogi. Obok  jakieś inne czartowskie urządzenia, potrząsające człowiekiem za jedne dziesięć złotych od kwadransa. Moc rozrywek dla dzieci, jakieś przemyślne huśtawki i lonże, różne gabinety śmiechu i strachu. Dla dorosłych było piwa moc i miejsc do piwa picia też niemało. Zawianych rodaków jednak nie widać. Magia tego dnia świątecznego?  

            

 

środa, 24 maja 2023

Wyspy Zawadowskie


 

Chociaż wyspy te znajdują się częściowo w granicach Warszawy, mało kto z warszawiaków wie o tym, że w ogóle one są. Gdzie jest Puszcza Kampinoska, wie o tym niemal każdy.  Chociaż nazwie puszczę Kampinosem i w tym przypadku o wieś Kampinos mu nie chodzi, przecież o co mu chodzi wiadomo. Las, to jest las. A na dodatek to jest park narodowy, a taki park narodowy to nie byle co. Myślę niekiedy, dość paskudnie zresztą, że ochrona przyrody jest jak wąż, zjadający własny ogon. Dopiero, gdy przy jakimś przyrodniczym obiekcie postawimy tabliczkę z napisem, że to pomnik przyrody, rezerwat lub park narodowy, wtedy dopiero poczynają ludzie ciągnąć ku niemu!  


Wyspy Zawadowskie od roku 1998 znajdują się w rezerwacie, utworzonym na Wiśle. Jednym z wielu wiślanych rezerwatów mazowieckim odcinku rzeki! A dając rezerwatowi nazwę,  są jego ozdobą. Celem utworzenia rezerwatu - powiada Wikipedia - jest ochrona ekosystemów wodnych w korycie środkowej Wisły, o charakterze naturalnym lub zbliżonym do naturalnego. Jest też miejscem gniazdowania i żerowania rzadkich gatunków ptaków oraz ostoją zwierząt związanych ze środowiskiem wodnym. 

Od roku 2004  niemal cała mazowiecka Wisła wraz ze swoimi brzegami,, nie tylko w tym rezerwacie, znalazła  się  w granicach jednego z europejskich obszarów ochrony przyrody Natura 2000. mazowiecki odcinek Wisły jest chroniony jako obszar specjalnej ochrony ptaków pod nazwą Dolina Środkowej Wisły. W roku 2004 przystępując do Unii Europejskiej, nasz kraj  urodę królowej polskich rzek ofiarował całej zjednoczonej Europie, wniósł ją w posagu jako nasze narodowe dobro. 


„Pod względem stopnia naturalności, bogactwa przyrodniczego i piękna krajobrazu ze środkową Wisłą na terenie Unii Europejskiej może konkurować jedynie Loara” – pisał dr Przemysław Nawrocki. Jest to rzeczywista ostoja dzikiego ptactwa lęgowego i przelotnego pomiędzy Dęblinem a Płockiem. Wielkie piaszczyste łachy są siedliskiem wielu gatunków mew, rybitw i sieweczek, a największe z wysp są porośnięte zaroślami wierzbowymi i topolowymi.  W Dolinie Środkowej Wisły gniazduje około 50 gatunków ptaków wodno-błotnych. Występują tu co najmniej 23 gatunki ptaków ważne w skali europejskiej. Ptasiarze są zachwyceni. A zwykli zjadacze chleba odnajdują tam po prostu niecodziennie piękny krajobraz. I to tuż obok wielkiego miasta!


 Wybrałem się tam ostatnio, aby odwiedzić  praski brzeg Wisły, na południe od mostu Anny Jagiellonki.  Podwarszawskie rezerwaty   „Wyspy Zawadowskie” i sąsiadujące z nim "Wyspy Świderskie", jawiły mi się jako argument za sensem powołania parku narodowego nad Wisłą. Zapatrzeni w jedyność i nadzwyczajną niezwyczajność Puszczy Kampinoskiej (skądinąd naprawdę nadzwyczajną)  powinniśmy się przyjrzeć niezwykłości tamtego, wislanego krajobrazu...



 „Rozległe, bezustannie wędrujące ławice piasku omywane podzielonymi strugami nurtu, tworzą trudny do przepłynięcia  labirynt wodny. Zatopione drzewa machają z głębin mocarnymi konarami ― odnotowuję z internetu: w portalu jawisla.pl.   ―   Wiry wycinają w dnie osiemnastometrowe studnie, na których dnie stukilowe sumy spokojnie czekają na żer. Archipelag Wysp Zawadowskich jest jednym z najcenniejszych przyrodniczo miejsc w stolicy Polski. Wisła trzy razy szersza niż w Śródmieściu, a to wciąż Warszawa. Bieliki przylatują tu aż z Kępy Radwankowskiej, by upolować gniazdujące na jednej z wysp mewy. Często spotkać można czarnego bociana i czaplę. Bobry pozują do zdjęć. W tych rezerwatach ochronie podlegają przede wszystkim miejsca gniazdowania ptaków.” 


 Nie jest tak łatwo zwrócić uwagę na  wyjątkowość tej naszej, warszawskiej Wisły. Ale i na konieczność ochrony tej wyjątkowości. Ale to się dzieje. Za sprawą ludzi, którym się chce. "Aby chronić Królową Rzek Wisłę, a ludziom przywrócić radość obcowania z Nią" założył Fundację Ja Wisła jeden z takich, którym się chce, nazywa się Przemysław Pasek. Wyprzedził swoimi działaniami to, co powinny robić stosowne urzędy od ochrony środowiska. A cele fundacji Ja Wisła są proste: ochrona naturalnego biegu Wisły i unikatowych wartości przyrodniczych doliny Rzeki, zachowanie nadwiślańskiego dziedzictwa kulturowego, kultywowanie tradycji i promocja kultury oraz kształtowanie prawidłowych relacji pomiędzy ludźmi a Rzeką. I to ostatnie jest chyba najtrudniejsze.

Na brzegu Wisły, z widokiem na Wyspy Zawadowskie, opowiadał mi o terenowej pracy wolontariuszy z fundacji Ja Wisła. O ustawianiu czerwonych tablic z orzełkiem w koronie i napisem "Rezerwat przyrody". O wkopywaniu metalowych słupków w ziemię pod te tablice,  obkładaniu ich kamieniami,  aby uchronić je przed wyrwaniem, zalewaniu tych kamienie betonową zaprawą. I o tym, że tablice były systematycznie niszczone. "Ale - mówił mi Zdzisław Smoliński - ta akcja przyczyniła się znacznie do zmniejszenia obecności w tym rejonie quadów, samochodów terenowych i motocykli. A mieszkańcy i turyści dowiedzieli się o istniejącym rezerwacie."  


 

Powalającą urodą jest dróżka wiodąca brzegiem rzeki. Im dalej od Warszawy, tym mniejsza szansa na spotkanie innego człowieka. i bardzo łatwo się można zatracić w urodzie nadwiślańskiego  krajobrazu. Niezależnie od pogody nawet. Myślę, że również  przy ciemnych chmurach, kłębiących się dramatycznie nad głową. Chociaż – to oczywiste – przy wiosennej zieleni i w słońcu jest najbardziej.  Szedłem tam dopiero co dniem pogodnym, był maj, słowiki kląskały,  przyroda się do mnie uśmiechała, byliśmy ze sobą w niezłej samotności, tylko ja i ona, sama radość. 

 

Na czym polega wielkość naszej Wisły?  Dla nas, dla laików, wartość oglądanych obrazów naturalnej przyrody nad Wisłą jest równa wartości obrazów z głębi naszych Tatr.  Chociaż tak zupełnie od siebie się różnią. Innymi pędzlami malowała je Matka Natura albowiem. Zapwne zresztą nie zdajemy sobie z tego sprawy. A warto przy tym pamiętać, że urodziwych gór skalistych w Europie nie brakuje, zaś Wisła jest jedyną dużą rzeką nizinną o takiej skali naturalności w całej wspólnocie europejskiej!


 Przyrodnicy postulują utworzenie parku narodowego rzeki Wisły, najlepiej właśnie tutaj, w środkowym jej biegu,  na Mazowszu w okolicach Warszawy. Wisłę w Warszawie oczywiście trzeba sobie odpuścić, ale to co powyżej i poniżej miasta to już zupełnie inna sprawa. Pławba cicho płynącą łodzią po rzece, albo wędrówka nadbrzeżnymi dróżkami nawet największemu laikowi uzmysławia jak bardzo słusznym jest postulat utworzenia tego narodowego parku. Bo ten krajobraz jest naprawdę wielkim dobrem narodowym.


Jak to powiedział poeta? „Piękna nasza Polska cała/ Piękna żyzna i niemała! Lecz najmilsze i najzdrowsze / Przecież człeku jest Mazowsze.” Wincenty Pol się poeta nazywał. Wiedział, ci on, co mówi. 

Jest jednak jedno „ale”. Poeta nie wiedział jeszcze, że lud kiedyś zrozumie czym może być przyroda jako miejsce rekreacji, pikników z grillem w roli głównej, wędrując dróżkami z pieskiem przy nodze lub „na siagę” pomykać przez tę przyrodę na rowerach. A jak będzie tu park narodowy, to coś się zyska, ale coś się straci. To prawda, powstaną wygodne ścieżki, punkty widokowe się zagospodaruje we właściwych miejscach, będzie więc tak, ażeby ludziom było dobrze, a przyroda rosła sobie zdrowa i coby ptacy mieli gdzie chować swoje młode. A jak to wszystko już będzie zrobione jak trzeba, może nawet pomyśli się o biletach wstępu, aby dać mi prawo całkowicie legalnego podziwiania urody nadwiślańskiego krajobrazu, jak ma się to za pieniądze zagwarantowane w takich na przykład Tatrach. Tyle że wtedy tu już nie będzie tak, jak miałem ja to teraz, gdy mogłem zobaczyć i przeżyć ten krajobraz,  w majowej pogodzie i przyrodzie wędrując nad Wisłą ze Świdrów Małych do warszawskich Błot. Zapewne nie mam racji, być może się mylę i źle to widzę, ale niekiedy myślę, dość paskudnie zresztą, że ochrona przyrody naprawdę bywa jak wąż, zjadający własny ogon...  


............................................................................................

środa, 3 maja 2023

 Chwalcie łąki umajone....


Jest maj, jadę w Mazowsze, w widły Narwi i Bugu, ku Puszczy Białej. Dzień jest chłodny, ale słoneczny i przyjazny. Jadę ku majowym łąkom uroczyska Pulwy obok Sieczych, w oceanie zielonych traw złocą się tam miriady kwiatów.  A obok tych łąk rośnie puszcza. Więc jadę w tę puszczę, którą dawniej zwano „dziadowskim morzem” z powodu ogromnej tam piaszczystości. Tam i sosny rosną na piachu i w piachu toną wioski, które w nich pousadzano. Ale sosny bywają dorodne, kłaniają się niebu.  

   Jadę przez tę puszczę, przez śródleśne łąki,   przez wioski i  las, a na swojej drodze mijam przydrożne kapliczki. Czasem niewielkie, powieszone na drzewach, czasem większe, posadowione na ziemi  domki z daszkiem, w których wnętrzu umieszczono  święte obrazki, rzadziej figurki. Żadne to dzieła sztuki, ot, po prostu obrazki wycięte z kolorowej katolickiej prasy, albo kupione na odpuście, może w sklepie z dewocjonaliami przy którymś z odwiedzanych sanktuariów. Króluje w nich, oczywiście, wizerunek Matki Boskiej. majowymi wieczorami spotykają się przy takich kapliczkach miejscowe kobiety. Śpiewają .„Chwalcie łąki umajone” i „Chwalcie z nami Panią Świata, Jej dłoń nasza wieniec splata” oraz „I co czuje, i co żyje, Niech z nami sławi Maryję!”    

    Dolinka Tuchelki z malowniczymi stawami i otaczająca je puszcza odgraniczają wioskę Osuchowa Nowa od ważnej szosy. Ta szosa jest od niedawna drogą ekspresową, to szlak międzynarodowy, tędy się jedzie na Litwę, Łotwę i do Estonii. Z polskiej stolicy do Nowej Osuchowej niedaleko, wujek Google podpowiada mi, że tylko 85 km i samochodem zaledwie 55 minut jazdy. Ale jak się własnego samochodu nie ma, to się do otoczonej puszczą wsi za żadne skarby nie da się dojechać komunikacją publiczną.  


    Osuchowa jest jedną z najstarszych miejscowości położonych w samym sercu Puszczy Białej. Pierwotna nazwa wsi brzmiała Osuchowo, od rdzenia ‘osuch’ oznaczającego podmokłą wysepkę powstałą po opadnięciu wód i osuszeniu terenu. Stareńka to wioska, czapki z głów szanowni państwo!  


 

 

Pierwsza udokumentowana wzmianka o wsi pochodzi z 1203 roku, choć istnieją dokumenty świadczące o tym, że zapewne założono ją  dużo wcześniej. Z biegiem lat miejscowość rozrosła się do dwóch samodzielnych Osuchowych; starsza jest  Stara, a Nowa jest nowsza. W świadomości mieszkańców jednak wieś dzieli się jeszcze dodatkowo na dzielnice. Osuchowa Stara obejmuje dzielnice: Zastruże, Ugorek i Lipniki, zaś Nowa Osuchowa: Wilkową, Kapkas, Podborze, Kobusówkę, Kąt, Gościniec.


 Od lat najważniejsza jest jednak Kaplica, stojąca pośród lasu nad stawami w dolinie Tuchełki. Wśród rosnącego tam lasu ukazała się Matka Boska. To było w roku 1910. Trzy dziewczyny wracały z nauki katechizmu z parafialnego kościoła w Porębie. To szmat drogi, będzie od Osuchowej dobrych kilka kilometrów. W lesie nad Tuchełką, już blisko rodzinnych domów, dziewczęta ujrzały złote promienie spływające z nieba, zdobione kolorami tęczy. Z nich wyłoniła się postać niewiasty, ubranej w białą suknię, przepasaną błękitną szarfą. Jej ramiona okrywał biały płaszcz spięty pod szyją złotą klamrą. Z każdego palca spuszczonych ku dołowi rąk spływał złoty promień. Wokół głowy postaci znajdowało się piętnaście kwiatów białej róży. 

   W następne dni widzenia miała Marianna Andryszczyk. Towarzyszyło jej wielu ludzi, odmawiali wspólnie z dziewczyną różaniec. Ale ludzie nie widzieli Matki Boskiej, tylko  niezwykłą jasność. Wszystko to, co zdarzyło się potem, przypomina inne, bardziej znane objawienia. Tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej w roku 1914 Matka Boska ukazała się trzymając miecz w prawej dłoni, a jej oblicze było przejęte smutkiem: „Zagniewany jest Syn Mój na cały świat, wymierzona już kara na ludzkość”. I tu Matka Boża podniosła miecz do góry, zwracając się kolejno na cztery strony świata, wskazując mieczem na południe, wschód, północ i zachód. Następnie oczom Marianny Andryszczyk ukazał się obraz bitwy i wielkiego rozlewu krwi oraz leżących trupów. Wszystko to zostało dokładnie opisane, jest pełne wiary. Pisane naiwnym językiem opisy są dostępne  w internecie.  
    Naznaczone cudami dzieje sanktuariów w Polsce nierzadko zawierają relacje o objawieniach Matki Bożej. Autentyczność tych fenomenów została potwierdzona przez Kościół jedynie w przypadku Gietrzwałdu Warmińskiego. W pozostałych miejscach kultu lokalni biskupi zgodzili się na modlitwy lub wzniesienie świątyni, bez orzekania o prawdziwości objawień. Można w to wierzyć, można wątpić, rzecz normalna – wiara  jest czymś najbardziej własnym. 


 

    Na przestrzeni tylko XX-go wieku, naliczono prawie czterysta ukazań maryjnych  (rzekomych), i dwieście w okresie lat 1944 – 1993. Jednym z nich jest objawienie w Osuchowie.  Ale to miejsce jest, istnieje, gromadzi wiernych. Akurat wtedy, gdy tam byłem, różańcową dróżkę wiodącą przez las ku kaplicy przechodziły modlitewnie kobiety, które autobusik przywiózł tutaj z Nowego Dworu Mazowieckiego. W Kaplicy po obu stronach obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej wiszą wota, podziękowania za doznane łaski. Srebrne serduszka, różańce, niewieście korale. Są bardzo liczne. 


    Położona pośród Puszczy Białej wioska Osuchowa to miejsce budzące moc myśli, refleksji. Można kpić z tej wiejskiej, polskiej wiary. Można. Ale są faktem te wota liczne, materialne podziękowania, powieszone w podzięce w Kaplicy i te kobiety, jak magiczny zabieg odmawiające cząstki różańca przy  kapliczkach, rozmieszczonych na poboczach leśnej drogi. Napiłem się  wody z cudownego źródełka, które pobłogosławiła Matka Boska i powiedziała także Mariannie, iż pragnie, aby płótno lniane słano pod jej stopy.  W kaplicy kawałeczki lnianego płótna, czekają na pątników. Potarto je o cudowny obraz. "Płótno i woda mają moc leczniczą - rzekła Matka Boska -  aby wszyscy co używać ich będą, dla duszy i ciała pomoc mieli.”  Napiłem się wody ze źródełka i zabrałem  płócienko ze sobą do warszawskiego domu.

    Był maj. w mazowieckim pejzażu złociły się kwieciem umajone łąki....       




..........................................................
Korzystałem przy opisie tego postu z internetowej strony http://www.osuchowa.pl/, Zdjęcia własne z maja 2011 roku.